Ukryte małżeństwo: On błaga o drugą szansę

Pobierz <Ukryte małżeństwo: On błaga o ...> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 2

Pocałunek Williama był jak dowód nie do podważenia, więc wszystkie docinki rzucane w stronę Elsie spadły na nią bez żadnego filtra — cięły prosto przez klatkę piersiową jak odłamki szkła.

Odwróciła się do Williama, blada jak ściana, ale on nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem. Z czułością poprawiał rozczochrane włosy Grace, a miękkość w jego oczach była czymś, czego Elsie nie widziała nigdy — nawet w snach.

Nagle po plecach przebiegł jej lodowaty dreszcz.

— William, należy mi się wyjaśnienie.

Głos jej zadrżał, ale zacisnęła pięści tak mocno, że aż pobielały jej knykcie, wciąż próbując utrzymać ostatni okruch godności. Pewnie już była największą pośmiewiskiem w całym Capemont, ale mimo wszystko liczyła, że William chociaż coś powie, żeby choć trochę rozbroić to upokorzenie. Nawet kłamstwo byłoby lepsze niż ta martwa cisza.

Przynajmniej łatwiej byłoby oddychać pod ciężarem drwin.

Ale William tylko na nią spojrzał, a jego oczy były zimne, jakby patrzył na obcą osobę, która nic dla niego nie znaczy.

— To, co właśnie zobaczyłaś, jest moją odpowiedzią.

Usta Elsie rozchyliły się odruchowo, ale gardło miała jak zaciśnięte imadłem. Nawet oddech zaczął boleć — przy każdym wdechu czuła ostry, drobny ukłucie, jakby ktoś wbijał jej igłę pod żebra.

— No weź, nie bierz tego tak do siebie — wtrącił nagle Lucas, stanowczo zbyt swobodnym tonem. — Grace nie umie pić. William ją pocałował? To po prostu alternatywna metoda „ratunkowa” przy alkoholach.

— To była tylko gra. Jak cię to rusza, to nie przesadzasz trochę? Nie jesteś przypadkiem przewrażliwiona?

Mówiąc to, Lucas przesunął się tak, by stanąć między nimi niczym niewidzialna ściana — bez wysiłku odciął Elsie od świata Williama.

Jej uśmiech ledwo się trzymał. Wyglądała, jakby za chwilę miała się rozpłakać.

To już przerabiała.

Ostatnim razem wmówili jej, że William zaprosił ją na imprezę przy basenie. Przyszła w kostiumie kąpielowym, a na miejscu okazało się, że to było eleganckie przyjęcie. Jej zdjęcie krążyło potem jako mem przez pół roku.

Innym razem Jack Lyons powiedział, że William czeka na nią w opuszczonym budynku. Zatrzasnęli ją w pokoju i oblali zimną wodą, a ona siedziała tak całą noc. Była późna jesień — kiedy w końcu zawieźli ją do szpitala, paliła ją gorączka. Lekarz powiedział, że gdyby trafiła tam choć odrobinę później, nie dałoby się jej uratować.

Za każdym razem, gdy się denerwowała, mówili, że „nie ma dystansu”. Za każdym razem, gdy ją bolało, to dlatego, że „robi tragedię”.

Nikt nigdy nie zapytał, jak się czuje. Nikt nie pamiętał, że William kiedyś potrafił dostać szału, gdy tylko minimalnie ją coś dotknęło.

A teraz?

To on robił z jej upokorzenia publiczne przedstawienie.

I może to sprawiedliwe. W końcu, gdyby nie to, że trzy lata temu „weszła w drogę”, to dziś obok niego stałaby Grace. Oczywiście, że będą się całować przy wszystkich — a ona kim właściwie jest, żeby w ogóle cokolwiek mówić?

Próbowała wmawiać sobie, że to nic, że da radę, ale ból — jakby ktoś kroił ją w kółko tępym nożem — był tak obezwładniający, że ledwo trzymała się na nogach.

— Dobrze. W takim razie nie będę wam już przeszkadzać.

Wepchnęła łzy z powrotem, zanim zdążyły spłynąć, i odwróciła się na pięcie. A jednak wciąż czuła te palące spojrzenia, wbijające się w jej plecy jak rozżarzone igły.

William zauważył tę ledwo widoczną, wilgotną poświatę w jej oczach w chwili, gdy się odwracała. Coś w jego klatce piersiowej szarpnęło nagle, zupełnie niespodziewanie.

Jego twarz pociemniała. Rzucił Lucasowi jedno spojrzenie i ruszył za nią szybkim krokiem.

Lucas mrugnął, kompletnie zbity z tropu.

— Co? Co ja niby powiedziałem źle?

Na zewnątrz saloniku.

Elsie nie zdążyła nawet odejść daleko, kiedy za jej plecami rozbłysły światła reflektorów.

Zanim zdołała zareagować, czyjaś dłoń brutalnie złapała ją za nadgarstek, a sekundę później została wepchnięta na fotel pasażera.

— Ty… co ty wyprawiasz…?

— Nie ty chciałaś pogadać? — William wszedł jej w słowo, ton miał nie do odczytania. W przygaszonym świetle ostre rysy jego profilu wyglądały obco i twardo, jakby stał gdzieś daleko.

Elsie znieruchomiała.

Przyszła do niego z nadzieją na ostatnią szansę, ostatnią próbę posklejania tego, co między nimi pękło.

Ale ten pocałunek w prywatnym pokoju skutecznie odebrał jej język.

W samochodzie zapadła grobowa cisza; przestrzeń wypełniało tylko niskie mruczenie silnika.

Dopiero kiedy minęli skrzyżowanie, Elsie w końcu się odezwała, zachrypniętym głosem:

— Chciałam tylko powiedzieć… został jeden miesiąc. Nieważne, jak bardzo kochasz Grace, nie rób tego tak ostentacyjnie przy ludziach… Jeśli nasi rodzice się dowiedzą, ja…

— Poleciałaś do mnie tylko po to, żeby szybciej dopiąć rozwód?

William spojrzał na nią, a jego twarz natychmiast stężała, każde słowo było jak lód: — Nawet jeśli ci się pali, poczekasz. Trzy lata to trzy lata. Ani dnia wcześniej.

Zawiesił głos, po czym parsknął chłodnym śmiechem. — A co do naszych rodziców? Dużo bardziej cieszą się na widok Grace niż na widok ciebie.

Elsie spochmurniała, zrobiła się blada, aż zielonkawo-sina.

Odwróciła się do okna, jakby nagle ktoś spuścił z niej całe powietrze i całą wolę walki.

Jego miłość nigdy nie była czymś, na co mogła sobie zapracować, choćby stawała na rzęsach.

Zawsze chciał Grace — to się nie zmieniło ani na moment. A przed nią nie otworzył się ani razu.

Dzięki Bogu nie powiedziała wszystkiego. Oszczędziła sobie kolejnego upokorzenia.

— Spokojnie — powiedziała, wpatrując się w czarną jak smoła noc za szybą. Przełknęła gulę w gardle, aż zabolało. — Jak tylko minie termin, podpiszę papiery. Nie będę się trzymać kurczowo tego, że jestem panią Harding.

— Jesteś pewna?

W odbiciu szyby Elsie zobaczyła, że William patrzy na nią z ukosa. Jego oczy były ciemne i zimne, aż przeszły ją ciarki wzdłuż kręgosłupa.

Naprawdę myślała, że odrobina samoświadomości kupi jej choć okruch życzliwości — ale widać było, że nieważne, co zrobi. On po prostu jej nienawidził, tak po ludzku, bez owijania w bawełnę.

Elsie odwróciła głowę, żeby powiedzieć, że tak, że jest pewna, i że po rozwodzie nie będzie mu już wchodzić w drogę.

Nagle pędząca ciężarówka runęła w ich stronę, oślepiając światłami.

— Piiiiisk—!

Opony zapiszczały na asfalcie. Elsie odruchowo zacisnęła powieki.

Ale uderzenie, na które się przygotowała, nie nadeszło. Zamiast tego jej czoło uderzyło w coś ciepłego i twardego.

Otworzyła oczy w szoku — tuż przed nią była ręka Williama, wyciągnięta, żeby ją osłonić.

I przez ułamek sekundy cofnęło ją o dziesięć lat, do chłopaka, który przywiózł ją do domu z domu dziecka.

Wtedy też osłonił ją przy gwałtownym hamowaniu, mówiąc: „Nie bój się. Jestem przy tobie”.

W tym momencie coś w niej pękło.

Elsie chwyciła go za nadgarstek, dłonie drżały jej jak w febrze, a głos łamał się nie do opanowania.

— William… nie zawsze tacy byliśmy. Jak my w ogóle do tego doszliśmy…?

William wpatrywał się w jej zalane łzami oczy. Coś przemknęło w jego spojrzeniu — coś, czego Elsie nie potrafiła odczytać, jakby już miało wypłynąć na powierzchnię.

Ale ostatecznie szarpnął rękę, wyswobadzając ją brutalnie, a jego głos był zimniejszy niż stal.

— Od chwili, kiedy weszłaś do nie tego łóżka, powinnaś wiedzieć… że ja nie jestem już tamtym Williamem.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział