Rozdział 3 Dzień wznowienia
DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ
Najwyraźniej ktoś nagrał filmik ze mną i Dylanem, zmontował go i wrzucił do grupy uczniów — tylko tę scenę, w której kopię go w krocze.
„DZIWOLĄG!!!”
„TŁUSTA NERDÓWA!!”
„Spójrzcie na te zdarte okulary i za duże dresy… ale obrzydliwa!”
„Jak ona śmie dotykać Dylana?”
„Tymi swoimi brudnymi łapami?”
„Jej bebechy!”
„Powinna wiedzieć, że lepiej mu nie podskakiwać” — dorzucił ktoś.
Głosy mnie przestraszyły, ale szłam dalej.
„Dobrze… idź dalej, niczego nie słyszałaś…” — mruknęłam pod nosem.
Ale słyszałam.
— Kopnęłam go w krocze tylko dlatego, że na to zasłużył — powiedziałam cicho.
Co kilka sekund trzaskały szafki, podeszwy tenisówek piszczały głośno, a śmiech wybuchał seriami — coś, co nigdy tak naprawdę mnie nie obejmowało, ale trzymałam głowę nisko.
To zawsze był trik dla takich nerdów jak ja w Brookwood High.
To właściwie dość proste — głowa w dół, iść cholernie szybko i nigdy nie nawiązywać kontaktu wzrokowego. Do tego nie istnieć na tyle głośno, żeby niewłaściwi ludzie cię zauważyli, ale chyba już to zrobili, skoro filmik jest na topie.
Przemknęłam cicho przez tłum na korytarzu, z palcami przyklejonymi do szelek plecaka.
Naciągnęłam kaptur wyblakłej, szarej bluzy na włosy i wysunęłam rękawy za palce jak pancerz.
Mimo wrogich spojrzeń, które na mnie spadały, liczyłam na nieprzerwaną niewidzialność, aż plotki i gadanie w końcu ucichną.
Ale kiedy skręciłam za róg w stronę stołówki, akurat gdy zadzwonił dzwonek na lunch, żołądek ścisnął mi się ze strachu, bo lunch oznaczał tłumy, a tłumy oznaczały uwagę, a dla mnie uwaga oznaczała—
— No proszę, proszę… Czyżby to był nasz szkolny duch z Brookwood? Reet Cole, tak?
O Boże—
Moje kruche serce, niestety, spadło prosto do butów, kiedy znieruchomiałam.
Ten głos mógł należeć tylko do jednej osoby — Vanessy Hale. Królowej pszczół i liderki cheerleaderek, oczywiście w asyście swoich poplecznic.
W każdej szkole jest taki jeden nieludzki, wredny i żądny uwagi palant, prawda?
Tylko że niestety wygląda na to, że teraz jestem ulubionym celem tego palanta.
Vanessa Hale była typem dziewczyny, o której ludzie piszą piosenki — blond włosy, idealne zęby, ładna twarz, idealna cera i idealne wszystko. Bez wątpienia nawet to, jak stała, wyglądało na drogie.
Brookwood High uwielbiało hierarchię — drabinę klas społecznych. Szkoda tylko, że ja jestem na niej co najwyżej kamykiem.
— O mój Boże — powiedziała Vanessa głośno, oglądając się na dziewczyny obok. — Ona wciąż nosi tę bluzę z kapturem z zeszłego semestru. — Jej ostre, niebieskie oczy przejechały po mnie, jakbym była czymś obrzydliwym przyklejonym do podeszwy jej buta.
Z zeszłego semestru?
Cholera! Akurat kiedy uwierzyłam, że przez cały czas byłam niewidzialna.
Cheerleaderki zachichotały, a ja poczułam, jak gorąco wspina mi się po karku.
— Znowu spałaś w śmietniku, Reet? — ciągnęła słodko Vanessa.
— Ja… ja tylko muszę przejść — wymamrotałam i to był mój błąd.
Odezwać się.
Vanessa przechyliła głowę, parskając zirytowana.
— O, patrzcie — powiedziała. — To mówi.
Dziewczyny roześmiały się jeszcze głośniej na to „to”.
Zrobiłam krok w bok, próbując przemknąć obok nich, ale ramię Vanessy wystrzeliło i zablokowało przejście.
— Bez pośpiechu — powiedziała. — Tylko sobie miło rozmawiamy.
Od razu wiedziałam, że mam kłopoty; puls przyspieszył mi tak bardzo, że słyszałam go w uszach.
Za nimi zauważyłam nietykalną drużynę futbolową, siedzącą przy swoim stałym stoliku… Byli VIP-ami — zwłaszcza ten jeden, dokładnie pośrodku.
Dylan Carter.
Ten sam, którego kopnęłam w krocze dwa tygodnie temu; jest też chłopakiem Vanessy.
Zawsze był złotym chłopcem Brookwood High i gwiazdą na pozycji rozgrywającego — tym niegrzecznym chłopakiem, którego sama postawa sprawiała, że dziewczynom robiło się mokro, a uśmiech dosłownie kaleczył wszystkie laski w Brookwood High.
No, z wyjątkiem mnie.
Odchylił się na krześle, z długimi nogami założonymi jedna na drugą, a papieros leniwie zwisał mu z ust.
Boże — wyglądał seksownie.
Nie, ja powinnam być ostatnią osobą, która uznałaby go za seksownego.
Technicznie rzecz biorąc, palenie na terenie szkoły było zabronione, ale jak zawsze zasady tak naprawdę nie dotyczyły Dylana Cartera.
Jego ciemne włosy opadały w nieładzie na czoło, a kiedy uśmiechnął się na coś, co powiedział jeden z jego kolegów z drużyny, połowa stołówki zdawała się rozpływać, ale mnie to nie obejmowało, bo kiedy Dylan Carter patrzył na mnie, nie uśmiechał się.
On się krzywił w drwiącym półuśmiechu.
Vanessa w końcu odsunęła się na bok z teatralnym westchnieniem. — No dobra — powiedziała. — Proszę bardzo.
Ulga zalała mnie falą, gdy pospiesznie weszłam do stołówki, wbiłam wzrok w podłogę i szybko chwyciłam swój lunch.
Ale palce lekko mi drżały, kiedy niosłam tacę w stronę stolika w najdalszym rogu — tego, którego nikt nigdy nie używał. Tego, który nieoficjalnie stał się tylko mój, bo nie miałam przyjaciół.
Przez to nagranie jestem teraz zwierzyną łowną w tej szkole. Niestety.
Dopiero co usiadłam i otworzyłam plecak, kiedy na stół padł cień. Żołądek mi opadł na widok Dylana Cartera.
Z bliska wyglądał jeszcze bardziej onieśmielająco, z tą beztroską, swobodną pewnością siebie, która brała się z bycia uwielbianym przez matkę naturę.
Jego wzrok szybko powędrował do zeszytu w moich rękach. — Co to? — zapytał leniwie.
Mocniej ścisnęłam zeszyt. — To… to nic.
— Dla mnie wygląda jak coś. — Wyciągnął rękę.
Ale natychmiast przyciągnęłam go bliżej do piersi. — To tylko moje notatki — powiedziałam szybko.
Tak naprawdę były to moje opowiadania, które pisałam od miesięcy.
Za nim Vanessa i reszta cheerleaderek zebrały się, wyraźnie patrząc i czekając, żeby rzucić się do ataku.
Dylan lekko uniósł brew. — Wyluzuj, Reet — powiedział. — Chcę tylko zobaczyć.
— To prywatne i osobiste — wymamrotałam.
Słowa ledwo opuściły moje usta, a Vanessa parsknęła śmiechem.
— Prywatne? Osobiste? — powtórzyła. — Co ty w ogóle możesz mieć prywatnego?
Dylan wyciągnął dłoń. — Dawaj. Teraz — rozkazał.
— N-Nie.
Słowo wyrwało mi się, zanim zdążyłam je powstrzymać, i wokół stolika zapadła cisza; nawet futboliści za nim jakby się zatrzymali.
Dylan mrugnął raz na mój sprzeciw, po czym cicho się zaśmiał. — Mówisz mi „nie”?
— Ja po prostu… nie chcę, żeby ktoś to czytał — dodałam.
Wtedy zaciągnął się powoli papierosem, po czym pochylił się do przodu. — Daj mi zeszyt.
— Nie — powtórzyłam.
Zniknął mu uśmiech i nagle jego dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku.
Zachłysnęłam się powietrzem. — Puść mnie — wyszeptałam.
— Puść zeszyt.
— Nie puszczę.
Papieros w jego drugiej ręce zbliżył się. Najpierw nie zrozumiałam, co robi, ale szybko dotarło do mnie, gdy żarząca się końcówka lekko dotknęła grzbietu mojej dłoni.
— Aaa…! — krzyknęłam, gdy ból eksplodował w skórze, a zeszyt natychmiast wyślizgnął mi się z palców.
— Widzisz? — powiedział Dylan obojętnie. — To nie było takie trudne.
Obraz mi się rozmazał, gdy oczy wypełniły mi się łzami.
Vanessa od razu podniosła zeszyt ze stołu.
— O mój Boże — powiedziała, przerzucając kartki. — To pamiętnik?
— To nie… — wyciągnęłam po niego rękę, ale nawet słowa umarły mi w gardle.
Wtedy Dylan chwycił moją tacę i przechylił ją.
Koktajl mleczny wylał mi się prosto na głowę; zimny płyn natychmiast przemoczył mi włosy i bluzę z kapturem, a wokół wybuchł śmiech.
