Łupy Władcy Smoków

Pobierz <Łupy Władcy Smoków> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 6

Perspektywa Natalie

Te słowa powinny były przynieść ulgę. Zamiast tego poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. W tamtym spojrzeniu było coś jeszcze. Jakiś błysk... czego? Rozpoznania? Zainteresowania? Podejrzenia?

Twarz Barona lekko sposępniała, ale szybko się opanował. — Oczywiście, Komendancie. Ale jeśli któreś z nich mogłoby się przydać do—

Przerwał mu dźwięk. Dźwięk, przez który wszyscy na terenie obozu znieruchomieli.

Zaczęło się od niskiego pomruku, który gwałtownie narastał, aż przeszedł w ryk zdający się wstrząsać samym powietrzem. Cienie budynków pociemniały, gdy coś ogromnego przemknęło nad nami, a kiedy spojrzałam w górę, dech uwiązł mi w gardle.

Smok.

Tempest opadał w dół w kontrolowanej spirali, z rozpostartymi skrzydłami na tyle szerokimi, że zasłaniały słońce. Z bliska był jeszcze bardziej przerażający, niż wydawał się pośród chaosu płonącego obozu. Każda łuska miała rozmiar mojej dłoni, była czarna jak wulkaniczne szkło i poprzecinana żyłkami ciemnej purpury, pulsującymi wewnętrznym żarem. Jego oczy miały kolor roztopionego złota, a pionowe źrenice zwężały się, gdy lustrował teren poniżej.

Wylądował za murami obozu z siłą, od której zadrżała ziemia, i widziałam, jak strażnicy na wieżach wartowniczych cofają się chwiejnie, zapominając o broni w obliczu tak przytłaczającej obecności.

Ale to, co wydarzyło się potem, przeczyło wszelkiej logice, wszelkiemu rozsądkowi, wszelkiemu pojmowaniu.

Ogromny łeb smoka obrócił się w stronę obozu. W stronę szeregu więźniów. W stronę mnie.

I... złagodniał.

Nie było na to innego słowa. Drapieżne napięcie w jego postawie zelżało. Oczy, które jeszcze przed chwilą omiatały obóz chłodną kalkulacją, nagle skupiły się z intensywnością jakoś inną od tego morderczego skupienia, które widziałam wcześniej. Jego potężne skrzydła złożyły się wzdłuż boków, a on sam pochylił głowę w geście, który wyglądał niemal... ulegle.

Dlaczego? To pytanie wrzeszczało mi w głowie, nawet gdy serce zapadało mi się w piersi. Dlaczego patrzył na mnie w ten sposób? Raz, w płonącym obozie, mógł być przypadkiem — przypadkowym spojrzeniem, chwilową ciekawością. Ale dwa razy? Ta celowa, skupiona uwaga?

Silas Cross powoli zwrócił głowę w moją stronę. Kiedy tym razem nasze spojrzenia się spotkały, nie było już w nim żadnej swobodnej oceny. Jego wzrok był ostry, niebezpieczny i pełen głębokiej podejrzliwości.

— Przyprowadzić tę kobietę. — Jego głos pozostał cichy, ale coś w nim sprawiło, że krew ścięła mi się w żyłach. — Natychmiast.

Dwóch strażników chwyciło mnie za ramiona, zanim zdążyłam pojąć, co się dzieje. Pociągnęli mnie do przodu — próbowałam iść, ale nogi nie do końca chciały ze mną współpracować — i postawili mnie prosto przed Silasem Crossem. Z tej odległości widziałam absolutny chłód w jego czarnych oczach, widziałam, jak lekko zaciska szczękę, kiedy mnie badał wzrokiem.

— Jak się nazywasz? — To nie była prośba. To był rozkaz.

— Natalie. — Mój głos drżał mimo wszelkich starań. — Natalie Vane.

— Skąd jesteś?

— Z Federacji Oslandu. — Nie mogłam skłamać. To zbyt łatwo było sprawdzić.

— Co robiłaś w obozie Edwina?

Myśl. Myśl szybko. — Ja... byłam obozową posługaczką. Prałam i—

— Kłamiesz. — Powiedział to z absolutną pewnością, nie pozostawiając miejsca na sprzeciw. — Masz zbyt delikatne dłonie jak na pranie. Trzymasz się zbyt prosto jak na służącą. A mój smok nie reaguje na obozowe posługaczki.

Zrobił krok bliżej, a ja musiałam zmusić się, żeby się nie cofnąć. Z tej odległości widziałam smocze insygnium na jego lewym naramienniku, czułam zapach skóry, dymu i czegoś, co mogło być wonią smoka, przylgniętą do jego munduru.

– Co zrobiłaś mojemu smokowi?

– Nic! – wyrwało mi się, a szczere zagubienie mieszało się we mnie ze strachem. – Nie wiem, dlaczego on… ja nic nie wiem o…

– Jesteś psionikiem? – Jego oczy zwęziły się. – Osland przysłał cię jako kogoś, kto kontroluje umysły? Dlatego Edwin trzymał cię blisko siebie?

– Nie! Nie jestem… nie mam żadnych zdolności. Ja po prostu… – Byłam tylko córką generała, która znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

Silas patrzył na mnie przez długą chwilę, a ja niemal widziałam, jak rozważa możliwości, kalkuluje prawdopodobieństwa, decyduje o moim losie z tą samą chłodną precyzją, jakiej zapewne używał do planowania kampanii wojskowych.

W końcu odwrócił się do Barona.

– Biorę tę.

Twarz Barona rozjaśniła się chciwą radością.

– Doskonały wybór, komandorze. To jedna z najlepszych…

Silas zwrócił się do swojego zastępcy – Kaina, przypomniałam sobie.

– Zabierz ją do Obsidian Keep. Osobne kwatery. Pełny nadzór. Chcę wiedzieć o niej wszystko: pochodzenie, powiązania, możliwości. – Jego spojrzenie wróciło do mnie, zimne i oceniające. – Chcę wiedzieć, dlaczego mój smok uznał, że warto ją chronić.

Kain zasalutował krótko.

– Tak jest, sir.

Po moich bokach pojawiło się dwóch żołnierzy – nie szorstkich strażników z pogranicza, ale zawodowych wojskowych, poruszających się ze spokojną sprawnością. Nie chwycili mnie brutalnie, jak robili to ludzie Barona. Po prostu stanęli obok, a ich obecność jasno dawała do zrozumienia, że opór byłby zarówno daremny, jak i niepotrzebny.

Silas Cross wsiadł z powrotem do swojego pojazdu, nie zaszczycając mnie już ani jednym spojrzeniem. Konwój ruszył, a mnie poprowadzono w stronę jednej z ciężarówek transportowych – wojskowego pojazdu, czystego i zadbanego, zupełnie niepodobnego do transportu więźniów, którym mnie tu przywieziono.

Kiedy pomagali mi wejść na pakę, rzuciłam jeszcze ostatnie spojrzenie na cały kompleks. Baron Voss stał na polanie z wyrazem twarzy będącym mieszaniną zadowolenia i wyrachowania. Pozostali więźniowie klasy A patrzyli z minami, których nie potrafiłam do końca odczytać – z ulgą, że to nie oni zostali wybrani, czy ze strachem przed tym, co mnie czeka?

Była tam też Lydia, z twarzą starannie pozbawioną wyrazu. Ale tuż przed tym, jak zamknęły się drzwi ciężarówki, bezgłośnie ułożyła dwa słowa:

– Powodzenia.

Drzwi się zatrzasnęły. Silnik zawarczał. A kiedy ciężarówka ruszyła, znowu usłyszałam ten dźwięk – niskie, dudniące mruczenie Tempesta, towarzyszące nam, gdy smok wzbił się w powietrze.

Siedziałam w ciemności wojskowego transportu, z zimnym identyfikatorem więźnia numer 2347 przy skórze, i próbowałam zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Próbowałam pojąć, dlaczego smok – istota czystego drapieżnego instynktu – spojrzał na mnie tak, jakbym była czymś cennym. Czymś wartym ochrony.

Próbowałam zrozumieć, dlaczego przez to podejrzliwość Silasa Crossa była o wiele groźniejsza niż niedbałe okrucieństwo Barona Vossa.

Ciężarówka toczyła się na północ, ku Obsidian Keep, ku temu, co czekało mnie w fortecy Władcy Smoków, a ja myślałam tylko o tym, że przeżyłam płonący obóz, przeżyłam plac selekcyjny, przeżyłam trzy lata upokorzeń z rąk Edwina.

Ale nie byłam pewna, czy przeżyję to.

Nie wtedy, gdy mężczyzna, w którego rękach spoczywało moje życie, uważał mnie za zagrożenie dla jedynej rzeczy, którą najwyraźniej cenił ponad wszystko.

Nie wtedy, gdy jego smok właśnie naznaczył mnie jako coś, co chciał zatrzymać przy sobie.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział