Zabawka rozgrywającego

Pobierz <Zabawka rozgrywającego> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 4 Ofiara jest skazana na zagładę

Potem rozległ się ogłuszający policzek Vanessy wymierzony prosto w moją twarz, po czym cisnęła zeszyt z powrotem na stół jak śmiecia.

— Trochę za bardzo się rozzuchwaliłaś tym, co zrobiłaś Dylanowi na środku ulicy, ale nie próbuj tego więcej — syknęła.

Dylan strzepnął papierosa na podłogę i zgasił go, miażdżąc pod butem.

— Chodźcie — rzucił do reszty.

I tak po prostu wszyscy odeszli, a stołówka powoli wróciła do normy, jakby nic się nie stało.

Kiedy wróciłam do domu, wdzięczna, że po drodze nie spotkałam Kevina, coś w powietrzu wydało mi się nie tak na widok samochodu mamy stojącego już na podjeździe.

Nie powinna jeszcze wrócić.

— Mamo? — zawołałam, popychając drzwi.

Zignorowałam salon zasypany papierami. Zobaczyłam mamę siedzącą na kanapie, z twarzą ukrytą w dłoniach.

— Mamo? — powiedziałam ciszej, gdy jej ramiona zadrżały.

Szybko podniosła głowę i otarła oczy.

— Och, kochanie. Już jesteś w domu?

Podeszłam bliżej.

— Dlaczego jesteś w domu?

Zawahała się.

— Dzisiaj straciłam pracę.

Te słowa uderzyły mnie jak cegła w klatkę piersiową.

— Co?

— Zamykają biuro — powiedziała cicho. — Wszystkich zwolnili.

Wpatrywałam się w rachunki porozrzucane po stole.

— Jak bardzo jest źle? — wyszeptałam.

Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego sięgnęła po kartkę i podała mi ją.

Moje oczy przebiegły po pogrubionych literach na górze.

NAKAZ EKSMISJI!

Mieliśmy trzy dni, żeby się wyprowadzić.

Klatka piersiowa momentalnie mi się ścisnęła.

— Mamo…

Jej głos się załamał.

— Z twoim ojcem… w więzieniu, i kiedy wszystko się sypie, tak mi przykro… Nie chciałam, żebyś dowiedziała się w taki sposób.

Osunęłam się powoli na kanapę obok niej, choć poparzona dłoń znów zapulsowała bólem — nagle wydała mi się najmniejszym problemem na świecie.

— Trzy dni? — wyszeptałam.

Skinęła głową.

— Coś wymyślimy, znajdę pracę… — powiedziała.

— Może ja też powinnam, żebym mogła pomóc z—

— Nie, nie, nie, kochanie. — Przerwała mi. — Ty masz się po prostu skupić na szkole. Ja się tym zajmę, obiecuję.

Oczy zaszczypały mnie od niewylanych łez.

Z ojcem za kratami i matką, która się rozsypywała, myślałam, że szkoła jest najgorsza — okazało się, że nie miałam pojęcia, jak źle może się naprawdę zrobić.

Kiedy w końcu dotarłam do łazienki, żeby się wypłakać do ostatniej łzy, dłoń pulsowała bólem pod rękawem.

Odwinęłam materiał i zobaczyłam, że oparzenie od papierosa Dylana zrobiło się wściekle czerwone, a obok pojawił się mały pęcherz.

Wzięłam gorący prysznic i zacisnęłam powieki.

Niestety następny poranek zaczął się źle, zanim jeszcze otworzyłam oczy.

Nie usłyszałam budzika.

— Nie, nie, nie… — Chwyciłam telefon z nocnego stolika.

8:47.

Szkoła zaczynała się o ósmej.

— Cholera!

Kiedy dotarłam do klasy, ktoś podstawił mi nogę.

— O rany—!

Plecak zsunął mi się z ramienia, a ja

RUNĘŁAM.

Klasa wybuchła śmiechem, ale ja w popłochu zaczęłam zbierać swoje rzeczy, nie podnosząc wzroku.

— Ładne wejście — zachichotał ktoś.

— Dziesięć na dziesięć — dodał inny głos.

Ręce mi drżały, kiedy chwyciłam zeszyt i wepchnęłam go z powrotem do torby.

Musiałam tylko dotrzeć do swojego miejsca i na tym koniec.

Ale niestety ciężarem ciała wylądowałam prosto na czyichś nogach.

W klasie na moment zapadła cisza, po czym krzesło szarpnęło gwałtownie.

— Zejdź ze mnie!

Ktoś odepchnął mnie tak mocno na bok, że prawie wypadłam z ławki.

Gwałtownie podniosłam głowę i zobaczyłam Dylana Cartera; na jego twarzy malowała się jawna odraza.

— Jesteś ślepa? — zapytał chłodno.

Serce waliło mi w piersi. — Ja… to moje miejsce — wymamrotałam.

Uniósł powoli brew. — Twoje miejsce?

— Tak. — Głos lekko mi zadrżał. — Siedziałeś na nim.

Po drugiej stronie klasy Vanessa Hale gwałtownie odwróciła w naszą stronę głowę; jej twarz pociemniała. Wstała od ławki i ruszyła ku nam pewnym, agresywnym krokiem.

— Ty serio właśnie pyskowałaś mojemu chłopakowi? — rzuciła ostro.

— Ja nie—

Nagle zacisnęła dłoń na garści moich włosów, aż sapnęłam z bólu.

— Jak śmiesz tak mówić do Dylana? — syknęła, szarpiąc moją głowę do tyłu.

— Nie chciałam—

— Ty nic nie chcesz — warknęła. — Po prostu istniejesz i jakoś wciąż potrafisz być irytująca.

Łzy napłynęły mi do oczu od bólu, który przeszył skórę głowy.

Uczniowie patrzyli na to jak na rozrywkę, aż drzwi do sali się otworzyły.

— Dobrze, wszyscy— — pan Holloway urwał w pół zdania, kiedy nas zobaczył.

Vanessa natychmiast puściła moje włosy i popchnęła mnie do tyłu.

— Nic takiego, panie Holloway — powiedziała słodko. — Po prostu siadałyśmy.

Nauczyciel lekko się skrzywił. — No cóż… to usiądźcie.

Vanessa posłała mi jeszcze jedno mordercze spojrzenie, po czym wróciła do swojej ławki.

Szybko podniosłam plecak i usiadłam na jedynym wolnym krześle, jakie zostało.

Tuż obok Dylana.

Pochylił się odrobinę bliżej. — Jeśli jeszcze kiedykolwiek wejdziesz mi w drogę — mruknął — dopilnuję, żeby ta szkoła stała się dla ciebie żywym koszmarem.

Skinęłam nieśmiało głową.

Kiedy tego popołudnia wróciłam do domu, czułam, jakby zmęczenie przygniatało mi głowę.

Powoli pchnęłam drzwi wejściowe.

— Mamo?

Podniosła wzrok, gdy mnie zobaczyła.

— Reet — powiedziała szybko. — Mam wiadomość.

Serce od razu mi opadło.

— Jaką wiadomość?

Zawahała się. — Znalazłam pracę.

Ulgę poczułam jak falę. — Naprawdę?

— Tak — ciągnęła. — To… praca z zamieszkaniem.

Zamrugałam. — Z zamieszkaniem?

— Tak — powiedziała cicho. — To sprzątanie. Duży dom. Potrzebują kogoś na pełen etat.

— Musisz tam być cały czas? — zapytałam zmęczonym głosem.

Jej oczy złagodniały. — Obie musimy.

Znów ścisnęło mnie w klatce piersiowej. — Przeprowadzamy się?

— Nie mamy wyboru, kochanie — powiedziała łagodnie. — W pakiecie jest miejsce do mieszkania, jedzenie i wszystko, czego potrzebujemy, bez martwienia się o rachunki.

Skinęłam powoli. — To kiedy się przeprowadzamy? — zapytałam cicho.

— Dziś w nocy.

I tak zrobiłyśmy.

Dom był ogromny, nie do opisania.

Kobieta otworzyła drzwi, zanim zdążyłyśmy zapukać.

Uśmiechnęła się uprzejmie. — Musi pani być nową gosposią.

— Tak — odpowiedziała szybko mama.

— Jestem pani Carter — powiedziała kobieta.

To nazwisko sprawiło, że coś w mojej głowie zatrzymało się na ułamek sekundy.

Carter?

No tak, przecież mnóstwo ludzi ma takie nazwisko.

Więc nie ma powodu do paniki, powiedziałam sobie.

Wprowadziła nas do środka.

— To miejsce jest piękne — powiedziała mama nerwowo.

Pani Carter uśmiechnęła się. — Staramy się, żeby takie było.

Potem zerknęła na górę. — Mój młodszy syn już poszedł spać, ale mój starszy powinien zaraz zejść. Chciałabym, żebyście go poznały.

Wtedy na szczycie schodów pojawiła się wysoka sylwetka — niebieskie oczy, szerokie ramiona—

Chwila.

Nogi mi się ugięły na widok Dylana Cartera, który nonszalancko zatrzymał się w połowie schodów.

O dobry Boże… Co ja takiego zrobiłam, że zasłużyłam na ten okrutny los?

Jego wyraz twarzy zmienił się z obojętnej nudy w oszołomione rozpoznanie.

— Chyba sobie żartujesz — mruknął pod nosem.

Pani Carter spojrzała na nas na przemian. — Och… wy dwoje się znacie?

Wzrok Dylana przykuł się do mojego, a mnie urwał się oddech.

— O tak — powiedział powoli. — Poznaliśmy się.

Jestem zgubiona.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział