Rozdział 2 2
Ten facet, z przedwcześnie pomarszczoną skórą i w ciemnych, znoszonych ubraniach, nie robił wrażenia. Był po prostu kolejnym w szeregu rodziców tak głęboko pogrążonych we własnym nałogu, że nie potrafili dostrzec, iż dziecko pod ich opieką potrzebuje — no wiesz — opieki.
Aż do teraz. Nagle widzę go w pełnym kolorze.
— To nie była moja decyzja. — Nienawidzę tego, jak załamuje mi się głos. Niewypowiedziana prośba klinuje się między słowami. — Ja sporządzam raporty, ale ktoś inny—
— Napisałaś, że jestem „niezdolny”. — Podchodzi bliżej. Alkohol w jego oddechu oblepia mnie jak fala.
Ten zapach natychmiast mnie cofa.
Z powrotem do czasu, gdy miałam pięć, siedem, dziesięć lat. Z powrotem do bycia małą i bezradną. Z powrotem do kurczenia się w sobie, z nadzieją, że jeśli będę cicho, to wszystko minie.
Przeciąga po zębach pożółkłym językiem. — W tych twoich pieprzonych papierach napisałaś, że skrzywdziłem swoje dziecko.
Mały chłopiec miał siniaki po każdej wizycie u ojca i chodził na palcach wokół dorosłych, jakby stąpał po polu minowym. Nietrudno było się domyślić, co się dzieje.
Widziałam to zbyt wiele razy.
Przeżyłam to zbyt wiele razy.
Serce wali mi milionem uderzeń na minutę, ale to nie krew pompuje w żyłach. To panika. Strach. Wieloletnia trauma, stara jak dekady, ciężka jak beton, przygniata mnie do ziemi.
Walcz, błagam samą siebie. Odepchnij go. Oddaj.
— Już nie taka twarda, co? — Ten mężczyzna szczerzy się. Jeden z przednich zębów ma brązowy, a drugi złamany na pół. Smród wódki jest tak gęsty, że zaraz zwymiotuję.
Cholera. Walcz, Piper!
Ale nie potrafię pokonać tego, czego nauczono mnie w dzieciństwie: jeśli będę stała nieruchomo i nie będę się bronić, szybciej się skończy. Zmęczy się biciem mnie. Odsunie się, gdy osunę się na podłogę jak bezużyteczna kupka.
Nauczyłam się tego na własnej skórze. Teraz nie da się tego oduczyć.
Mężczyzna zaciska mięsistą dłoń na mojej szyi, a ja zamykam oczy.
To zaraz się skończy.
2
PIPER
Facet ze złamanym zębem zaczyna ściskać. Gardło mi się zamyka. Świat zaczyna ciemnieć na brzegach, jakby ktoś przykładał zapałkę do jednego rogu mojego pola widzenia.
Więc tak to się kończy. Nie hukiem, tylko skomleniem.
Wtedy, równie nagle jak się pojawił, nacisk znika.
Do szamotaniny dołącza głębszy warkot. Przysięgam, że słyszę głos Boga.
— Przeszkadzam w czymś?
Kiedy wreszcie udaje mi się rozewrzeć oczy, jestem pewna, że mam rację. Ten mężczyzna jest bogiem, owszem — i ja jestem gotowa się nawrócić.
Nieznajomy ustawia się tak, by zasłonić mnie przed napastnikiem. Widzę tylko twardy zarys jego bicepsów i szerokie barki.
— A ty, kurwa, kto? — syczy mój napastnik. — Jej chłopak?
— Jestem tym, który oddzieli ci ręce od ramion, jeśli jeszcze raz jej dotkniesz. Rozumiesz?
Opiekun, który mnie zaatakował, nagle nie wygląda już tak groźnie. Kiedy podnosi się z miejsca, w które bóg rzucił go na ziemię, widzę, jak się zatacza. Jest pijany. Pewnie przewróciłabym go jednym porządnym pchnięciem w klatkę piersiową.
Ale tego nie zrobiłam.
Nie zrobiłam nic.
Wstyd zalewa mnie gorącą falą. Jestem zaskoczona, że deszcz na mojej skórze nie wyparowuje od nagłego żaru.
Pijak rzuca mi jeszcze jedno spojrzenie. Jego szkliste oczy zwężają się z niesmakiem, po czym garbi się, osłaniając przed deszczem, i umyka w dół alejki. Skręca za róg i znika.
Ulga wbija mnie plecami w cegłę. Przyciskam dłoń do piersi i wciągam powietrze drżąco. — O mój… Ja pierdolę.
— Nic ci nie jest?
Podnoszę wzrok i uświadamiam sobie, że mój wybawca stoi teraz przodem do mnie. Ma ciemne włosy, krótkie, ale kręcone, przyklejone do głowy przez deszcz. Tatuaże z czarnego tuszu wymykają się spod końców podwiniętych rękawów koszuli i oplatają mu nadgarstki. Sześćdziesiąt sekund temu bałabym się spotkać go samej w tej ciemnej alejce. Teraz nigdy w tym przeklętym życiu nie czułam się bezpieczniej.
Nasze spojrzenia się spotykają, a ja wciągam powietrze ostro. Nawet w ciemności jego niebieskie oczy są świetliste. Jasne i czyste…
I utkwione we mnie.
Przełykam falę sprzecznych emocji, która we mnie narasta, i kręcę głową. — Nie. Nie, wszystko w porządku. On nie… Przyjechałeś w samą porę. Nic się nie stało. — Prostuję ramiona. — Może jak adrenalina opadnie, będę trochę obolała. Ale poza tym jestem całkiem—
— Głupia — warczy mężczyzna.
— Słucham? — Mrugam na niego, marszcząc brwi.
— Jesteś głupia. — Powtarza te słowa powoli. — Nie powinnaś włóczyć się po ciemnych zaułkach w środku nocy, jeśli nie potrafisz się bronić.
Potrzebuję kilku sekund, żeby przetworzyć to, co mówi. I sposób, w jaki to mówi. Jakbym osobiście go obraziła.
— To nie jest środek nocy. Jest chwilę po ósmej. Burza sprawia, że jest ciemniej, niż byłoby, gdyby—
— Nawet nie sprawdziłaś, czy ktoś jest w pobliżu — ciągnie, ignorując mnie. — Miałaś spuszczoną głowę i nie masz żadnej broni. Gdybyś poświęciła choćby pieprzoną pół sekundy na obserwowanie otoczenia, zobaczyłabyś tego dupka czającego się przy wylocie zaułka. Cholera wie, nie starał się wcale być dyskretny.
Wstyd, który już wcześniej próbowałam powstrzymać, podwaja siłę i znów na mnie szarżuje. Łzy pieką mnie pod powiekami.
— Padało tak mocno, że nic nie było widać!
— Ja go zobaczyłem z drugiej strony ulicy — prycha.
Znów patrzę w jego nieludzko niebieskie oczy i parskam. — Nic dziwnego. Czym ty jesteś, wilkołakiem czy co? Normalne ludzkie oczy tak nie wyglądają.
Jego irytację przerywa na ułamek sekundy coś na kształt rozbawienia. Potem jego pełne usta wykrzywiają się w grymas. — Weź rower i jedź.
— Dobry pomysł. Najwyraźniej tej nocy kręci się tu sporo dupków.
— A ja nie zawsze będę, żeby cię przed nimi ratować. — Odwraca się i odchodzi.
I tak po prostu znów zostaję sama.
W ciemności. Przemoczona do suchej nitki. Trzęsąca się z chłodu, który sięga znacznie głębiej niż skóra, i rozpalona jedynym pytaniem, które mam w głowie.
Co, do cholery, właśnie się wydarzyło?
3
PIPER
Ręce wciąż mi drżą, kiedy sięgam po kolejny kawałek pizzy z serem w brzegu. Jestem po prysznicu, w czystej piżamie i jem mrożoną pizzę, którą sobie obiecałam, ale w myślach nadal tkwię w tamtym zaułku, a oddech tamtego faceta przesiąknięty wódką uderza we mnie mdłymi falami.
— Piper!
Moje imię, wrzaśnięte przez metaliczne głośniki telefonu, sprawia, że podskakuję. Kropla tłuszczu spada z pizzy na moje flanelowe spodnie od piżamy.
— Cholera, Noelle. Przez ciebie mi kapnęło.
— I dobrze! Odłóż pizzę i odbierz telefon — odpyskowuje moja najlepsza przyjaciółka. — Powinnaś dzwonić na policję, a nie zapychać się.
Odkładam pizzę na wyszczerbiony ceramiczny talerz i wycieram palce w papierowy ręcznik. — Nie zapycham się. I co ja w ogóle miałabym powiedzieć policji?
— Że zostałaś zaatakowana przez obłąkanego rodzica przed pracą! Powiedziałabym, że to niezły punkt wyjścia.
— Brzmi prosto, kiedy tak to mówisz, ale…
W mojej wyobraźni pojawia się bestia mężczyzny, który mnie uratował. Nie było w nim nic prostego. Uratował mnie i w tym samym momencie nazwał idiotką.
Nie do końca rycerz na białym koniu.
— Co powiedziałaś? — Noelle wydaje wściekły pomruk z czystej frustracji. — Przesuń kamerę. Po co w ogóle rozmawiamy na wideo, skoro nie widzę twojej twarzy?
— Ashley ma czarny ekran przez całą tę rozmowę — zauważam. — Na nią nie krzyczysz.
— Ashley też nie została dziś napadnięta, więc wasze sytuacje nie są do końca porównywalne. Pokaż się. Natychmiast.
Jestem dorosłą kobietą. Nie przyjmuję rozkazów od nikogo, nawet od jednej z moich dwóch najlepszych przyjaciółek. Z drugiej strony Noelle potrafi być przerażająca. Jeśli teraz nie zrobię, co każe, wiem, że zjawi się na moim progu akurat wtedy, gdy będę się szykować do łóżka.
Wzdycham i chwytam telefon, posyłając jej uśmiech w stylu: no, zadowolona?
— Jesteś blada — stwierdza bez chwili wahania. — I czy to jest siniak na twojej szczęce?
— Nie — odzywa się Ash. — To sos od pizzy.
