Rozdział 6 6
Gdybym przeczytała to wczoraj wieczorem, pewnie spróbowałabym zabrać ze sobą jakiegoś kolegę z pracy dla ochrony. Ale obraz Jamesa w sweterkowej kamizelce, spoconego i malejącego w cieniu tego olbrzyma, jest niemal komiczny.
— Po twojej bladości wnioskuję, że skończyłaś czytać akta.
Wzdrygam się na dźwięk jego głosu, po czym szybko odkładam teczkę na bok i przełykam ślinę. — Gdzie jest dziecko?
— To nie twoja sprawa.
Marszczę brwi. — Dziecko jest jak najbardziej moją sprawą. Taka jest moja praca.
— Twoja praca polega na ustaleniu, czy jestem właściwą osobą do umieszczenia u mnie dziecka zostawionego na moim progu — odpowiada. — Samo dziecko nie ma tu znaczenia.
— Nie potrzebuję, żeby mi pan mówił, jak mam wykonywać swoją pracę, panie Viktorov. Dziecko jest bardzo ważnym czynnikiem w takich sprawach. Zależy nam na tym, żeby rodziny pozostawały razem.
Kręci głową. — To nie wchodzi w grę.
Biorę głęboki oddech. — Zacznijmy od początku. Jak dziecko się tu znalazło?
— Nie było mnie przy tej części, ale kiedy mężczyzna i kobieta—
— Jak to się stało, że dziecko znalazło się na pana progu? — przerywam, sycząc pytanie przez zaciśnięte zęby. Jestem pewna, że pan Viktorov doskonale wie, jak się robi dzieci. Gdyby choć raz starł z twarzy ten grymas, pewnie mógłby też ćwiczyć do woli.
Jego niebieskie oczy błyszczą rozbawieniem. Dobry Boże, one są zabójcze. Robię, co mogę, żeby skupić się na przestrzeni biurka między nami. Tak jest bezpieczniej. Żadnych niechcianych powrotów do porannego snu.
— Został podrzucony.
— Przez kogo?
— Skąd mam wiedzieć?
Unoszę brew. — Dom tak wielki, tak drogi, z bramą, a pan chce, żebym uwierzyła, że nie ma pan kamer?
— Tego dnia nie działały. — Nawet nie próbuje brzmieć wiarygodnie. Nie musi. Wie, że nie mam jak wyciągnąć z niego prawdy.
— Dobrze — cedzę. — Więc jakiś obcy zostawia dziecko na pana progu i co dalej?
— Zabrałem go do szpitala.
Stukam palcem w teczkę. — Zostawił go pan w szpitalu. Tak mówi raport. Przekazał go pan lekarzowi.
Jego szczęka się zaciska. — Tak. A potem zmieniłem zdanie.
— Chciał pan odzyskać dziecko?
— Benjamin.
— Co?
— Benjamin — powtarza. — Tak ma na imię. Chciałem odzyskać Benjamina.
— Więc zaatakował pan lekarza. W raporcie jest nawet, że próbował go pan udusić.
— Nie żyje? — pyta retorycznie, a jego głos brzmi jak głęboki pomruk.
— Lekarz? — Przelatuję wzrokiem raport jeszcze raz, bo przecież gdyby ten człowiek był mordercą, byłoby to wyeksponowane na samym początku, prawda? W końcu znajduję wzmiankę na dole piątej strony. — Nie. Przeżył.
Pan Viktorov kiwa głową, jakby to potwierdzało jego rację. — Gdybym go udusił, nie żyłby. Po prostu przypomniałem mu, jak bardzo lubi oddychać.
Przez krótką sekundę znów jestem w ciemnej, mokrej alejce. Pan Viktorov znowu stoi przede mną, deszcz spływa mu po karku, a on góruje nad moim napastnikiem. Jedyne, co musisz wiedzieć, to to, że jestem człowiekiem gotowym odłączyć ci dłonie od ramion, jeśli jeszcze raz jej dotkniesz.
Wygląda na to, że ma w zanadrzu mnóstwo „przypomnień”.
— Dlaczego w ogóle chce pan to dziecko? Jest pan ojcem?
— Myślałem, że po to tu jesteś, żeby to ustalić.
– Jestem tu po to, by ustalić, czy należy panu przyznać opiekę prawną, panie Viktorov. W tej chwili pytam o biologicznego ojca Benjamina.
– Timofey – mówi.
– Ale pan powiedział… Myślałam, że dziecko ma na imię Benjamin.
Kiwa głową. – Ma. Ja mam na imię Timofey.
Resztka drżenia po porannym śnie osiada mi nisko w podbrzuszu. Nigdy wcześniej usłyszenie czyjegoś imienia nie było tak intymne. – Och. Jasne. Dobrze. Timofey.
– Nie jestem biologicznym ojcem Benjamina – ciągnie. – To nie zmienia faktu, że będzie ze mną mieszkał i że się nim zajmę.
– Dlaczego?
– O ile dobrze pamiętam, niemowlętom czasem przydaje się pomoc.
Wypuszczam powietrze, a kosmyk włosów, który wysunął się z mojego niedbale związanego kucyka, unosi się i opada z powrotem na czoło. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tej chwili zaczęła mi się wydobywać para z uszu. Ten człowiek naciska wszystkie moje guziki naraz.
– Pytam, dlaczego samotny mężczyzna taki jak pan miałby chcieć zajmować się przypadkowym niemowlęciem zostawionym na progu? Jestem pracownicą socjalną od siedmiu lat i pierwszy raz się z tym spotykam.
– Co sprawia, że jest pani taka pewna, że jestem samotny?
To pytanie zbija mnie z tropu. Policzkami momentalnie uderza gorąco. – Och. No bo ja… w kartotece było… chyba nie było tego napisane wprost. Założyłam. Nie wspomniano o nikim innym. Jest pan tu sam, więc… jest pan samotny?
Na jego twarzy znów pojawia się ten błysk rozbawienia. Prawie daje mi nadzieję, że ta uśmieszkowa, senna wersja Timofeya wcale nie jest całkowicie wykluczona. Co bym dała, żeby zobaczyć ten uśmiech na żywo.
– Nie potrzebuję partnerki. Mogę wychować Benjamina sam, bez problemu.
To irytująca odpowiedź nie na temat. Irytująca tylko dlatego, że nagle chcę wiedzieć, czy gdzieś po tej rezydencji nie kręci się jakaś kobieta. Taki mężczyzna jak Timofey na pewno nie sypia zbyt długo sam, bez ciepłego, chętnego ciała w łóżku.
Ma jednak rację. Nie ma wymogu, żeby miał partnerkę. To nie ma znaczenia dla sprawy i byłoby niestosowne, gdybym naciskała. To nie powstrzymuje mnie przed tym, że mam na to ochotę.
– Jak pan już kilka razy zauważył, właśnie po to tu jestem – mówię. – Patrząc wyłącznie na pana akta, nie wygląda to dobrze.
Splata przed sobą wielkie dłonie. W myślach przykładam je do swoich nadgarstków, oceniając, jak bardzo mój poranny sen był trafny. Jak łatwo bym się w nich zmieściła. Jakie byłyby w dotyku te palce, gdyby…
– Co w moich aktach panią zaniepokoiło?
Mrugam, odganiając nieprzyzwoity obraz. – Jest pan inteligentnym człowiekiem, panie Vik… Timofey. Wie pan, co mnie niepokoi.
– Jestem pewien, że ma pani tam barwną listę moich wcześniejszych przewinień. Skupmy się jednak na tym, co ważne: wczoraj w nocy uratowałem pani życie.
To wcześniejsze łaskotanie podejrzenia wreszcie wskakuje na swoje miejsce. A kiedy to robi, łapię gwałtownie oddech. – O mój… o mój Boże. Czy pan… czy pan upozorował to, co się stało?
– Ma pani na myśli atak – mówi. To stwierdzenie, nie pytanie.
– Tak. Mój „atak”. Zrobił pan to! – Zrywam się na równe nogi. – Wynajął pan tego szaleńca, żeby mnie zaatakował, a potem mógł pan się pojawić i mnie uratować. Chciał pan zyskać moją przychylność, żebym oddała panu Benjamina. Pan… pan… – Milknę, zbyt oszołomiona, by mówić dalej.
Timofey wbija we mnie spojrzenie, a sekundy uciekają jedna za drugą.
