Ukarana Narzeczona na Zastępstwo

Pobierz <Ukarana Narzeczona na Zastępst...> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 1 To ty zabiłeś swoją siostrę

Caroline Neville znów o tym śniła — o dniu, w którym jej siostra zginęła, zasłaniając ją przed kulą.

Biała sukienka Edith Neville była przesiąknięta krwią, a jej ciało osunęło się w ramiona Caroline, lekkie, jakby w ogóle nic nie ważyło.

— Caroline… obiecaj mi… że będziesz żyć — głos Edith był tak kruchy, że ledwo przebijał się ponad szept. Krew wypływała spomiędzy jej bladłych warg, a każde słowo kosztowało ją oddech. — Kochaj Aleksandra dalej… za mnie… i za naszych rodziców…

— Nie mów tak — Caroline przycisnęła ją mocniej, szlochając tak, że aż nie mogła złapać tchu. — Będzie dobrze… musi być dobrze…

Nienawidziła siebie — nienawidziła tego, że uciekła, kiedy dowiedziała się, że Alexander oświadczył się Edith.

Gdyby nie zwiała w egoistycznej panice, Edith nie pognałaby na nabrzeże, żeby ją znaleźć. Nie znalazłaby się w samym środku mafijnej strzelaniny.

To była jej wina. Wszystko.

Edith wymusiła na sobie pęknięty, bolesny uśmiech, a jej oddech stawał się coraz słabszy. — Caroline… ja wiem… ty zawsze… go kochałaś…

— Nie! Nie kocham go! — zaprzeczenie Caroline wyrwało się rozpaczliwym krzykiem, jakby mogło wykrzyczeć winę do zera.

Ale krew wciąż płynęła, a dłonie Caroline trzęsły się nie do opanowania. — Karetka już jedzie… wytrzymaj jeszcze chwilę… ja wciąż chcę zobaczyć, jak wychodzisz za Aleksandra…

— Caroline… obiecaj mi… — Edith spróbowała unieść rękę, żeby dotknąć twarzy Caroline, ale w połowie drogi opadła ciężko.

Oczy, które kiedyś mieściły całe galaktyki, zgasły.

— Edith! Obiecuję! Obiecuję ci wszystko!

Caroline obudziła się z krzykiem, a klatkę piersiową ścisnęło jej tak gwałtownie, że myślała, iż zaraz zwymiotuje.

Pot spływał jej po ciele i przemoczył koszulę nocną. Zwinęła się na łóżku, zaciskając pięści na prześcieradle tak mocno, że pobielały jej knykcie.

Ten sam sen. Znowu. Przez pięć lat polował na nią noc w noc.

Wstała i podeszła do apteczki. W środku butelki stały w idealnym porządku, jak w aptece.

Od śmierci Edith Caroline żyła z ciężką depresją i nie znała ani jednej nocy prawdziwego snu.

Połknęła dwie tabletki przeciwdepresyjne, potem trzy nasenne. Utknęły jej w gardle, a gorycz rozlała się po języku.

— Doktor Neville?

Jej asystentka, Lina, stała w drzwiach sypialni, a na jej twarzy widać było troskę jak na dłoni.

Wczoraj Caroline zemdlała w gabinecie i Lina uparła się, że przyjedzie sprawdzić, co z nią.

— Znowu miała pani koszmar? — głos Liny był miękki.

Caroline skinęła głową, zachrypnięta. — Ile spałam?

— Jakieś pięć minut — Lina spuściła wzrok. — Jeszcze krócej niż wczoraj.

Caroline zdobyła się na pusty uśmiech. Może to, że było coraz gorzej, było w pewnym sensie łaską — znaczyło, że może zobaczyć Edith uśmiechniętą w snach i choć na chwilę oszukać się, że nadal żyje.

— Musi pani ograniczyć tabletki nasenne. Mieszanie ich w ten sposób jest niebezpieczne… — Lina próbowała do niej dotrzeć.

— To bez znaczenia. — Wzrok Caroline odpłynął ku nocnemu miastu za oknem, a jej oczy były puste. — Powinnam była umrzeć dawno temu.

— Proszę tak nie mówić! — w oczach Liny zalśniły łzy.

Kiedyś Caroline była najjaśniejszą gwiazdą wśród psychologów w Grandhaven — pewna siebie, dobra, pełna życia.

Wyciągnęła z rozpaczy niezliczonych pacjentów, a siebie nie potrafiła uratować.

Teraz była już tylko skórą i kośćmi, z zapadniętymi policzkami, ciągnęła dzień za dniem na lekach, byle nie stracić przytomności. Pusta skorupa, z której ktoś brutalnie wyskrobał duszę.

Tamta tragedia zabrała życie Edith i udusiła w Caroline resztki ducha.

Lina zawahała się. — W wiadomościach mówią… że pan Hamilton wraca jutro.

Uścisk Caroline na butelce z tabletkami się wzmógł, choć jej głos pozostał spokojny. — Mnie o tym nie poinformował.

Cały świat znał ruchy mafijnego bossa Alexandra — poza jego żoną.

„Może… może to była decyzja podjęta na ostatnią chwilę” — podsunęła Lina.

„To bez znaczenia.” Caroline pokręciła głową. „On mnie nie zobaczy.”

Kiedy Lina wyszła, Caroline podeszła do okna.

Ten penthouse był wymarzonym domem Edith — powtarzała, że chce stąd patrzeć na panoramę Grandhaven razem z Alexandrem.

Więc Caroline wydała na niego każdy grosz, jaki miała. Jako dom na ślub. Jako ich wspólny start.

Łzy spływały jej po policzkach bezgłośnie.

„Edith… widzisz? W końcu wprowadziłam się do miejsca, o którym marzyłaś. Tylko nie potrafiłam wygrać serca Alexandra, żeby dzielił je ze mną. Tak strasznie za tobą tęsknię.”

Następnego ranka Caroline poszła na targ. Kupiła świeże białe trufle, krwiste pomarańcze, rozmaryn — wszystko, co Alexander lubił najbardziej.

Wiedziała, że nie przyjdzie jeść, ale i tak gotowała.

Gotowanie było radością Edith.

Uwielbiała kombinować z przepisami, a Caroline zawsze dostawała pierwszy kęs do spróbowania.

Jeśli Caroline mówiła, że dobre, Edith robiła jeszcze jedną porcję dla Alexandra.

Z czasem Caroline nauczyła się na pamięć każdego smaku, który Alexander lubił.

Upiekła focaccię z rozmarynem, wymieszała sałatkę z krwistych pomarańczy i oliwy, nakryła stół z czułością, po czym usiadła i zaczęła czekać.

Przysnęła przy stole.

Obudził ją dźwięk otwieranych drzwi.

Alexander stał w progu, tak wysoki, że niemal zahaczał głową o futrynę.

Ciemnoszary płaszcz miał rozpięty, kołnierzyk koszuli rozluźniony, odsłaniał tatuaż sokoła przy obojczyku.

Pachniał alkoholem, brązowe włosy miał w nieładzie, a oczy zmęczone, puste — jakby zgaszone od środka.

Caroline bez słowa weszła do kuchni i wróciła z miską ciepłej zupy na otrzeźwienie.

Postawiła ją na stoliku kawowym przed nim.

Alexander odwrócił głowę. Jego spojrzenie spotkało jej wzrok — i w jego oczach wezbrała nienawiść.

Machnął ręką, strącając miskę na podłogę. Gorący wywar chlusnął Caroline na ramię, momentalnie podnosząc bąble.

„Daruj sobie, Caroline. Od tego twojego teatrzyku robi mi się niedobrze.” Jego głos był lodowaty, ociekał jadem. „Dlaczego to ty przeżyłaś? Czemu nie ona?”

Caroline przygryzła wargę. Nie płakała. Nie krzyczała. Sięgnęła po ścierkę, uklękła i zaczęła zbierać odłamki.

Jeden kawałek przeciął jej palec. Wypłynęła krew.

Wciągnęła gwałtownie powietrze.

Alexander złapał ją za nadgarstek, ściskając tak mocno, jakby chciał zmiażdżyć kość. Szarpnął ją do góry i popchnął na podłogę.

„To cię boli, ten drobiazg? Edith wykrwawiała się przez ciebie! Pamiętasz, ile krwi straciła?”

Caroline spuściła wzrok, a w piersi ścisnęło ją tak, że ledwo mogła oddychać.

Nikt nie rozumiał jej rozpaczy lepiej niż ona sama. Każdego dnia życzyła sobie, żeby to była ona.

Alexander szarpał jej ubranie, a jego głos drżał od wściekłości. „Jak mogłaś zabrać jej wszystko? Jej dom, jej marzenia, jej mężczyznę?”

„Ja nie…” Zaprzeczenie Caroline było ledwie szeptem.

„Zabrałaś!” Ryk Alexandra był chropawy, brutalny. „Uciekłaś tamtego dnia, wiedząc, że ona przyjdzie po ciebie! Uknułaś to tak, żeby zginęła za ciebie, prawda?”

„Nie… nie…” Łzy popłynęły jej po policzkach.

Nie słyszał jej. Albo nie chciał.

Wziął ją brutalnie, bez cienia czułości.

Ból rozlał się po jej ciele, ale był niczym w porównaniu z agonią w środku.

Caroline zamknęła oczy i pozwoliła mu się sobą posłużyć, myśląc: Edith… przepraszam. Nie umiałam zadbać o Alexandra, a teraz znowu go rozwścieczyłam. To moja wina. Nie ma dla mnie usprawiedliwienia.

Kiedy było po wszystkim, Alexander ubrał się, nie patrząc na nią.

„Gdyby twoja twarz nie była podobna do jej, czułbym się brudny po dotknięciu ciebie.”

Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Caroline leżała zwinięta na zimnej podłodze, drżąc. Choroba była jak czarna dłoń, zaciskająca jej serce coraz mocniej i mocniej.

Oddech robił się płytki, obraz zaczynał się rozmywać. Wróciła myśl, żeby to zakończyć.

Następny rozdział