Whiskey Poison - Romans mafijny

Pobierz <Whiskey Poison - Romans mafijn...> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 5 5

Kiedy dojeżdżam na swój przystanek, jestem tak zajęta podwójnym sprawdzaniem adresu w teczce i pędem przez okolicę, że nie dociera do mnie, gdzie jestem, dopóki brama nie wyrasta przede mną.

Wysoka, ozdobna metalowa brama, otoczona czymś, co wygląda na całe hektary gęstych, złowieszczych drzew.

Za nimi, daleko w oddali, stoi rezydencja.

— To coś nowego — mruczę.

Jestem bardziej przyzwyczajona do przyczep na pustakach. Do kawalerek z czterema materacami na podłodze i karaluchami wspinającymi się po ścianach. Rezydencje to teren nieznany.

Co za dzień, żeby odpuścić prysznic.

Podchodzę do bramy, spodziewając się, że będę musiała się zapowiedzieć czy coś w tym stylu. Zamiast tego, kiedy wyciągam rękę do przycisku domofonu, dźwięk rozlega się, zanim zdążę go dotknąć. Brama odchyla się do środka.

Zerkam przez jedno ramię, potem przez drugie. Ale autobus dawno zniknął, a tu na zewnątrz panuje teraz upiorna cisza. Jestem zupełnie sama.

Zbierając się w sobie, przeciskam się przez furtkę dla pieszych i półtruchtem ruszam w górę długiego podjazdu. Zajmuje mi to prawie dwadzieścia minut energicznego marszu, więc mam aż nadto czasu, żeby się przyjrzeć i upewnić, że to miejsce jest przez wielkie „W” Wytworne.

Drzewa za drzewami za drzewami. Zawijasy i spirale ułożone z kamieni na podjeździe ciągną się prawie milę. Drzwi wejściowe, kiedy wreszcie do nich docieram, są z litego drewna i mają złotą, kulistą kołatkę. A gdy drzwi się otwierają, po drugiej stronie czeka mężczyzna wyglądający jak lokaj z „Downton Abbey”.

Ma posępną, dezaprobującą minę. — Pani Quinn, jak mniemam.

— Tak. Przepraszam, że się spóźniłam. Chciałam być wcześniej, ale—

— Proszę za mną. — Odwraca się i bez kolejnego słowa prowadzi mnie do środka.

Przełykam ślinę, zamykam za sobą drzwi i pospiesznie ruszam za nim.

Przez środek długiego korytarza biegnie puszysty dywan, tłumiąc odgłos naszych kroków. Sklepione sufity powinny sprawiać, że to miejsce przypomina kościół, ale jest tu dość ciemnego drewna na ścianach i mosiężnych elementów, by było ciepło i przytulnie. To piękne.

Nie lubię stereotypów, ale nie potrafię sobie wyobrazić, żeby nie ufać właścicielowi w kwestii dziecka. To znaczy, oni pewnie mają dość pieniędzy, żeby bez wysiłku ogarnąć połowę mojej listy spraw.

Mimo kiepskiego początku, może jednak dzisiejszy dzień okaże się wreszcie potrzebnym, łatwym dniem.

Lokaj zatrzymuje się i otwiera drzwi. — Panie Viktorov, pani Quinn przyszła się z panem zobaczyć.

— Wreszcie — burczy z wnętrza pokoju głęboki głos.

To nie jest ciepłe powitanie, ale nie mogę go winić. Spóźniłam się absurdalnie.

Przybieram najbardziej przyjazny uśmiech i wchodzę do środka. — Dzień dobry, panie Viktorov. Bardzo przepraszam, że się spóźniłam. Pan musi być—

Słowa więzną mi w gardle, kiedy patrzę ponad onieśmielającym biurkiem stojącym na środku pokoju na mężczyznę tuż za nim.

Jego oczy są tak niebieskie, jak w moim śnie.

Tak niebieskie, jak wczoraj w nocy w zaułku.

Przez kilka sekund potrafię tylko się gapić. To nie może być prawda. Wciąż śpię. Wtedy niebieskooki potwór wstaje i mierzy mnie marsowym spojrzeniem.

A więc jednak nie sen.

Kiedy moje ciało próbuje dogonić mózg, z moich ust wydobywa się jedno, chropowate słowo.

— Ty.

5

PIPER

— Tobie też dzień dobry — przeciąga mężczyzna — najwyraźniej pan Viktorov. — Widzę, że CPS przysłało dziś swoich najlepszych i najbystrzejszych.

Jakimś cudem wygląda jeszcze bardziej dziko, siedząc za biurkiem, niż wtedy w tamtej alejce. Szeroki rozstaw jego ramion nie był stworzony do tego, żeby zamykać go w fotelu biurowym. Tatuaże, o których wiem, że pokrywają jego ręce, skrywa granatowa marynarka, ale przysięgam, że wciąż widzę ich zarys pod materiałem rękawów.

— Tyle że nie należą do najbardziej rozmownych.

To jego arogancki ton sprawia, że wreszcie podnoszę szczękę z podłogi. Zamykam usta i robię w głowie szybki bilans tej sytuacji.

Ten mężczyzna uratował mi wczoraj życie.

A potem zaczął nawiedzać moje sny.

A teraz jest przede mną.

Próbuję ułożyć te fakty w coś na kształt logiki, ale nic z tego nie wychodzi. Zamiast tego otwieram teczkę i jeszcze raz sprawdzam adres.

— Możesz przestać to weryfikować — radzi, zanim zdążę zapytać. — Jesteś we właściwym miejscu. — Opiera się wygodniej w fotelu, zakładając kostkę na przeciwległe kolano.

— Skąd pan wie? — pytam. — Jak pan… czy ja pana znam? Znamy się?

— Właściwie poznaliśmy się wczoraj w nocy. — Nie umyka mi nuta rozbawienia w jego głosie.

Boże, co za palant. Wypuszczam z siebie sfrustrowane powietrze. — Wiem o tym. Ale nie uważa pan, że to trochę dziwne? Że spotkaliśmy się wczoraj, a teraz jestem pańską pracownicą prowadzącą sprawę?

Coś łaskocze mnie z tyłu głowy. Podejrzenie, którego jeszcze nie potrafię w pełni uchwycić.

— Dziwne jest dla mnie to, że wydajesz się aż tak zaskoczona na mój widok — odpowiada pan Viktorov. — Nie przeczytałaś akt sprawy?

Jestem dumna ze swojej pracy. Muszę być — do diabła, przecież nie płacą mi na tyle, żebym robiła to dla pieniędzy. Chcę więc zaprotestować, że oczywiście przeczytałam. Że zawsze jestem przygotowana. Ale w tej chwili… nie mogę.

— To był kiepski tydzień. Powinien pan wiedzieć — był pan przy najgorszej części — mówię. — Proszę mi wybaczyć, że jestem człowiekiem i potrzebowałam wolnej nocy.

— Wszyscy mamy swoje słabości.

Jego głos jest płaski, nie do odczytania. Mam wrażenie, że gatunek, do którego należy, nie ma ich zbyt wiele.

Odchyla się w fotelu i wskazuje palcem krzesło naprzeciwko. — Siadaj. Czytaj. Poczekam. Mam dziś rano sporo wprawy w czekaniu.

Zaciskam zęby, żeby powstrzymać ripostę. Tyle z łatwego dnia.

Siadam w skórzanym fotelu i otwieram teczkę. Skupienie się graniczy z cudem, kiedy czuję na sobie jego wzrok. Zwłaszcza że nie robi nic, by go odwrócić albo czymś się zająć. Po prostu się we mnie wpatruje, czekając, aż skończę czytać.

Na szczęście — albo w tym wypadku raczej nieszczęście — najważniejsze punkty sprawy pana Viktorova da się pojąć błyskawicznie. Nie docieram nawet do połowy pierwszej strony, kiedy wydobywa mi się z gardła okrzyk.

— Napadł pan na lekarza i porwał niemowlę!

Nie odpowiada. Czytam dalej, przerażona. Większość akt ma na dole jedną czy dwie „ważne adnotacje”. Że biologiczny rodzic może próbować uciec albo że dziecko ma silne alergie — tego typu rzeczy. Ale u pana Viktorova jest tego półtorej strony, wszystko pogrubione, zapisane kursywą i kilkukrotnie podkreślone na czerwono.

Faktycznie nie ma alergii — co za ulga.

Z drugiej strony podejrzewa się go również o przynależność do zorganizowanego syndykatu przestępczego.

Jak przy każdym oskarżeniu tej wagi, co drugie zdanie obudowane jest słowem „domniemany” jakieś pięćdziesiąt razy. Nikt w opiece społecznej nie chce rozpętać wojny prawnej z brutalnym, kryminalnym miliarderem. Ale siedzę w tym wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że „domniemany” zazwyczaj znaczy „prawie na pewno”.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział