Rozdział 8
Elsie wypadła z windy jak z procy, ale i tak usłyszała za plecami ostrzeżenie: „Trzymaj się z dala od Aidena”.
Nawet się nie odwróciła. Rzuciła tylko przez ramię: „Od kogo ja naprawdę powinnam trzymać się z daleka… to od ciebie!”.
A potem ruszyła prosto do auta, gdzie czekał Aiden.
„Pokłóciliście się?”
Elsie nie chciała go martwić, więc wymusiła uśmiech i pokręciła głową. „Nie, skąd”.
Ale Aiden podał jej chusteczkę i delikatnie starł łzę z jej policzka.
Elsie znieruchomiała na moment. „To tylko wiatr… wpadło mi coś do oka…”
Aiden nie wytknął jej tej marnej wymówki. Zamiast tego powiedział cicho: „Powinnaś go zostawić, Elsie”.
Szeroko otworzyła oczy. „Skąd wiesz o mnie i Williamie?”
„Przyprowadził swoją kochankę do kina… a przez cały seans trzymał cię za rękę. Elsie, facet taki jak on nie jest wart twojego czasu. Kto nie potrafi być wierny, nie zasługuje na twoje uczucia.”
Mówiąc to, odsunął się odrobinę, odsłaniając sylwetkę Williama i Grace, którzy odchodzili razem, wyraźnie trzymając się blisko.
„I wiesz” — dodał Aiden — „związkowe sprawy są dziwne. Czasem wystarczy spojrzeć, żeby wiedzieć, komu ktoś naprawdę poświęca serce. Prawda?”
Patrząc na tę czułą parę, Elsie jakby zgasła w oczach, a jej głos stał się niski i matowy. „Tak… masz rację.”
Serce Williama od zawsze było przy Grace.
Tylko ona była zaślepiona, żeby to zobaczyć — aż do teraz.
Aiden to zauważył. Jego spojrzenie złagodniało.
Nawet jeśli William lubił kręcić się przy Grace, jego ciało nigdy tak naprawdę nie pochylało się w jej stronę. Mowa ciała zwykle mówiła wszystko — że nie obchodziło go, co ona mówi, a już na pewno nie umiał okazać prawdziwej czułości.
Ale Aiden nie miał zamiaru tego wyciągać. Po co.
Zamiast tego uśmiechnął się ciepło, z dołeczkami w policzkach. „Chodź. Odwiozę cię do domu.”
Elsie pokręciła głową. „Dzięki, ale mieszkam blisko. Chcę przejść się i przewietrzyć głowę.”
Widząc, że mówi serio, Aiden nie naciskał.
Było już prawie Boże Narodzenie, a jednak dziwnie — od jakiegoś czasu nie spadł ani płatek śniegu.
Za to wiatr wciąż był ostry, taki, co szczypie w twarz.
Gdy Elsie przystanęła, żeby złapać oddech, obok niej podjechał Bentley.
Szyba zjechała w dół, a z wnętrza dobiegł kpiący głos Williama: „Co, tamten cię nie odwiózł?”
Elsie odbiła piłeczkę, ostro: „A nie mówiłeś mi, żebym trzymała się od niego z daleka? Zadowolony teraz?”
„Nie powinnaś być z Grace? Po co w ogóle zawracasz sobie mną głowę?”
Sarkazm kapał z każdego słowa — słychać to było z daleka.
Co dziwne, William się nie wściekł. Wręcz przeciwnie, wyglądał, jakby był zadowolony. „Czyli tym razem… jednak posłuchałaś.”
„Nie schlebiaj sobie” — mruknęła. „Nie wsiadam. Nie mam ochoty znowu zostać wysadzona na jakiejś przypadkowej ulicy.”
„Ja nigdy—” zaczął William, po czym nagle zamilkł. Przypomniał sobie tamten wypadek ostatnim razem.
Zacisnął usta i kiedy odezwał się ponownie, brzmiał sztywno, niezręcznie. „Wtedy auto w coś uderzyło… Było zbyt ryzykownie jechać dalej. Zadzwoniłem po Erica, żeby po ciebie przyjechał. Korek go zatrzymał — a ty już zniknęłaś.”
Elsie nawet nie drgnęła. „Nie musisz się tłumaczyć. I tak zostanę ze względu na rolę, ale spokojnie — po tym nie będę już z Grace o nic rywalizować.”
Zwłaszcza nie o ciebie, William.
Nie chciała go już.
Twarz Williama pociemniała, ale ona nie zaszczyciła go nawet kolejnym spojrzeniem. Po prostu odeszła.
Bentley ruszył za nią.
Po kilku przecznicach, wciąż sunąc za nią w tym samym, drażniąco wolnym tempie, Elsie w końcu wybuchła: „William, chyba wyraziłam się jasno.”
Z auta dobiegł jego równy, spokojny głos. „A ja myślałem, że też wyraziłem się jasno. Wsiadaj.”
William bez ostrzeżenia otworzył drzwi samochodu. „No dawaj, kłóć się ze mną dalej. Może do jutra rano będziesz na pierwszej stronie.”
Stali chwilę w napiętym klinczu, a przechodnie zaczęli rzucać im zaciekawione spojrzenia.
Nie mając wyjścia, Elsie wsiadła do auta.
Przez całą drogę żadne z nich się nie odezwało.
Ale luksusowe auta to jednak była inna liga — to, co jej normalnie zajmowało wieki na piechotę, William ogarnął w mgnieniu oka, ledwie musnął gaz.
— Dziękuję za podwózkę — powiedziała Elsie grzecznie.
Ku jej zaskoczeniu William wysiadł z samochodu razem z nią, jakby specjalnie przedrzeźniając jej oficjalny ton.
— Też idę do domu. Nie trzeba dziękować.
…
Elsie się nie kłóciła — nie miała do tego prawa.
Przez ostatnie trzy lata nie został na noc ani razu, więc była tylko lekko zbita z tropu.
Poszła za nim. Przy drzwiach wsunęła stopy w swoje kapcie.
Lisa Smith wyszła ich przywitać i gdy zobaczyła Williama, miała na twarzy czyste niedowierzanie.
— Proszę pana, czy pan… zostaje dziś na noc?
William zatrzymał się w połowie zdejmowania płaszcza, zmarszczył brwi i rzucił na nią spojrzenie.
— A co, we własnym domu już mi nie wolno?
— Nie, nie! Oczywiście, że wolno!
Lisa szybko przejęła od niego płaszcz i powiesiła go, po czym sięgnęła po kapcie dla niego.
W tej samej chwili Elsie się wyprostowała i zauważyła, jakie kapcie Lisa wybrała. Natychmiast ją zatrzymała.
— Ej… czekaj, nie te…
Jej nagły komentarz sprawił, że oboje odwrócili się w jej stronę.
Ale kapcie były już w rękach Lisy i Elsie mogła tylko przełknąć resztę słów.
Wydukała nieco niezręcznie:
— Eee… one po prostu… nie bardzo do ciebie pasują.
William spojrzał na kapcie.
Były identyczne jak te na stopach Elsie — z tym samym małym misiem.
— No… to zdecydowanie nie mój styl — mruknął, ale brwi mu zmiękły i nawet parsknął cicho. — Dziecinada.
Elsie już trzy lata temu zgadła, że dokładnie to powie, kiedy je zobaczy. Teraz nie czuła w związku z tym nic.
To był zakup na ślub — coś, co wybierała z uwagą, jakby to miało znaczenie.
Nie tylko kapcie, ale też wszystkie inne pasujące, urocze drobiazgi w domu — kupiła je wszystkie.
Tyle że przez cały ten czas używała ich tylko ona.
Po trzech latach dawno przestała bujać w obłokach o tym, jak razem z nim zbuduje ciepły, domowy kąt.
Z cichym westchnieniem, które osiadło jej gdzieś pod żebrami, powiedziała płasko:
— Lisa, przynieś mu inne.
— …Nie trzeba.
Elsie mrugnęła, zaskoczona, i zobaczyła, że William już zdążył w nie wsunąć stopy.
Po jego ściągniętych brwiach domyśliła się, że pewnie czuje się w nich niezręcznie.
A jednak po raz pierwszy od trzech lat jej kapcie w misie wreszcie miały swoją parę na czyichś stopach.
Nie potrafiła się powstrzymać i zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.
Elegancki, poważny garnitur i te głupkowate kapcie z misiem — kontrast był aż zabawny.
Elsie prawie się roześmiała, ale wtedy ścisnęło ją w gardle. Chciała się śmiać, a jednocześnie… miała ochotę płakać.
To było dokładnie takie małżeńskie życie, o jakim kiedyś marzyła.
A dostała trzy lata emocjonalnej samotności.
To ona stała w drzwiach i patrzyła na samotną parę kapci; myła zęby i zamierała, widząc dwie szczoteczki; zasypiała z twarzą mokrą od łez, tuląc zapasową poduszkę…
Nie mogła już się śmiać.
Szybko zamrugała, odganiając wilgoć spod powiek, minęła Williama i ruszyła na górę.
— Idę się przebrać.
William nie zauważył niczego dziwnego. Skinął głową.
— Dobrze.
Spojrzał w dół na identyczne kapcie i coś poruszyło mu się w klatce piersiowej — sam nie był pewien co.
Tak jak wcześniej, coś kazało mu wysiąść z auta i pójść za nią.
— Jest pan głodny? Podgrzać coś? — zaoferowała Lisa, już kierując się do kuchni.
William machnął ręką.
— Nie, dzięki. Jest okej.
— Zrób jej herbatę z cytryną — powiedział. — I dodaj miodu — teraz nie zniesie niczego mocniejszego.
Zawahał się, po czym dodał:
— I przygotuj jej gorącą kąpiel albo naszykuj termofor. Dopiero co wychodzi z przeziębienia, a dziś stała na wietrze. Jak się nie rozgrzeje, to pewnie znowu dostanie gorączki.
Elsie miała już postawić stopę na schodach, gdy jego słowa zatrzymały ją w miejscu jak wryło.
