Rozdział 1 1
PIPER
Grom przetacza się przez ziemię pod moimi zmęczonymi stopami w chwili, gdy wychodzę z pracy. Gdybym nie miała już dość słuchania własnego głosu, roześmiałabym się. Albo wybuchnęła maniakalnym chichotem. Cokolwiek wyraźniej pokazałoby, że tracę resztki rozumu.
Świat zdaje się zgadzać — w ponurej, filmowej scenerii — że dzisiejszy dzień jest do dupy. Błyskawica? Stukanie kropli deszczu przechodzące w równą ulewę? Jasne, czemu nie? Tym lepiej, żeby zmyć ostatnie resztki dzisiejszych nadziei i marzeń.
Wychylam się spod wytartego daszku i zerkam w górę na ciemne niebo. Nie jestem pewna, czego się spodziewam. Może zegara odliczającego w chmurach. Jakiegoś znaku, kiedy deszcz się skończy i będę mogła wrócić do swojego nędznego życia.
Oczywiście nie ma nic.
Gęste chmury zasłaniają niknący księżyc, a latarnia przed biurem miejskiego Child Protective Services w centrum wciąż jest przepalona, więc panuje tu upiorna ciemność. Zgłosiłam to miastu cztery miesiące temu, ale osoba odpowiedzialna za wymianę lamp pewnie jest tak samo przepracowana jak ja.
Tak czy inaczej, to wszystko oznacza, że na zewnątrz jest ciemno, ciemno.
— Jak w mojej duszy — rzucam cicho do siebie.
Najwyraźniej mój tydzień z piekła rodem nie ukradł mi wszystkich wspaniałych cech. Moje autoironiczne poczucie humoru ma się doskonale.
Tyle że opiekun, z którym dziś miałam do czynienia, nie uznałby tego żartu za szczególnie zabawny. Właściwie pewnie nazwałby go trafnym.
Ciemna dusza? Raczej zimna suka.
Na tym polega praca w CPS: jesteś twarzą, którą ludzie kojarzą z tym, że ktoś wyrywa im dziecko z ramion.
Nie ma znaczenia, że twarz tego dziecka jest brudna, wychudzona i pokryta niewyjaśnionymi siniakami.
Nie ma znaczenia, że ramiona tego rodzica są najeżone śladami po brudnych igłach.
I tak myślą, że to ty jesteś czarnym charakterem.
Albo, cytując wczorajszy perełkowy tekst biologicznego rodzica, „wściekłą suką z gównem zamiast serca i pułapką na niedźwiedzie zamiast cipki”. Jak na takie rzeczy, to było całkiem niezłe. Dałam temu dziesięć na dziesięć za kreatywność i wrzuciłam na firmowy wątek mailowy „Najlepsze obelgi”.
„Powinnaś dopisać to do profilu randkowego” — odpisał mój szef, James, z emoji płacząco-śmiejącym się.
Jaki profil randkowy? chciałam odpisać. Ale w pewnym momencie autoironia przestaje być zabawna… albo w ogóle przestaje być żartem.
Usunęłam aplikacje randkowe miesiące temu, zaledwie kilka tygodni po tym, jak je pobrałam po rozstaniu. Dlatego stoję teraz w progu pracy i próbuję zebrać w sobie odwagę, żeby wrócić do domu na rowerze w ciemności. W czasie burzy.
Bo nie ma do kogo zadzwonić.
Nie mam już chłopaka, który czekałby na mnie w domu, Noelle dziś pracuje, a samochód Ashley jest najbardziej kompaktowy z kompaktów. W zeszłym roku, kiedy wyszła z odwyku, dopadł ją szał „ratowania świata” i kupiła przez internet używanego Smarta. Nawet gdyby była dostępna, wolałabym wracać w deszczu niż wciskać się do tej pułapki na śmierć.
Kiedy zaczyna się klaustrofobia, trzyma mnie godzinami.
— Dobra, Pipe — mówię do siebie, podskakując lekko z nogi na nogę, żeby się nakręcić. — Jedziemy. Dotocz się do domu, a będziesz mogła wziąć prysznic, włożyć piżamę i zjeść tę mrożoną pizzę z nadziewanym brzegiem z zamrażarki.
I umrzeć w samotności.
Jęczę na własny natrętny żarcik i rozluźniam ramiona. – To tylko dziesięć minut jazdy. Potem ten dzień się skończy i będziesz mogła odpocząć. Gotowa, do startu…
Żeby oszukać własny mózg, pomijam „start” i wyskakuję prosto w deszcz.
Cieszę się, że nie zawracałam sobie głowy czapką ani tą uroczą, ale kompletnie bezużyteczną kurtką przeciwdeszczową, którą trzymam w dolnej szufladzie biurka na takie okazje. Bo to jest ulewa. Taka, która przemoczy cię na wskroś w chwili, gdy tylko w nią wejdziesz.
Przed tym nie ma żadnej ochrony.
Biegnę, patrząc w dół na ziemię, żeby nie potknąć się o nierówny chodnik ani nie poślizgnąć w wielkiej kałuży. Zresztą rozglądanie się nie ma sensu – w takim potopie nikt nie wychodzi. Nawet gdyby, i tak bym ich nie zobaczyła. Za każdym razem, kiedy podnoszę głowę, deszcz rozmazuje to, co z mojego pola widzenia nie zdążyła jeszcze ukraść ciemność.
Skręcam za róg w zaułek obok naszego budynku. W połowie wysokości ceglanej elewacji wisi brudnawa, pomarańczowa lampka ochronna, ale nie tyle daje światło, co potężne wrażenie, że właśnie weszłam w sam środek apokalipsy.
Klękam w pomarańczowej kałuży, żeby odpiąć rower.
– Gdybym wiedziała, że będzie padać, wniosłabym cię po schodach – mówię.
Jeśli maniakalny śmiech nie jest już wystarczającą wskazówką, że tracę rozum, to gadanie do roweru na pewno nią jest. Po omacku szukam łańcucha od zapięcia w ciemności. Palce ślizgają mi się od wody, a kiedy ześlizgują się i przypadkiem wyginam paznokieć do samego końca, mam ochotę zwinąć się w kłębek i rozpłakać tu i teraz.
Prysznic. Piżama. Pizza.
Powtarzam swoje wieczorne plany jak mantrę, aż w końcu udaje mi się wyszarpnąć zamek, owinąć zapięcie wokół podstawy ociekającego mokrego siodełka i odciągnąć rower od stojaka.
A potem świat przechyla się na bok.
Poprawka: ktoś przechyla mój świat na bok.
Przez sekundę dłonie zaciskające się na moim gardle zlewają się z dudniącym deszczem. Mój mózg ma za dużo bodźców do ogarnięcia, więc kiedy ktoś szarpie mnie w lewo i bezceremonialnie rzuca w brudny strumień śmieci i ścieków płynący wzdłuż zaułka, jestem zdezorientowana.
– Co do…
– Ty pierdolona suko – syczy głęboki głos.
To na pewno nie był wiatr. Ani deszcz.
Panika smaga mnie jak bat. Ktoś zaciska pięść na mokrym materiale mojej koszuli i stawia mnie na nogi, jakbym była workiem kartofli. Zerkam przez ramię, ale deszcz leje mi się po twarzy, a mężczyzna stoi pod światło pomarańczowej lampy ochronnej.
Tyle z ochrony – gówno widzę.
Próbuję krzyknąć, ale mężczyzna z impetem przyciska mnie do ceglanej ściany. Powietrze uchodzi mi z płuc z głośnym świstem.
– Już nie taka twarda, co? – przygniata mnie do muru, podchodząc tak blisko, że zasłania część deszczu.
I po raz pierwszy widzę wyraźnie mojego napastnika.
– Znam cię – charczę. – Ja… ja…
– Ja… ja… – przedrzeźnia mnie, a jego głos nienaturalnie piskliwieje. Potem wybucha głębokim, gorzkim śmiechem, w którym nie ma ani krzty wesołości. – Zabrałaś mi dziecko.
Ostatnie kilka dni to była jedna wielka plama: spotkania, wizyty domowe i wypełnianie raportów. Twarzy, które zapadają w pamięć, jest niewiele. Kobieta, która wypluła słowo „coochie” bez cienia humoru, zdecydowanie się wyróżnia.
