Rozdział 1
POV Lily
Kiedyś myślałam, że zniosę wszystko, co los mi rzuci pod nogi…
No bo wiecie – ojciec i siostra mnie nienawidzili, we własnym domu byłam praktycznie służącą i niewidzialną córką Alfy Stone’a… ale nic mnie nie przygotowało na widok, który mnie powitał.
Ręce trzęsły mi się na klamce do sypialni mojej siostry, a z gardła wyrwał mi się zduszony, urwany jęk. Drzwi były lekko uchylone i przez wąską szparę widziałam Lucasa – mojego chłopaka i przyszłą parę związaną więzią od trzech lat – jak tulił się na łóżku z moją siostrą, Vanessą.
Ich głosy wypływały na korytarz – przyciszone, ale w tej cichej, nocnej ciszy aż nadto wyraźne.
— Po prostu ją odrzuć i będzie po sprawie — mruknęła Vanessa, wsuwając palce w włosy Lucasa. — Obiecałeś mi, Lucas. Nie stchórz teraz.
Lucas westchnął, przyciągając Vanessę bliżej.
— Wiem, ale… dziś są jej urodziny, Nessa. Nie może to poczekać?
Oczy Vanessy zwęziły się, a kącik ust uniósł w pogardliwym grymasie.
— A moje też, jakbyś zapomniał. Więc potraktuj to jako mój prezent urodzinowy… ma być dzisiaj. Uwierz mi, tak będzie lepiej.
Korytarz zawirował mi pod stopami, obraz się rozmazał, a w głowie miałam jedną, wielką pustkę, kiedy sens tych słów wreszcie do mnie dotarł. Zatoczyłam się do tyłu od drzwi, jakby ktoś mnie odepchnął. Serce pękło mi na tysiąc kawałków.
— Zdradzana i odrzucona tego samego dnia, w moje urodziny… — wyszeptałam do siebie, a łzy popłynęły mi po policzkach. — Dziękuję ci, Bogini Księżyca… idealny początek moich osiemnastych…
Byłam znana jako dziecko, które zabiło swoją matkę przy porodzie…
Ale jeśli ktoś jest na tyle łaskawy i chce nazywać mnie po imieniu, to jestem Lily… Lily Stone.
Siedziałam w oknie mojego pokoju – małego poddasza w packhousie Złotego Księżyca – i patrzyłam na bujny las, który wyznaczał granice terytorium watahy. Wieczorne słońce malowało niebo na pomarańczowo i różowo; widok piękny, zwykle podnoszący mnie na duchu, ale dziś czułam w środku tylko pustkę.
Jutro były moje osiemnaste urodziny, dzień, który powinien kipieć ekscytacją i świętowaniem. Zamiast tego w brzuchu osiadał mi znajomy, ciężki strach.
Odwróciłam się od okna, a mój wzrok padł na mały kalendarz na biurku. Dwie daty były zakreślone na czerwono: moja i mojej siostry Vanessy. Miałam to nieszczęście urodzić się tego samego dnia co Vanessa i ktoś mógłby pomyśleć, że będziemy dzielić to święto. W rzeczywistości urodziny Vanessy zawsze przykrywały moje jak dywan.
Nikt nawet nie pamięta, że wtedy się urodziłam. Żadnych prezentów, nawet „Sto lat”.
Westchnęłam i przeczesałam dłonią długie, kasztanowe włosy. Zastanawiałam się, jak to jest mieć normalną rodzinę. Taką, która by się o mnie troszczyła. Ale to był luksus, którego nigdy nie miałam poznać.
Mój ojciec, Alfa Gregory Stone, nigdy nie okazał mi choć odrobiny czułości; ale to było… zrozumiałe, skoro jego partnerka zginęła, chroniąc mnie. A Vanessa? Cóż, siostrzana miłość nie istniała w jej słowniku.
Dla niej byłam tyle warta co jedna z Omeg, które usługiwały w packhousie.
Ciche brzdęknięcie telefonu wyrwało mnie z myśli. Serce zabiło mi szybciej z radości, gdy zobaczyłam, że to wiadomość od Lucasa, mojego chłopaka. Jeśli w moim żałosnym życiu był jakiś jasny punkt, to właśnie on. Lucas był moją opoką – synem Gammy watahy – ale zamiast gnębić mnie jak wszyscy, jako jedyny podał mi rękę. I od tamtej chwili… nasza miłość urosła w coś głębokiego, w więź, której się trzymałam jak ostatniej deski ratunku.
Palce aż mi śmigały po ekranie, kiedy odpisywałam na jego powitanie.
„Hej. Nie mogę się doczekać jutra. O której przyjdziesz?”
Wstrzymałam oddech, czekając na odpowiedź. Kilka dni temu strasznie się pokłóciliśmy – to cud, że w ogóle jeszcze ze sobą rozmawialiśmy. Serce zadrżało mi ciepło, gdy zauważyłam, że od razu przeczytał i właśnie odpisuje. Nawet jeśli nie miałam na kim się oprzeć, nawet jeśli moja rodzina – łącznie z całą watahą – zdawała się zapominać o moim istnieniu, w takie dni jak jutro polegałam na Lucasie.
„Mogę się trochę spóźnić. Muszę najpierw ogarnąć jedną sprawę. Ale będę, obiecuję” — odpisał.
Na czole pojawiła mi się mała zmarszczka, kiedy wpatrywałam się w jego wiadomość. „Wszystko okej?” — wystukałam szybko.
„Tak, nie martw się — po prostu kilka rzeczy do załatwienia. Mam dla nas plany” — odpisał znowu.
Kąciki moich ust drgnęły w nieśmiałym uśmiechu, a ja odetchnęłam z ulgą. Lucas zawsze szykował coś małego i intymnego na moje urodziny. Był jedyną osobą, przy której czułam, że jestem widziana. Jedyną, która sprawiała, że moje urodziny miały jakiekolwiek znaczenie.
„Okej, nie ma sprawy” — odpisałam, dorzucając mnóstwo emotek. „Już się nie mogę doczekać!”
Odłożyłam telefon i runęłam na łóżko, wpatrując się w sufit. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że ostatnio coś jest z Lucasem nie tak. W tym miesiącu kłóciliśmy się częściej niż przez wszystkie lata naszego związku, i to o zupełne głupoty.
Ostatnio robił się coraz bardziej zdystansowany. Jego wiadomości były krótsze i pojawiały się rzadziej, a na odpowiedź potrzebował godzin. Za każdym razem, kiedy mu to wypominałam, zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku, albo mówił, że za bardzo się na nim zafiksowałam.
„Przestań!” mruknęłam do siebie. „Wymyślasz sobie. Przesadzasz, dziewczyno…”.
Muszę dać Lucasowi trochę luzu… jako syn Gammy naszego Stada teraz był na świeczniku, odkąd stał się dorosły. Wiadomo, wszyscy oczekują, że przejmie stery, gdy jego ojciec odejdzie na emeryturę, więc miałam zamiar odpuścić mu trochę.
Postanowiłam zejść na dół. Celowo unikałam tego miejsca przez cały dzień, bo cały Dom Stada aż huczał od krzątaniny. Trwały przygotowania do osiemnastych urodzin Vanessy.
Kiedy ostrożnie schodziłam po schodach, z salonu doleciały mnie głosy — nie do pomylenia głos mojego ojca i ten perlisty, piskliwy śmiech Vanessy.
„Kochanie, zakochasz się w swoim prezencie” — powiedział, a w jego głosie było ciepło i czułość. — „Nie mogę się doczekać twojej miny, jak go otworzysz”.
Podeszłam bliżej, zaglądając z progu. Ścisnęło mnie w żołądku z zazdrości i smutku, gdy zobaczyłam ojca siedzącego na kanapie, z ręką nonszalancko przerzuconą przez ramiona Vanessy. Była wtulona w niego, patrząc na niego rozanielonym wzrokiem. Na stoliku kawowym stało duże, zapakowane pudełko przewiązane elegancką wstążką.
„Tatusiu!” — zapiszczała z zachwytu. — „Nie trzeba było. I tak już zrobiłeś wystarczająco dużo”.
„E tam, Nessa” — zaśmiał się, składając pocałunek na jej czole. — „Moja mała dziewczynka tylko raz kończy dziewiętnaście lat i zasługujesz na najlepszą imprezę w historii Stada Złotego Księżyca. Poza tym należy ci się rozpieszczanie. Jesteś jak księżniczka”.
Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy wpatrywałam się w Alfę Gregory’ego… Naszego ojca… Nigdy nie słyszałam, żeby mówił do mnie z taką czułością. Przełknęłam ślinę i weszłam do salonu. Oboje spojrzeli w górę, gdy się pojawiłam, i natychmiast ich uśmiechy zgasły.
„Lily” — powiedział, a jego głos nagle zrobił się lodowaty. — „Co ty tu robisz? Nie mówiłem ci, żebyś dzisiaj siedziała w swoim pokoju? Nie chcę, żebyś plątała się pod nogami dekoratorom”.
Z trudem powstrzymałam przewrócenie oczami. „Tylko chciałam wziąć wodę”.
„To się pospiesz i wracaj do pokoju. Nie chcę, żebyś czegoś dotykała albo coś zniszczyła. A tak w ogóle, właśnie mówiłem Vanessie o jej jutrzejszej imprezie urodzinowej, tutaj, w domu stada”.
Vanessa uśmiechnęła się kpiąco, przerzucając swoje idealne włosy przez ramię. „Będzie obłędnie. Będzie cała śmietanka, każdy, kto się liczy”.
Zastygłam, nagle czując się jak intruz. „Aha…” — zdołałam wydusić. — „To brzmi… miło”.
Patrzyłam, jak twarz Alfy twardnieje. Wbijając we mnie chłodne spojrzenie, powiedział: „Chcę, żebyś coś zrozumiała, Lily. Jutrzejsza impreza jest dla Vanessy. Nie chcę, żebyś się tam pokazywała i robiła jakieś… sensacje”.
Te słowa uderzyły we mnie jak policzek. Wiedziałam, że ojciec mnie nie rozpieszcza, ale żeby wprost mnie wyprosić z imprezy w moje urodziny? To było nowe dno.
Oczy Vanessy zalśniły kpiną. „Oj, nie bądź dla niej taki surowy, tatusiu. Jestem pewna, że Lily rozumie. W końcu nie chciałaby zepsuć mi mojego wyjątkowego dnia, prawda?”
„Ale…” — zaczęłam; mój głos brzmiał cicho, niemal dziecinnie. — „To też moje urodziny”.
Machnął ręką zbywająco. „Wiesz, o co mi chodzi. To jest wyjątkowy dzień Vanessy. Tylko byś ją zdenerwowała, gdybyś tam była”.
Vanessa skinęła głową, z miną udawanego współczucia. „Po prostu… wiesz, jaka ty jesteś, Lily. Zawsze taka niezręczna. To by zepsuło atmosferę”.
Ten protekcjonalny ton zagotował mi krew. Chciałam odburknąć i przypomnieć im, że to oni mnie taką zrobili. To oni sprawili, że nie miałam tu miejsca. Od harówki jak służąca w domu stada po Vanessę, która bez przerwy mnie podszczypywała przy swoich koleżankach.
Więc jeśli byłam „niezręczna”, to przez nich.
Poczułam, jak łzy szczypią mnie pod powiekami, ale nie pozwoliłam im spaść. Nie dam im tej satysfakcji. Zamiast tego uniosłam podbródek i spojrzałam ojcu prosto w jego lodowate oczy.
„Dobrze!” — powiedziałam, a mój głos był stabilniejszy, niż się spodziewałam. — „Zostanę w pokoju i dopilnuję, żebym wam nie przeszkadzała. Więc wszystkiego najlepszego, najdroższa siostrzyczko, z wyprzedzeniem, skoro mam dołożyć wszelkich starań, żeby nie zepsuć ci dnia. I żebyś wiedziała — mam plany z Lucasem… więc ja też będę zajęta”.
„Nie bądź taka, Lily” — zachichotała. — „Chciałabym ci życzyć wszystkiego najlepszego, ale… w ogóle nie powinnaś była się urodzić. I to jeszcze w moje urodziny. Żałuję, że w ogóle przyszłaś na świat”.
Vanessa zawsze szuka nowych sposobów, żeby mnie zgnieść i sprawić, żebym czuła się nikim, ale na szczęście mam już twardszą skórę.
Więc nic nie odpowiedziałam. Posłałam jej tylko przekorny uśmiech i, wychodząc, mruknęłam pod nosem:
„I tak mam gdzieś waszą durną imprezę! Mam Lucasa!”
