Wujek Mojego Byłego Szaleje Za Mną

Pobierz <Wujek Mojego Byłego Szaleje Za...> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 2

Z perspektywy Josie

– Co się stało? – zapytałam.

– Zostawiłam torebkę w loży VIP numer 1217, kiedy wpadłam po południu do Starlight! W środku jest robiony na zamówienie naszyjnik mojej mamy od Tiffany'ego, to edycja limitowana! Jeśli z klubu się z nią skontaktują, zorientuje się, że tam byłam, i zablokuje mi karty do końca miesiąca!

Westchnęłam ciężko. – Liv, ja...

– Proszę, Jo! Jesteś kochana! O rany, mama idzie, muszę kończyć! – Szybko się rozłączyła.

Dylan spojrzał na mnie. – Musisz tam wrócić?

Zawaham się, ale skinęłam głową ze względu na przyjaciółkę. – Moglibyśmy zawrócić, bardzo proszę?

Bez słowa Dylan zręcznie zawrócił bentleya w stronę Starlight.

– Chcesz, żebym po nią poszedł? – zaoferował, gdy podjechaliśmy na miejsce.

– I tak już mi bardzo pomogłeś – pokręciłam głową, chcąc oszczędzić sobie dalszych upokorzeń. – Po prostu wezmę jej torebkę i zaraz wracam.

Wewnątrz Starlight ominęłam główny parkiet i skierowałam się prosto do strefy VIP na dwunastym piętrze. Pokój 1217 był pusty, a torebka Olivii na złotym łańcuszku leżała porzucona w rogu pluszowej kanapy. Odetchnęłam z ulgą, chwytając ją w dłoń.

Zamierzając zjechać najbliższą windą, odwróciłam się i zamarłam. Przez na wpół otwarte drzwi na klatkę schodową zobaczyłam mężczyznę, który opierał ręce o ścianę, więżąc między nimi blondynkę. Jego dłoń pieściła jej policzek, gdy pochylał się ku niej. To był Connor.

Torebka wyślizgnęła mi się z rąk i upadła na podłogę z głuchym łoskotem. Connor odwrócił się, a jego twarz skamieniała, gdy mnie zobaczył. Gorączkowo podniosłam zgubę i rzuciłam się do ucieczki w stronę windy, a łzy zalały mi oczy.

Tyle jeśli chodzi o bycie nudną, pomyślałam z goryczą, gdy drzwi windy zamknęły się, odcinając mnie od drugiego rozczarowania tej nocy.

Gdy tylko drzwi windy się zamknęły, osunęłam się po ścianie. Łzy swobodnie płynęły mi po policzkach. Maska opanowania, którą tak desperacko starałam się utrzymać, rozsypała się w drobny mak.

„Nudny szczur laboratoryjny”. Lekceważące słowa Connora boleśnie odbijały się echem w mojej głowie.

Przez lata wierzyłam, że łączy nas coś wyjątkowego – więź ukształtowana przez wspólne doświadczenia i dorastanie. Zaakceptowałam układ naszych rodzin, myśląc, że nawet jeśli nie była to płomienna miłość, to i tak moglibyśmy zbudować szczęśliwe życie oparte na wzajemnym szacunku i partnerstwie. Jaka ja byłam naiwna.

Zanim dotarłam do holu, pośpiesznie otarłam łzy i wzięłam kilka głębokich oddechów, zanim wyszłam na zewnątrz.

Dylan czekał w swoim bentleyu z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, gdy wsunęłam się na fotel pasażera. Cisza między nami przedłużała się, podczas gdy jechaliśmy przez mokre od deszczu ulice Manhattanu, ale byłam za nią wdzięczna. Potrzebowałam czasu, aby przetrawić zgliszcza moich złudzeń.

Kiedy Connor i ja zaczęliśmy się od siebie oddalać? Prawdopodobnie od czasu, gdy poszedł na studia. Zrzucałam jego dystans na karb napiętego grafiku i czułam się winna, że tak bardzo pochłaniały mnie własne badania. Właśnie dlatego zaplanowałam dzisiejszą niespodziankę – żałosną próbę ożywienia czegoś, co najwyraźniej nigdy nie istniało.

Teraz prawda była bolesna i jasna. Connor nie chciał się ze mną ożenić.

Od razu dotarło do mnie, że nie mogę dłużej mieszkać w posiadłości rodziny Brooksów. To byłoby zbyt niezręczne dla wszystkich, a zwłaszcza dla Connora. No i zaręczyny – musiałam jak najszybciej porozmawiać z Richardem i Elizabeth o ich zerwaniu.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział cicho Dylan, wyrywając mnie z zamyślenia, gdy samochód podjechał pod posiadłość Brooksów.

Portier skinął z szacunkiem głową, gdy mijaliśmy bramę. Zanim weszliśmy do środka, Dylan przyjrzał mi się z subtelną troską, ale zachował dystans.

Jenkins, wieloletni kamerdyner rodziny, przywitał nas w progu. – Witajcie w domu, panie Brooks. Panno Gray.

Dylan podał mu swój płaszcz. – Czy Richard i Elizabeth są w domu?

– Obawiam się, że nie, proszę pana. Przebywają w Londynie na spotkaniach w sprawie ekspansji na rynek europejski i wrócą dopiero jutro.

Stałam niezgrabnie w holu, boleśnie świadoma mojej przemoczonej od deszczu sukienki i prawdopodobnie zrujnowanego makijażu. Pragnęłam jedynie uciec do swojego pokoju, zanim znów całkowicie się rozsypię.

– Jesteś zmęczona? Chcesz coś zjeść? – zapytał Dylan, a jego głęboki głos był łagodniejszy niż zazwyczaj.

Szybko pokręciłam głową, unikając jego wzroku. – Jadłam już wcześniej kolację. I nie chcę ci przeszkadzać w pracy. Pewnie masz sporo do nadrobienia po swojej nieobecności.

Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ruszyłam już w stronę schodów.

– Dobranoc, wujku Dylanie. Dzięki za podwózkę.

Gdy tylko znalazłam się w bezpiecznym azylu mojego pokoju, natychmiast zrzuciłam szpilki i chwyciłam za telefon, żeby wykręcić numer Olivii. Chciałam jej dać znać, że mam jej torebkę, ale tak naprawdę po prostu potwornie potrzebowałam pogadać z moją najlepszą przyjaciółką.

– Jo! Dzięki Bogu! I jak, masz ją? – w słuchawce rozległ się drżący z niepokoju, zdyszany głos Olivii.

– Tak, mam twoją torebkę. Wpadnę z nią do ciebie jutro.

Krótka chwila ciszy.

– Co się stało? Brzmisz fatalnie.

Westchnęłam ciężko. Olivia zawsze czytała we mnie jak w otwartej księdze, nawet przez telefon.

– Nic takiego, po prostu jestem wykończona.

– Gówno prawda. Gadaj, co się stało. – Jej ton nie znosił sprzeciwu.

– Pojechałam do Starlight tak jak planowałyśmy, ale... – mój głos żałośnie się załamał. – Podsłuchałam, jak Connor obgaduje mnie ze swoimi kumplami. Nazwał mnie „nudnym szczurem laboratoryjnym” i robił sobie jaja z naszego zaaranżowanego małżeństwa. A potem zobaczyłam, jak Sofia dosłownie się na nim wiesza.

– Co za skończony palant! – wybuchła Olivia. – I tak nigdy nie rozumiałam, co ty w nim właściwie widziałaś. Co zrobiłaś?

– Nic. Po prostu wyszłam. Był ze mną wujek Dylan... to on mnie tam podwiózł... i właśnie wróciliśmy razem do rezydencji Brooksów.

– Czekaj, zaraz, Dylan? Ten Dylan Brooks? Nieziemsko przystojny wujek Connora, który od wieków siedział w Europie? Wrócił?

Mimo wiszącego nade mną ponurego nastroju, mimowolnie wywróciłam oczami.

– Tak, najwyraźniej dzisiaj wrócił.

– No proszę, co za idealne wyczucie czasu. To co teraz zrobisz z Connorem?

Opadłam ciężko na łóżko i wbiłam pusty wzrok w sufit.

– Poproszę Richarda i Elizabeth, żeby odwołali te całe zaręczyny. I chyba powinnam się niedługo stąd wyprowadzić. Dalsze mieszkanie pod ich dachem byłoby po prostu zbyt niezręczne.

– Przecież możesz wprowadzić się do mnie! U mnie jest mnóstwo miejsca.

– Może na jakiś czas, dopóki nie znajdę własnego kąta. – Westchnęłam cicho. – Czuję się jak kompletna idiotka, Liv. Naprawdę łudziłam się, że nam z Connorem może się udać.

– Posłuchaj mnie uważnie, Jo. Zasługujesz na kogoś o niebo lepszego. Kogoś, kto doceni, jak niesamowitą dziewczyną jesteś. – Zamilkła na moment, po czym dodała z udawaną nonszalancją: – Wiesz, Dylan jest od ciebie starszy o raptem... dziewięć lat? A do tego jest o wiele bardziej dojrzały i zaradny życiowo niż ten duży dzieciak, jego bratanek.

Omal się nie zakrztusiłam.

– Jezu, Olivia! Przecież to... on jest dla mnie prawie jak starzec! Odbiło ci?!

– Ja tylko głośno myślę. Jest wolny, błyskotliwy, obrzydliwie bogaty i z tego, co mówisz, najwyraźniej traktuje cię z szacunkiem. W przeciwieństwie do pewnych osób, które znamy.

– Daj spokój. To w ogóle nie wchodzi w grę. – Jednak nawet gdy tak żarliwie protestowałam, w mojej głowie odżyło wspomnienie tego, jak czule Dylan pocieszał mnie przed klubem i jak szczerze przejął się moim stanem.

Nie. To były jakieś totalne bzdury. Dylan Brooks był wujkiem Connora. Poważnym biznesmenem odnoszącym sukcesy, dla którego byłam pewnie tylko byłą narzeczoną bratanka i zwykłą podopieczną jego rodziny.

– Dobra, dobra – ustąpiła Olivia, choć w jej głosie wyraźnie słyszałam rozbawienie. – Ale obiecaj mi, że nie dasz sobie wejść na głowę rodzinie Brooksów. Nie pozwól, żeby wmówili ci, że masz wobec nich jakiś dług wdzięczności.

– Obiecuję – odparłam, chociaż w głębi duszy sama w to nie wierzyłam. Prawda była taka, że faktycznie byłam im winna wdzięczność – przygarnęli mnie pod swój dach, kiedy zostałam na świecie zupełnie sama. Ale może najwyższa pora zacząć budować własne życie, z dala od ich oczekiwań i odgórnych ustaleń.

Zaraz po tym, jak się rozłączyłam, rozległo się ciche pukanie do drzwi. Kiedy je uchyliłam, moim oczom ukazał się Jenkins. Trzymał w dłoniach tacę z pięknie zaserwowanym posiłkiem.

– Pan Dylan poprosił, abym przygotował to dla panienki – wyjaśnił z lekkim ukłonem. – Pomyślał, że po tak wyczerpującym dniu na pewno jest panienka głodna.

– Dziękuję, Jenkinsie – wykrztusiłam, odbierając od niego tacę.

Kamerdyner skinął uprzejmie głową i odszedł. Zamknęłam za nim drzwi i postawiłam jedzenie na stoliku przy oknie.

Troskliwość Dylana całkowicie zbiła mnie z tropu, szczególnie po tych wszystkich dzisiejszych rewelacjach. Zawsze dzielił nas niewidzialny mur – przepaść wiekowa, przez którą oboje żyliśmy w dwóch zupełnie innych światach.

Jednak teraz nagle zaczęłam dostrzegać jego dojrzały, męski urok. Zauważyłam, z jaką czułością i uwagą dbał o ludzi w swoim otoczeniu – stanowiąc pod tym względem absolutne przeciwieństwo Connora.

Zaraz, o rany... dlaczego w ogóle zaczęłam ich do siebie porównywać? Pokręciłam głową, próbując odegnać od siebie te absurdalne myśli, i utkwiłam wzrok w przygotowanym z troską posiłku.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział