Rozdział 3 Rozwód
Zaśmiałam się krótko, gorzko, z takim samoponiżającym śmiechem.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale Michael zmienił hasło do telefonu i ledwo pozwalał mi go dotknąć.
Myślałam, że po prostu strasznie ceni sobie prywatność.
A tymczasem jego kochanka i jego córka mogły swobodnie korzystać z jego telefonu — tylko ja nie.
Twarz Echo natychmiast zesztywniała. Szybko jeszcze raz sprawdziła numer — nie pomyliła się, nie wybrała złego.
Widząc mój wyraz twarzy, od razu pojęła, co się dzieje, i w pośpiechu się rozłączyła.
Uniósł mi się kącik ust w zimnym, szyderczym uśmiechu.
Dopiero gdy kolana zaczęły mi krwawić, Ella prychnęła, odwróciła się na pięcie i wyszła.
Wychodząc, rzuciła jeszcze groźbę: „Przeprosiny były wystarczające, więc nie powiem o tym panu Johnsonowi”.
Kiedy wyszła, Echo szybko podeszła i pomogła mi dojść do pokoju.
Każdy krok wyrywał mi z piersi syk bólu.
Echo zeszła na dół po apteczkę i akurat wpadła na Michaela, który właśnie wrócił do domu. Ich rozmowa też do mnie doleciała.
„Po co ci apteczka?” — zapytał.
„Pani Johnson klęczała całą noc w kaplicy. Ma okropnie poranione kolana”.
„Aż taka delikatna?”
W słowach Michaela wyraźnie brzmiało powątpiewanie — jakby podejrzewał Echo, że ze mną grają na litość.
Echo zebrała się na odwagę i odpowiedziała: „Ella się nad nią pastwiła. Kopnęła poduszkę, a pani Johnson klęczała godzinami prosto na podłodze”.
Ton Michaela zrobił się lodowaty, kiedy zapytał: „Kto jej kazał to zrobić?”
„Czyżbyś nie ty?”
Po tych słowach Echo Michael musiał gdzieś zadzwonić. Głos miał zimny, a w tym jego rozkazującym tonie nie było miejsca na dyskusję: „Ella, jutro idź do kadr i finansów rozliczyć się. Nie musisz już przychodzić do Johnson Group”.
Potem wszedł do mojego pokoju z apteczką w ręku.
Michael miał kamienną twarz, podszedł prosto do łóżka i usiadł.
Złapał mnie za kostkę i ułożył moją łydkę na swoim kolanie.
„To może trochę zaboleć. Wytrzymaj”.
Miał głębokie spojrzenie, kiedy patrzył na zaschniętą krew na moim kolanie, po czym wyjął wacik z jodyną i delikatnie odkaził ranę.
Gdyby sceny z tamtych zdjęć nie roztrzaskały mi do cna wszystkich oczekiwań wobec niego, to widok jego skupionej twarzy mógłby sprawić, że uwierzyłabym, iż wrócił ten sprzed dawna, dawna — Michael, który mnie kochał.
Ale zeszłej nocy był z Alice. Całą noc.
Nie — być może przez te trzy lata, przez niezliczone noce, kiedy Michael twierdził, że jest w delegacji, był z Alice.
Zrobiło mi się niedobrze z obrzydzenia. Szybko cofnęłam nogę i usiadłam dalej od niego. Wzięłam nowy wacik i sama odkaziłam ranę.
Przeszył mnie ostry, czysty ból, przypominając, że dla mnie i Michaela nie ma już żadnej drogi powrotnej.
Nie spojrzałam mu w oczy. Zakładając gazę na kolano, powiedziałam: „Michael, rozwiedźmy się”.
To była moja decyzja po nocy ciężkiego myślenia — ofiara, która bolała jak cięcie po kości i aż do szpiku. A jednak nie wyrwała z Michaela nawet cienia zaskoczenia.
Jego chłodna, przystojna twarz nie drgnęła: „Rozwód? Naprawdę potrafisz odpuścić?”
W końcu znałam go od piątego roku życia, odkąd rodzina Thomasów mnie adoptowała. Od tamtej pory byłam jego małym cieniem, a serce i oczy miałam pełne jego.
Spojrzał na mnie z pobłażaniem: „Raz czy dwa palnąć coś w złości — okej. Ale co, jeśli następnym razem naprawdę się zgodzę?”
Tłumiąc w sobie smutek, zapytałam szyderczo: „Masz dziecko z inną kobietą, więc co ci daje pewność, że ja nadal nie umiem cię odpuścić?”
Michael zmrużył oczy, przyglądając mi się uważnie: „Wiesz wszystko?”
Uśmiechnęłam się gorzko. Głos mi zaciążył od emocji, kiedy go zapytałam: „Twoja córka z nią wygląda na jakieś trzy lata, prawda? To znaczy, że niedługo po tym, jak nasze dziecko umarło, urodziło się twoje. Mam rację?”
Coś jakby mignęło na surowej twarzy Michaela. Ani tego nie potwierdził, ani nie zaprzeczył.
Ta cisza była przerażająca.
Po dłuższej chwili zmarszczył brwi i zapytał:
— Aż tak ci przeszkadza to, że Isabella istnieje?
Czyli ta mała dziewczynka miała na imię Isabella.
Powiedziałam słabo:
— Jeśli jej istnienie ma tylko zaspokoić twoją potrzebę, żeby ktoś mówił do ciebie „tatusiu”, to... nie mam prawa mieć o to pretensji.
Nagle podszedł bliżej. Pochylił się nade mną, opierając dłonie po obu stronach mojej głowy, odcinając mi drogę ucieczki.
Odepchnęłam go mocno, ale nie miałam już siły i nawet go nie drgnęłam.
Michael pochylił się jeszcze niżej. Jego chłodny głos nabrał dziwnego, niebezpiecznie kuszącego brzmienia, gdy szepnął mi do ucha:
— W porównaniu z innymi, którzy mówią do mnie „tatusiu”, i tak najbardziej lubię, kiedy to ty to mówisz.
Twarz momentalnie mi zapłonęła.
Kiedyś byliśmy jak normalna para — namiętni, gdy szliśmy do łóżka.
Czasem tak nas ponosiło, że gubiłam rachubę, ile razy kazał mi mówić do siebie „tatusiu”.
Ale teraz, gdy o tym myślałam, miałam ochotę ugryźć się w język, jakbym mogła go sobie odgryźć.
Michael przyglądał się moim zarumienionym policzkom, jakby był z siebie zadowolony. Uśmiechnął się i zapytał:
— No? Przypomniało ci się?
Policzki paliły mnie żywym ogniem.
A jednak, patrząc na tę twarz — tak znajomą, a jednocześnie obcą — poczułam nagle spokój. Taki ciężki, ale wyraźny, jakby coś we mnie wreszcie przestało się szarpać.
Powiedziałam wyjątkowo spokojnie, powoli:
— Michael, my nie możemy wrócić do tego, co było. Nieważne, co było między nami kiedyś — już nic między nami nie będzie.
Po twarzy Michaela przemknął dziwny wyraz.
Wyprostował się, nie trzymał mnie już tak jak przed chwilą, i powiedział z góry:
— Po prostu bądź dobrą panią Johnson. Na mnie te twoje fochy i granie niedostępnej nie działają.
Nie wytrzymałam. Już miałam mu pokazać zdjęcia, które wczoraj w nocy kupiłam za milion dolarów.
Wtedy pewnie zrozumiałby, jak bardzo jestem zdecydowana się z nim rozwieść.
— Michael, podpisz papiery rozwodowe i rozstańmy się po ludzku. Bo inaczej ja…
Nie zdążyłam dokończyć, bo zadzwonił jego telefon.
Odebrał, a jego ton był zaskakująco łagodny:
— Jestem w domu. Dobrze.
Po rozmowie powiedział do mnie:
— Twoi rodzice zaraz przyjadą.
Słowa, które miałam na końcu języka, utknęły mi w gardle.
Rodzice, o których mówił Michael, to byli moi przybrani rodzice — traktowali mnie jak własną córkę.
O rozwodzie mogłam porozmawiać z Michaelem dopiero, gdy wyjdą.
Inaczej, kiedy by przyszli, wszystko byłoby okropnie niezręczne.
Widząc, że zamilkłam, Michael odwrócił się i bez słowa wyszedł.
Poszłam do kuchni z Echo przygotować obiad.
…
W południe przyjechali: moja przybrana mama, Harper Anderson, i przybrany tata, Mason Thomas.
— Mamo, tato, jesteście! Idealnie — obiad już gotowy. Siadajcie, proszę.
Wymusiłam uśmiech, udając, że nic się nie stało.
Kiedy zobaczyła, że utykam, Harper zapytała z troską:
— Co się stało z nogą?
Bojąc się, że dowiedzą się, że klęczałam całą noc, rzuciłam lekko:
— Potknęłam się i przewróciłam. Taki głupi wypadek.
Mason powiedział czule:
— Zawsze byłaś taka roztargniona. Dorosła kobieta, a dalej się przewraca. Byłaś w szpitalu?
— Tak. Lekarz mówił, że nic poważnego.
Chciałam jak najszybciej uciąć ten temat.
Harper rozejrzała się i zapytała:
— A gdzie Michael?
Na dźwięk jego imienia moja twarz zdradziła napięcie.
— Jest w kaplicy. Pójdę po niego.
Mason szybko mnie powstrzymał, ostrożnie dobierając słowa:
— Nie trzeba go wołać. Poczekamy.
Usłyszałam w jego głosie tę pokorę i coś mnie ścisnęło w środku.
Choć rodzina Thomasów i rodzina Johnsonów od dawna żyły w dobrych stosunkach, mój brat, Andrew Thomas, nie miał smykałki do interesów. Firma Thomas Group z dnia na dzień podupadała i w ostatnich latach niemal została wypchnięta z wyższych sfer Srebrzystego Miasta.
Tymczasem Michael, odkąd przejął Johnson Group, bez pardonu rozbudowywał swoje biznesowe imperium, ciągle przejmował kolejne firmy i tylko rósł w siłę.
