Rozdział 9
Łzy, które ledwo co zdołała powstrzymać, nagle puściły. Popłynęły jej po policzkach jak wezbrana Wisła, zupełnie nie do opanowania.
Szybko odwróciła głowę i wpatrzyła się w wysoką sylwetkę, która z przedpokoju weszła do salonu. Ścisnęło ją w klatce piersiowej, jakby coś rozdarło ją na wylot.
Minęły całe trzy lata, odkąd ostatni raz poczuła taką czułość.
Ale kiedy jeszcze nie byli po ślubie, traktował ją właśnie tak — niewiarygodnie dobrze.
To on kupił jej pierwszą paczkę podpasek. To on posadził ją wtedy i spokojnie wytłumaczył, co się dzieje, bez żenujących min i bez robienia z tego wielkiego halo. Zrobił jej herbatę — rumiankową, z odrobiną miodu — i powiedział, że może pomoże na skurcze. Był przy tylu jej „pierwszych razach”, cicho, jakby to było coś zupełnie normalnego.
A teraz? Ich relacja nie była nawet tak bliska jak relacja obcych ludzi na przystanku.
Żałowała.
Gdyby tylko trzy lata temu nie zadziałała impulsywnie, może żadne z nich nie tkwiłoby dziś w takim bólu.
Kochała go, a jednak nie potrafiła się do niego zbliżyć.
On czuł się uwięziony, jakby nie miał jak się wyrwać.
— Postanowiłam odpuścić, William… Wkrótce będziesz wolny ode mnie. Oddaję ci twoją wolność.
Głos Elsie był ledwie słyszalny, tak cichy, że aż ją samą zdziwiło, że w ogóle zdołała to z siebie wypchnąć.
William jakby coś wyczuł i spojrzał w stronę schodów. Nie widząc nikogo, odwrócił wzrok.
Rozejrzał się po pokoju i dopiero wtedy zauważył, że dom nie wygląda tak, jak pamiętał, gdy go projektował.
W ciągu ostatnich trzech lat był tu raptem kilka razy — to pewnie pierwszy raz, kiedy naprawdę przyjrzał się temu, co powinno być domem.
Drogich antyków w gablotach już nie było. Zastąpiły je osobliwe bibeloty, trochę chaotyczne, jakby ktoś postawił je na szybko i bez ładu.
A jednak, co dziwne, było tu ciepło. Tak po ludzku.
Sięgnął po kubek stojący na stole.
Miał kształt małej śnieżynki w czerwonym szaliku — uroczy i delikatny.
Dokładnie jak Elsie.
Każdej zimy pojawiała się w miękkich wełnianych płaszczach i lekkich szalikach, z policzkami zaróżowionymi od mrozu. Miała jasną cerę, a dłonie zawsze robiły się czerwone, kiedy zapomniała rękawiczek.
Tylko patrzyła na niego po cichu, czekając, aż podejdzie i ogrzeje jej palce. A gdy to robił, oferowała mu nieśmiały uśmieszek i szeptała:
— Dzięki, Will.
William przesunął po kubku palcami, a jego spojrzenie pociemniało.
Nagle uświadomił sobie, że chce mu się pić.
Jak na zawołanie podeszła Lisa Smith z szklanką wody. Kiedy zobaczyła, co trzyma, powiedziała:
— To kubek pani domu. Pański, taki sam do pary, jest w gablocie. Mogę go jutro umyć i zdezynfekować, jeśli pan chce. Ale stoi tam od lat… Może lepiej po prostu kupić nowy?
William podążył za jej wzrokiem do szklanej witryny ustawionej po przekątnej od kanapy.
Był tam — kubek-bałwanek, taki jak ten w jego dłoni, leżał cicho wśród innych dziwnych ozdóbek, których przeznaczenia nawet nie umiał odgadnąć. Widać było, że wybierała je sama Elsie.
Wszystko wyglądało na nieużywane, a jednocześnie było czyste, wypucowane — ktoś regularnie to wycierał.
A mimo to William miał wrażenie, że wszystko przykrywa niewidzialny kurz.
Tak jak Elsie — nieważne, ile próbował to zetrzeć, i tak nie potrafił przebić się na drugą stronę.
Nagle przypomniał sobie, jak patrzyła na niego, odkąd się pobrali. Zawsze tak smutno.
I choćby nie wiadomo jak teraz na nią spojrzał, tamtego słodkiego uśmiechu, którym kiedyś go obdarzała — już nie było. I nie wróci.
Poirytowany William szarpnął za krawat, zerwał go z szyi i napił się wody prosto z jej kubka.
— Nie trzeba. Będę używał tego.
Kilka minut później.
Lisa skończyła robić herbatę z cytryną i kiedy przechodziła obok, William ją zatrzymał.
— Idź odpocząć. Zaniosę jej to na górę.
Mówiąc to, wyjął jej kubek z rąk i ruszył schodami na piętro.
Lisa bez słowa pogasiła światła i poszła do swojego pokoju, ale nie mogła przestać się zastanawiać: Przecież pan Harding miał nie lubić Elsie? Przez trzy lata prawie się tu nie pojawiał. Czemu nagle zachowuje się, jakby mu zależało?
William zapukał do drzwi Elsie, trzymając w ręku herbatę.
— Lisa zrobiła ci herbatę z cytryną. Wypij przed snem.
Z środka nie dobiegła żadna odpowiedź.
Odczekał kilka sekund, po czym zapukał jeszcze raz, trochę mocniej.
— Elsie?
Zanim zdążył dokończyć, niedomknięte do końca drzwi zaskrzypiały i uchyliły się, odsłaniając Elsie śpiącą przy biurku w środku.
Serce natychmiast mu zmiękło.
Podszedł bliżej, gotów odstawić kubek i przenieść ją na łóżko.
Elsie ściskała w dłoni podarte zdjęcie, a po jej jasnej twarzy wciąż ciągnęły się smugi zaschniętych łez.
Na fotografii przysuwała się blisko do Liama Hardinga po lewej. A po prawej…
Wzrok Williama znów pociemniał.
W końcu wyłowił brakującą połowę — swoją połowę — ze śmietnika.
Wpatrując się w nią, ścisnął kubek tak mocno, że o mało go nie zgniótł.
— Naprawdę aż tak go kochasz?
— Trzy lata… i ja nawet nie mam choćby skrawka twojego serca?
Noc była cicha, nie było nikogo, kto by mu odpowiedział.
Stał w cieniu stojącej lampy i patrzył na nią długo, z oczami przyklejonymi do zaczerwienionych kącików jej powiek, wypełnionymi jakąś upartą, niemal chorobliwą intensywnością.
Wreszcie przez ciemność przesunęło się ciche westchnienie.
Pochylił się i delikatnie ją podniósł, ostrożnie układając z powrotem na łóżku.
— Elsie…
Cienie na ścianie pod lampą wydłużały się i rozmazywały.
Jedna sylwetka pochyliła się, jak chmura schodząca nisko, przykrywając linię łóżka.
Nikt nie potrafiłby powiedzieć, ile czasu minęło, zanim dwa cienie powoli się rozdzieliły.
Rano.
Elsie, wciąż półprzytomna, cmoknęła i od razu się skrzywiła.
W ustach miała czystą cytrynę — jakby przez sen wyssała całą ćwiartkę.
Otworzyła oczy jak przez mgłę i zobaczyła twarzą w twarz Williama, tak blisko, że widziała drżenie jego długich rzęs.
Wczoraj nie wypiła ani kropli alkoholu, więc jakim cudem…?
Wtedy mężczyzna obok niej nagle, bez ostrzeżenia, otworzył oczy.
Ich spojrzenia się spotkały.
Elsie momentalnie otrzeźwiała i odskoczyła, jakby ją prąd kopnął, siadając prosto w jednej chwili.
Dopiero gdy zauważyła, że piżama wciąż jest na niej, wypuściła powietrze z ulgą.
William nie przeoczył niczego. Patrząc na jej zaróżowione uszy, uśmiechnął się krzywo i zadrwił:
— Co? Wyglądasz, jakbyś była rozczarowana, że nic się nie wydarzyło.
— Wcale nie! Nie gadaj głupot! — jej twarz zrobiła się purpurowa.
— Głupot? — uniósł brew, rozbawiony. — To kto wczoraj przyczepił się do mnie jak ośmiornica, co? Ledwo mogłem się ruszyć.
Elsie chciała się kłócić.
Ale sama nie była pewna — może myślała, że śni, że to te dawne czasy, kiedy przytulenie go było czymś naturalnym.
Skoro rozwód i tak był tuż-tuż, nie chciała robić awantury.
Po chwili spuściła głowę i przeprosiła szczerze:
— Przepraszam… Musiałam się strasznie wiercić przez sen. Nie chciałam ci przeszkadzać.
Uśmieszek Williama zgasł. Nagle wszystko zrobiło się jakieś jałowe.
Usiadł i spojrzał na nią.
— Czyli tylko Aiden albo Liam potrafią sprawić, że się uśmiechniesz? A ja jestem tylko jakąś tragiczną postacią w twojej historii?
Elsie spojrzała na niego, zdezorientowana. Co Aiden albo Liam mieli z tym wspólnego?
Ale William nie wyjaśnił. Po prostu wstał i wyszedł z pokoju.
Elsie siedziała nieruchomo, a myśli wirowały jej w głowie.
Na dole Lisa Smith właśnie wyszła z tacą, kiedy zobaczyła Williama. Uśmiechnęła się i powiedziała:
— Śniadanie gotowe, akurat na czas.
William zerknął na tosty i dżem na stole, a jego twarz od razu stężała.
— To jest to, co jej zrobiłaś na śniadanie?
Uśmiech Lisy zesztywniał.
— Podaję tak od trzech lat. Nigdy nic nie mówiła…
Na myśl, że Elsie jadła to przez całe trzy lata, jego spojrzenie jeszcze bardziej się zachmurzyło.
— Nie mówiła, bo nie chciała robić ci kłopotu.
Jego ton zrobił się lodowaty.
— Eric nie dał ci listy, którą rozpisałem pierwszego dnia, kiedy tu przyszłaś?
Dopiero wtedy Lisa sobie przypomniała — tak, Eric wręczył jej gruby plik notatek. Zebrany jak książka. To było od Williama?
Nie było go w domu przez cały ten czas, a Elsie zawsze była „bezproblemowa”. Nawet nie zajrzała do tamtych kartek.
Teraz, widząc, jak w oczach Williama zbiera się burza, Lisa poczuła, jak w środku robi jej się zimno.
Wszyscy zawsze mówili, że William nie cierpi Elsie, ale jeśli naprawdę tak jej nienawidził, to po co spisywać wszystkie jej upodobania i rzeczy, których nie znosi, jak instrukcję obsługi? Pewnie znał ją lepiej, niż ona znała samą siebie.
To wcale nie wyglądało na nienawiść.
