Uzależniony CEO

Pobierz <Uzależniony CEO> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 2: Znalazłem cię

Trzy lata później korporacja Chase wzięła Maple City szturmem.

Dotychczasowi lokalni kacykowie chodzili jak struci. Nie byli w stanie pojąć, dlaczego Chase Corporation – firma, która powinna trzymać się Starlight City, twierdzy rodziny Windsorów – postanowiła zdominować akurat ich prowincjonalne miasteczko. Z dnia na dzień zostali zepchnięci w cień.

W swoim gabinecie Henry masował skronie, czując zmęczenie po serii niekończących się spotkań.

Odruchem otworzył dolną szufladę i wyciągnął z niej gruby plik papierów.

Nie zdając sobie z tego sprawy, spisał już praktycznie każdy szczegół z życia Zoey, niemal jak jej biografię.

Zoey, najstarsza córka z rodziny Spencerów, stała się pionkiem, odkąd jej ojciec ożenił się ze swoją kochanką. Mimo że w młodym wieku zrobiła dwa doktoraty, w oczach ojca zawsze była tylko tłem dla młodszej siostry.

Przez ostatnie trzy lata Henry wkładał w jej poszukiwania absolutnie wszystko. Zatrudnił nawet najemników. I wciąż błądził po omacku.

Jakby Zoey rozpłynęła się w powietrzu.

Nawet ciągłe śledzenie rodziny Spencerów nic nie dawało.

– Panie Windsor.

Do drzwi zapukał John, wyglądał na nieco spiętego.

Henry otrząsnął się z zamyślenia, wsunął dokumenty z powrotem do szuflady i skinieniem ręki zaprosił Johna do środka.

John wyciągnął telefon, mając nietęgą minę.

Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, z drugiej strony huknął donośny głos:

– Daj mu ten telefon!

– To pana ojciec – wyjaśnił John z szacunkiem, stawiając komórkę na biurku i włączając głośnik.

Ojciec Henry’ego od razu się rozkrzyczał:

– Teraz to już nawet nie raczysz odebrać ode mnie telefonu, tak?!

Henry westchnął, dał Johnowi znak, żeby wyszedł, i odpowiedział:

– W firmie jest urwanie głowy.

To tylko dolało oliwy do ognia.

– Z czym niby takie wielkie urwanie głowy? Z tym twoim lokalnym interesikiem?

– Minęły trzy lata, a ty się nie pofatygowałeś, żeby choć raz mnie odwiedzić. Chcesz mnie do grobu wpędzić? Uparłeś się, że postawisz Chase Corporation w Maple City – proszę bardzo, to twoja firma, nie będę się wtrącał. Ale trzy lata się nie pokazać? W ogóle ci na mnie zależy? Przez ciebie mam coraz silniejsze ataki serca!

Henry potarł czoło i ciężko wypuścił powietrze.

– Tato, znam świetnego kardiologa. Chcesz, to ci go polecę.

Zapadła chwila ciszy, potem z tamtej strony dobiegł jedynie głęboki wdech – i wrzask rozległ się na nowo.

Po krótkich trzaskach w słuchawce jego ojcowski jazgot zastąpił łagodny głos.

– Henry, ojciec po prostu się o ciebie martwi. Popatrz na naszą rodzinę, nawet twoje siostrzeńce mają już dzieci. Najwyższy czas, żebyś i ty o tym pomyślał.

Henry urodził się, gdy jego ojciec był już w starszym wieku, więc od małego go rozpieszczano. W całej rodzinie Windsorów nikt nie był w stanie go utrzymać w ryzach.

– Twój prawnuk z kuzynostwa za kilka dni kończy dziesięć lat. Przyjedź na urodziny i nas przy okazji odwiedź.

Przy Johnie nie miał jak się wymigać.

Z niechęcią się zgodził:

– Dobrze.

Matka aż zapiszczała z radości:

– Wracaj szybko. – Powiedziała jeszcze kilka ciepłych słów i się rozłączyła.

Henry odchylił się w fotelu i rzucił do Johna:

– Zarezerwuj lot do Starlight City.

John zachował kamienną twarz, ale w środku aż podskakiwał z radości. Wreszcie wracali do centrali! Przynajmniej nie będzie musiał dalej uganiać się tu za duchem!

Dwa dni później, na lotnisku.

Henry siedział rozwalony w saloniku VIP, w okularach przeciwsłonecznych, drzemiąc, podczas gdy John załatwiał sprawy na zewnątrz.

Nieopodal krępy, łysy facet trajkotał na cały głos, wymachując przy tym rękami. W pewnym momencie wykonał gwałtowny gest i przewrócił swoją kawę, ochlapując Henry’ego.

Na jego markowym płaszczu od razu pojawiła się obrzydliwa, czarna plama.

Łysy nawet tego nie zauważył i dalej nawijając, wywijał rękami jak kataryniarz.

Henry zmarszczył brwi. Kompletnie nie miał ochoty na żadne afery i już sięgał po telefon, żeby zadzwonić do Johna i zrzucić to na niego.

Właśnie wtedy w powietrzu rozległ się wyraźny, dźwięczny głos:

– Hej, panie Łysy, nie wypada przeprosić, jak się obleje kogoś kawą? Czy może łatwiej się pastwić nad niewidomym, bo nie widzi?

Henry zesztywniał. Niewidomym? Mówiła o nim?

Spojrzał znad okularów przeciwsłonecznych na osobę, która to powiedziała. Miała na sobie beżową spódnicę, włosy związane w wysokiego kucyka. Wyglądała figlarnie i młodo, jak studentka.

Kiedy Henry przyjrzał się jej twarzy, jego wyraz zmienił się całkowicie. Powoli wyprostował się na krześle.

Kobieta, której szukał od trzech lat, której każdy szczegół utrwalił sobie w pamięci, stała tuż przed nim.

Zoey, nieświadoma, co dzieje się w głowie Henry’ego, zobaczyła, że się prostuje, i uznała, że w końcu dotarło do niego, co się stało. Jeszcze bardziej wkurzył ją łysy facet.

– Lepiej od razu przeproś tego niewidomego, bo zaraz dzwonię na policję.

Łysy, widząc, że to tylko młoda dziewczyna, prychnął z pogardą i wysyczał:

– A niby czemu? Widziałas, jak coś rozlałem? Myślisz, że policja będzie się bawić taką błahostką?

Zoey ani drgnęła, tylko odwzajemniła jego drwinę:

– Jestem prawniczką już od jakiegoś czasu. Przerobiłam różne typy. Naprawdę myślisz, że sobie z tobą nie poradzę?

Jej pewność siebie sprawiła, że łysy zawahał się na moment, ale to wahanie szybko przerodziło się w wściekłość. Zrobił krok do przodu i wrzasnął:

– A co ci w ogóle do tego, wścibska suko?!

Zbliżył się, jakby zaraz miał przejść do rękoczynów.

Zoey natychmiast cofnęła się o krok, gotowa się bronić.

Zanim jednak zdążyła zareagować dalej, Henry gwałtownie wstał i stanął przed nią, zasłaniając ją swoim ciałem. Zdjął okulary przeciwsłoneczne i wbił w łysa wzrok lodowatym spojrzeniem.

– Spieprzaj.

Wzrok Henry’ego był tak przenikliwy, tak zimny, że łysy aż poczuł dreszcz na plecach. Nerwowo przełknął ślinę, a Henry mówił dalej:

– Ten płaszcz kosztuje więcej, niż sobie wyobrażasz. Jak ci życie miłe, radzę się zmywać.

Tyle wystarczyło. Łysy od razu stchórzył i czym prędzej zwiał.

Henry wziął głębszy oddech, odwrócił się do Zoey, jego spojrzenie przesuwało się po jej rysach, jakby chciał je na nowo wyryć w pamięci.

Serce Zoey zaczęło bić szybciej pod naporem jego intensywnego spojrzenia. Jak ktoś o tak ostrych, przeszywających oczach mógłby być niewidomy? Dotarło do niej, że władowała się w sytuację, nie znając faktów. Nagle zrobiło jej się głupio i uciekła wzrokiem.

– Chyba się wtrąciłam, gdzie nie trzeba.

Henry już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy przerwał mu głos Johna.

– Panie Windsor, pora już… – John urwał, widząc Zoey. Oczy mu się rozszerzyły, a resztę zdania dokończył niepewnie: – …wchodzić na pokład?

„No to pozamiatane, nie ma odwrotu” – przemknęło Johnowi przez głowę.

Zoey skorzystała z okazji, by się pożegnać.

– Widzę, że macie swoje sprawy. My już pójdziemy. – Złapała dziewczynę stojącą obok niej i odwróciła się do wyjścia.

John nerwowo zerknął na Henry’ego, w duchu błagając, żeby nie usłyszeć tego, czego najbardziej się obawiał.

– John, odwołaj wyjazd.

Kilka słów, a John poczuł się, jakby usłyszał wyrok.

Tymczasem Zoey i Carol Johnson wyszły z lotniska. Carol nie wytrzymała:

– Ten koleś był serio dziwny. Nie był niewidomy, a na początku w ogóle nie reagował. Tylko nas wystawił na pośmiewisko.

Zoey też wydawał się dziwny, a jednocześnie jakoś znajomy, ale pokręciła głową i postanowiła się nad tym nie zastanawiać.

Podniosła wzrok na wielki napis: „Dworzec Maple City”. Jej oczy momentalnie stwardniały, ochłodły. Była z powrotem na tej ziemi po trzech latach.

Trzy lata temu jej „kochany tatuś” własnoręcznie wysłał ją w prezencie jak rzecz; to zdrada, której nie da się zapomnieć.

Tym razem Zoey wróciła, żeby wyrównać stare rachunki.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział