Rozdział 10
Lisa Smith szybko sprzątnęła talerze i tak mimochodem rzuciła wymówkę:
– To moja wina. Wydawało mi się, że pani Harding parę dni temu mówiła, że ma ochotę na pizzę z anchois. Już wstawiam do piekarnika.
– Przecież ona nienawidzi anchois? – William uniósł brew. Doskonale pamiętał, jak nazywała je zbrodnią przeciwko pizzy i nawet nie chciała ich tknąć.
Lisa, za jego plecami, oblała się zimnym potem.
Już miała się przyznać, kiedy mężczyzna mruknął pod nosem:
– Może przez te trzy lata zmienił jej się gust.
Potem podszedł bliżej i zaczął podwijać rękawy.
– Skoro jej smakuje, to mnie naucz, jak to zrobić.
Lisa szybko przytaknęła, zasypując go komplementami:
– O rety, jaki pan jest troskliwy, proszę pana!
Przy schodach Elsie schodziła cicho na dół. W chwili, gdy usłyszała od Williama „Skoro jej smakuje”, jej palce odruchowo zacisnęły się mocniej.
Nie mogła się powstrzymać od myśli: on naprawdę dba o Grace. Nawet uczy się robić pizzę tylko dlatego, że ona ją lubi?
Lisa zauważyła Elsie i szybko podeszła z uśmiechem.
– Proszę pani, ja tylko pokażę panu Hardingowi, jak zrobić pizzę. Śniadanie będzie—
– Nie trzeba.
Elsie poszła prosto do drzwi i zmieniła buty.
– Jedzcie sobie. I tak już jestem spóźniona na plan. Wyjdę pierwsza.
– Podwiozę cię.
Głos Williama dobiegł zza jej pleców.
Elsie udawała, że nie słyszy, i trzasnęła drzwiami.
W środku William zmrużył oczy.
– Co jej znowu odbiło?
Lisa nerwowo przełknęła ślinę i zapytała ostrożnie:
– To… nadal mam pana uczyć tej pizzy?
– …Tak.
Na planie.
Elsie ledwo zdążyła usiąść w pokoju socjalnym, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
– Dzień dobry, Elsie. Przyniosłem ci śniadanie.
Wciąż myślami przy Williamie, aż podskoczyła od nagłego pukania.
Na widok Aidena lekko się skrzywiła.
– Cześć. Dzięki, ale… naprawdę nie trzeba. Nie jestem głodna.
Aiden był w porządku, tylko… trochę za bardzo się starał.
Nie była naiwna. Było jasne jak słońce, że mu się podoba.
Ale jej serce już było zajęte, i nie chciała nikogo wciągać w to bez sensu. Nie mówiąc już o tym, że… nadal była mężatką.
Aiden otworzył usta, żeby coś powiedzieć, kiedy…
Olivia wparowała z:
– Ojej! – trzymając śniadanie w ręku. – Chyba cię ubiegłam, po drodze też zgarnęłam coś dla Elsie.
Aiden zaśmiał się cicho.
– Spoko. To, co ja mam, może nie jest w jej guście, ale twoje… na pewno.
Kiedy odszedł, Olivia odchyliła wieczko budyniu i szturchnęła ją słowami:
– Ten gówniarz kręci się przy tobie jak mucha przy kompocie. Kiedy w końcu cię zaprosi na randkę?
Elsie pokręciła głową.
– Z tego nic nie będzie.
Olivia znała ją zbyt dobrze, żeby się zdziwić.
Zamiast tego wyszczerzyła zęby.
– No dobra, jak nie pełen pakiet, to chociaż scena pocałunku!
– Pogoda dziś jak malowana. Reżyser kręci twoją scenę pocałunku.
– I to w złotej godzinie! Romantycznie jak w taniej telenoweli! Kto wie… może w połowie ujęcia cię trafi!
Elsie miała wrażenie, że każde słowo Olivii jest obsypane brokatem. Aż przeszły ją ciarki od samego słuchania.
Mimo wszystko policzki same jej poczerwieniały. To miał być jej pierwszy ekranowy pocałunek, odkąd zaczęła grać.
Pocałować kogoś innego niż Williama? Jasne, że byłaby kłamczuchą, gdyby powiedziała, że się nie stresuje. Ale choćby miało być niezręcznie, zrobi to profesjonalnie. Do końca.
Dziś zdjęcia podzielono na dwie ekipy.
Aiden poszedł z ekipą B na plener, więc Elsie nie widziała go aż do popołudnia.
Wtedy ich sceny były już domknięte i wszyscy tylko kręcili się po planie, zabijając czas i czekając na zachód słońca.
Na szczęście nie trwało to długo.
Gdy słońce zeszło nisko, Elsie i Aiden ustawili się na pozycjach, czekając na znak od reżysera.
Wtedy Aiden zawołał:
– Elsie…
– Hm?
Podniosła wzrok, myśląc, że coś jest nie tak. I oczywiście — jak na zawołanie — gdzieś w oddali trzepnęła klapsownica:
– Akcja!
Aiden patrzył na nią, jak zawsze poważny.
– Chcę cię pocałować.
Twarz Elsie drgnęła.
Jasne, to była kwestia ze scenariusza.
Ale brzmiało to… dziwnie. Jakby nie tylko grał.
Sposób, w jaki to powiedział, posłał jej po plecach nieprzyjemny dreszcz.
Tyle że nie miała wyboru. Skinęła lekko głową, tak nieśmiało, jak wymagała postać.
Zachód zalał wszystko złotym światłem, kiedy Aiden pochylił się do niej.
Dzieliły ich centymetry, gdy głośny pisk hamulców rozdarł ciszę na planie.
Wszyscy odwrócili się jak rażeni prądem.
Czarny, lśniący Bentley wjechał z impetem w kadr i zatrzymał się tuż obok Elsie.
Szyba zjechała w dół, odsłaniając burzową twarz Williama.
– Elsie, wsiadaj.
W jego oczach aż buchnął ogień.
Elsie czuła tylko, jak absurdalne jest to wszystko.
A więc tak to rozgrywał — skoro nie chciała odpuścić roli, to wpada tu przez Grace?
Wyprostowała plecy, a głos miała chłodny, obcy.
– Panie Harding, jesteśmy w trakcie ujęcia. Cała ekipa czekała na ten strzał. Proszę nie blokować wszystkim pracy — będziemy musieli kręcić wszystko od nowa.
— „Nie będę się powtarzał.” Wzrok Williama strzelił w stronę Aidena, a na zaciśniętej dłoni wyskoczyła mu żyła. Głos obniżył się i zrobił się o kilka tonów chłodniejszy.
Aiden ścisnął dłoń Elsie jeszcze mocniej, patrząc Williamowi prosto w oczy, jakby go prowokował: no dawaj, spróbuj.
Powietrze momentalnie stężało. Nikt nie śmiał nawet odetchnąć, a w przestrzeni brzęczał tylko jednostajny szum sprzętu.
Reżyser dopadł ich w podskokach, żeby rozbroić tę bombę. — Słońce zaszło! Światło nam siadło — kończymy! Koniec na dziś! Dziękuję, do widzenia!
Grace podążyła za nim, cukierkowym głosem dorzucając: — Will, nieważne, co tam się między tobą a Elsie dzieje… może nie tutaj? Nie róbmy scen, co?
Kiedy reżyser powyłączał kamery, William wreszcie trochę odpuścił. Rzucił spojrzenie Ericowi. — Jedź.
Gdy szyba znów poszła do góry, Elsie patrzyła na nią, a kącik ust drgnął jej w gorzkim półuśmiechu.
No jasne — jak Grace coś powie, to on słucha.
W środku Bentleya.
William z całej siły trzasnął tabletem w ręku o podłogę.
Na ekranie widniały dzisiejsze notatki z planu. Te cztery rażące słowa — „scena pocałunku o zachodzie słońca” — kłuły go w oczy jak drzazgi.
— Nic dziwnego, że olała śniadanie i pognała na plan. Miała scenę całowania z tym gówniarzem Aidenem, co? Już udaje, jakby mnie w ogóle nie było?
Eric prowadził jak po cienkim lodzie, nerwowo zerkając na Williama w lusterku. W końcu nie wytrzymał. — Ale, proszę pana… czy to nie pan uparł się, żeby trzymać małżeństwo w tajemnicy? Gdyby nie to, nikt by się nie odważył kręcić sceny pocałunku z panią Clarke.
— Ja się uparłem? — William zmrużył oczy, a szczęka zacisnęła mu się tak mocno, że aż było słychać zgrzyt trzonowców. — A jakbym się nie uparł, to co? Miałem podać brukowcom z Capemont gotowy nagłówek na tacy? Niech całe cholerne miasto wie, że ma mnie gdzieś?
Eric widział to inaczej. Zawahał się, szukając właściwych słów. — Szczerze… myślę, że pani Clarke… może się przejmować bardziej, niż pan sądzi—
Nie zdążył dokończyć. Oparcie jego fotela dostało brutalnego kopa. — Wysiadaj.
Eric: „…”
Bentley zatrzymał się gwałtownie w połowie drogi. Ludzie z ekipy spojrzeli w ich stronę, ciekawość mieli wypisaną na twarzach.
Eric wysiadł, poprawił marynarkę i z szacunkiem zawołał: — Panno Howard, pan Harding panią prosi.
To tylko dolało oliwy do ognia — szeptów zrobiło się jeszcze więcej, a spojrzenia lepiły się do Grace jak rzep.
Grace natychmiast się rozpromieniła i posłała słodki uśmiech. — Świetnie!
Zanim wsiadła do auta, specjalnie odwróciła się, żeby zerknąć na Elsie.
Elsie, kompletnie niewzruszona, po prostu odwróciła wzrok i ruszyła do pokoju socjalnego, jakby nawet jej nie zauważyła.
Grace poczuła się, jakby zamachnęła się i trafiła w powietrze — frustracja wyszła jej na twarz; tupnęła nogą, po czym wsiadła do samochodu.
W pokoju socjalnym charakteryzatorka ostrożnie pomagała Elsie zmywać makijaż, kiedy wszedł reżyser.
Elsie serce podskoczyło do gardła, ale na zewnątrz pozostała opanowana. — Reżyserze Bailey, coś się stało?
Skinął głową, a jego ton był wyraźnie chłodniejszy niż zwykle. — Elsie, pan Harding właśnie dzwonił — chce, żeby Grace przejęła twoją rolę.
Dłoń charakteryzatorki zadrżała, ale Elsie wyglądała zaskakująco spokojnie, jakby od dawna była na to przygotowana.
Gdy już miała odpowiedzieć, drzwi znów się otworzyły.
W progu stał Eric, oficjalny jak urzędnik w okienku. Odchrząknął, zanim się odezwał. — Pani Clarke… pan Harding powiedział, że jeśli naprawdę jest pani tak przywiązana do scenariusza, może pani zamienić się rolami z panną Howard. Albo… może pani wybrać któryś z pozostałych scenariuszy z Central Entertainment. On… kazał mi zapytać, co pani woli.
Co ona woli? Po tym, jak wyrwali jej rolę i wręczyli ją Grace, jeszcze mieli czelność pytać o jej zdanie?
Elsie zacisnęła pięści, a w oczach zapłonął jej ogień. — Moje zdanie? On jest nienormalny. Totalny dupkek.
Zimno. Ostro. Wściekle.
Charakteryzatorka: „…”
Reżyser: „…”
Eric: „…Przepraszam, co?”
Eric zamrugał kilka razy, zbyt oszołomiony, żeby od razu zareagować. Czy on naprawdę usłyszał, jak ta zwykle opanowana, „grzeczna” pani Clarke nazywa szefa dupkiem?
Elsie wzięła głęboki oddech, ale ta gorzka złość dalej kotłowała jej się w środku, ciężka i lepka.
Znała styl Williama — jak już coś postanowił, to nie było odwrotu. Zwłaszcza jeśli chodziło o Grace.
Nawet gdyby poszła do niego teraz i zrobiła awanturę, nic by to nie zmieniło.
Uderzyła w nią fala bezradności, aż na moment zrobiło jej się słabo.
A jednak nie potrafiła tak po prostu odpuścić scenariusza, do którego przygotowywała się tyle czasu — każdą linijkę mieliła w głowie, każde wejście miała rozpisane w sercu.
Po dłuższej chwili przygryzła dolną wargę i powiedziała: — Zamienię się z Grace. Dobra.
Eric wyglądał, jakby właśnie uniknął wypadku o włos. Popędził od razu zdać relację.
W samochodzie William bębnił palcami o kierownicę. — Po prostu się zgodziła? Bez gadania?
Eric przypomniał sobie tę ognistą obelgę i przełknął ślinę. — Ona… eee… powiedziała, że okej.
