Rozdział 4 4
– Świetnie – podsumowuję. – Skoro to mamy ustalone, i tak muszę się przygotować do pracy na jutro.
– Chyba żartujesz, co? – przeciąga Noelle. – Musisz zejść z napięcia i ogarnąć swoje sprawy. Myślisz, że już jest okej, ale ciało pamięta, dziewczyno. Rozsypiesz się w chwili, kiedy spróbujesz się rozluźnić.
Część mnie jest przerażona, że Noelle ma rację, ale naprawdę nie mam czasu przerabiać tej traumy. Poza tym gdzieś we mnie i tak mam jej całe życie. Jakoś sobie z tym radziłam.
Jak dotąd.
Kręcę głową. – Nie żartuję. Mechanizm CPS nie zatrzymuje się dla żadnej kobiety. Jutro rano mam z samego rana spotkanie w sprawie stałego umieszczenia porzuconego niemowlęcia. Szczerze mówiąc, to może być jasny punkt mojego tygodnia. Dać dziecku dom zamiast wyrywać je z domu; miła odmiana.
– Albo mogłabyś wziąć wolne i pójść ze mną na brunch z mimozami bez dna – proponuje Ashley, poruszając brwiami.
– Myślałam, że jesteś trzeźwa.
– Jestem! Trzeźwa po kalifornijsku – odpowiada odrobinę defensywnie. – Trawa i alkohol są okej. Chodzi o umiar.
Patrzę, jak Noelle zaciska usta, próbując zatrzymać w sobie wszystkie nieproszone rady. Obie wiemy, że umiar nie jest mocną stroną Ashley. Za to robienie dokładnie odwrotnie niż jej doradzamy – owszem. Najczęściej lepiej milczeć i pozwolić jej dojść do wszystkiego samej.
Posyłam jej cienki uśmiech. – Brunch innym razem. Mam akta do przejrzenia.
Rozłączam się przy mini-chórze życzeń i słów otuchy. Ale zbyt szybko przygniatająca cisza mojego mieszkania opada na mnie jak pajęczyna. Bez względu na to, jak bardzo próbuję odeprzeć ten dyskomfort, nie potrafię pozbyć się mrowienia poczucia, że coś jest nie tak.
Łatwo było zepchnąć mój atak w ciemny kąt umysłu, kiedy miałam Noelle i Ashley, żeby pogadać. Teraz jest na pierwszym planie. Ta sama dziewięćdziesięciosekundowa interakcja odtwarza się w mojej głowie w nieskończonej pętli.
Razem z niebieskookim potworem, który przyszedł mi na ratunek.
O tym zapomnieć jest trochę trudniej.
4
PIPER
Po tym, jak dziesięć razy z rzędu czytam pierwszy akapit akt sprawy, poddaję się i odrzucam teczkę na bok.
– To problem na jutro – mruczę, powtarzając jedno z ulubionych powiedzonek mojej babci.
W jej świecie prawie wszystko jest problemem na jutro. Teraz brzmi to jak równie dobre rozwiązanie jak każde inne. Zwłaszcza gdy dostrzegam stos rachunków medycznych na rogu biurka.
To zdecydowanie problem na jutro. Może problem na przyszły tydzień. A może nawet problem na następne życie.
Opadam na łóżko i naciągam poduszkę na oczy. Potrzebuję komory deprywacji sensorycznej. Miejsca, w którym mogłabym istnieć, nie mając przeszłości, teraźniejszości i przyszłości miażdżących mnie ze wszystkich stron. Ale chyba poduszka na głowie w razie potrzeby też się nada.
Nawet nie do końca chcąc, zasypiam.
Deszcz jest teraz lżejszy. To drobna mżawka, bardziej mgła niż cokolwiek innego. Napiera na mnie, tłumiąc moje zmysły.
Z mgły wyłaniają się w moją stronę ręce. Silne palce zaciskają się na moich bicepsach i szarpią mnie w opary. Próbuję krzyknąć, ale z gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.
Zastygam. Bezradna. Bezbronna.
Ręce dociskają mnie plecami do ceglanego muru, tylko że tym razem pod kręgosłupem jest miękko, jakby gąbczasto. Prawie wygodnie.
Potem właściciel tych rąk robi krok naprzód, przebija się przez deszcz i wreszcie go widzę. Powinnam była rozpoznać go od razu. Nawet przez mgłę jego oczy połyskiwały.
— Ty — wydycham.
Niebieskooki potwór krzywi usta w kpiącym uśmieszku. Nie wiedziałam, że jego pełne wargi potrafią tak się układać. Widziałam go tylko, jak się krzywi. Uśmiech mu pasuje.
Czuję, że tracę ostrość. Ale tu jest niebezpieczeństwo. Ktoś mnie napadł. — Gdzie się podział tamten facet?
Pochyla się blisko. — Zostaliśmy już tylko my dwoje, Piper Quinn.
Ściana za mną jest teraz łóżkiem. Zamiast stać, leżę płasko na plecach, a potwór góruje nade mną. I jestem naga. Kiedy to się stało?
Serce mi przerywa, a całe ciało płonie. Mięśnie gdzieś głęboko drżą i trzęsą się, kiedy przyciska mnie do łóżka, unieruchamiając po kolei każdą kończynę. Jestem jak motyl przypięty do tablicy. Ale dopóki to on mnie przebija szpilką, nie mam nic przeciwko.
— Nie powinnaś chodzić nocą po ciemnych zaułkach, jeśli nie umiesz się bronić — mówi. Tym razem mnie nie strofuje. Słowa spływają mu z języka jak delikatne smugi dymu.
— Bronić się przed czym? — brakuje mi tchu, gdy jego usta muskają moją szyję i suną po obojczyku.
— Przed potworami — szepcze, przygryzając płatek mojego ucha. — Potworami takimi jak ja.
Budzę się powoli.
Mgła zamienia się w rozmazany obraz senny. Ręce na mojej talii stają się tym, co na pewno jest siniakiem po wczorajszym upadku na chodnik. Wciągam powietrze, próbując rozpędzić motyle w brzuchu, ale oddychanie boli.
Jeśli ciało naprawdę pamięta wszystko, to ja zdecydowanie przegrywam.
Siadam, krzywiąc się z bólu i rozczarowania. Niebieskooki potwór w rzeczywistości był dupkiem, ale do moich snów może się włamywać, kiedy tylko chce. To było niewiarygodnie podniecające.
Przekopuję splątaną kołdrę w poszukiwaniu telefonu. Ekran świeci na pełnej jasności, więc syczę jak wampir wystawiony na słońce, kiedy po omacku próbuję go przyciemnić. Wtedy dostrzegam godzinę.
— Cholera! — Mimo bólu w barku i biodrze zrywam się z łóżka i rzucam do szafy.
Jestem spóźniona. Spóźniona do granic.
Gdybym dotarła na spotkanie dokładnie w tej chwili, byłabym spóźniona w sposób, który dałoby się wybaczyć. Tyle że wciąż stoję w pokoju z włosami jak po wybuchu i w flanelowych spodniach.
Następne piętnaście minut spędzam na uprzedzeniu szefa, wysłaniu wiadomości na numer powiązany z aktami sprawy, żeby potencjalny rodzic wiedział, że jest mi strasznie przykro, ale już jadę, a potem na doprowadzeniu się do w miarę przyzwoitego wyglądu.
Rower dziś rano nie wchodzi w grę, więc pędzę na autobus, a między przystankami nakładam odrobinę różu i tuszu do rzęs. Klaustrofobia nie dokucza mi aż tak w komunikacji miejskiej, zwłaszcza jeśli znajdę miejsce, przy którym mogę uchylić okno.
