Rozdział 4
Usłyszałam pukanie do drzwi, podeszłam i otworzyłam. W progu stała Gina.
— Dzień dobry, pani Thorne. Śniadanie z panem Thornem będzie za trzydzieści minut. Będzie na panią czekał.
— Dziękuję, Gino, zaraz zejdę.
Skinęła głową i ruszyła schodami w dół. Zamknęłam drzwi i pospiesznie wzięłam prysznic. Założyłam dwuczęściowy kostium, chwyciłam telefon i torebkę, po czym zeszłam na dół. Kiedy weszłam do jadalni, Xander już tam był i czytał gazetę. Usiadłam więc.
— Dzień dobry.
Mruknął tylko coś w odpowiedzi. Kiedy Gina przyniosła śniadanie, odłożył gazetę. Siedziałam, popijając kawę.
— Nie wolno ci nikomu mówić, że jesteś moją żoną — powiedział.
— Nie mam najmniejszego zamiaru mówić tego na głos.
— Masz pracę? — zapytał, a ja odstawiłam filiżankę i spojrzałam na niego. Chyba zorientował się, że nie odpowiedziałam, bo przestał jeść i podniósł wzrok.
— Tak czy nie? — dopytał.
— Tak i nie. Pracuję jako freelancerka, kiedy mam na to ochotę.
Spojrzał na mnie, odkładając widelec.
— Czyli jesteś leniem? — zapytał, a ja się zaśmiałam.
— Panie Thorne. Jestem wieloma rzeczami, ale leniem? Nie.
Wstałam i spojrzałam na niego.
— Smacznego. Za godzinę mam spotkanie.
— Ile wiesz o pożyczce? — zapytał, a ja się zatrzymałam.
— Pytanie za pytanie. Dlaczego Thorne’owie mieliby pożyczyć człowiekowi takiemu jak mój ojciec pięćdziesiąt milionów dolarów?
— Ile? — zapytał.
— Pięćdziesiąt milionów. Tak twierdzi mój ojciec. Ktoś kłamie, a kiedy się dowiem kto i dlaczego, zafunduję mu najgorszy pieprzony koszmar życia.
— Podobnie jak ja — powiedział.
Wyszłam i skierowałam się na zewnątrz. W chwili, gdy tylko przekroczyłam próg, podszedł Jason.
— Jestem gotów, kiedy tylko pani będzie, madam — powiedział.
— Dziękuję. Czy możesz zawieźć mnie do Meridian?
— Tak, madam — odparł, otwierając przede mną drzwi samochodu, a ja wsiadłam.
W drodze do ekskluzywnej restauracji napisałam Angie, czego potrzebuję. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była trochę po dziewiątej, ale ledwie weszłam do środka, Raymond mnie zauważył i podszedł. Raymond był gospodarzem sali, a to było jedyne miejsce, w którym Angie i ja spotykałyśmy się służbowo, więc byłyśmy stałymi bywalczyniami.
— Dzień dobry, pani Ryan. Czeka na panią — powiedział z uśmiechem.
— Dzień dobry, Raymond. Dziękuję.
Kiedy skręciłam za róg, zobaczyłam Angie siedzącą w najdalszym kącie, tam gdzie zawsze siadałyśmy. Podeszłam i zajęłam miejsce.
— Cholera, Zia, nie podoba mi się wyraz twojej twarzy — powiedziała z niepokojem.
— No cóż, Angie. Jestem żoną tego pierdolonego Zandera Thorne’a — powiedziałam szeptem.
Zaczęła kaszleć, a jej oczy się rozszerzyły.
— Co jest, kurwa? Dlaczego? — zapytała.
Opowiedziałam jej całą historię, a raczej to, co sama o niej wiedziałam.
— Cholera... to co chcesz zrobić? — zapytała.
— Na początek muszę doprowadzić wszystko do porządku w Quantum.
Podała mi teczkę.
— To raporty za pierwszy kwartał. Twoja firma jest... — urwała w pół zdania.
— Co?
— Eee... twój mąż właśnie wszedł ze swoją narzeczoną, Claire Mongomery. Cholera... siedzą za nami. Ona nie wie? — zapytała.
— Nie wiem i mało mnie to obchodzi. Nieważne. Mówiłaś?
— Tak. Pierwszy kwartał był znakomity i teraz są jeszcze większe postępy — powiedziała biznesowym tonem.
Angie była wiceprezeską Quantum. Nie chciałam wystawiać swojej twarzy na pokaz bez powodu, a teraz, przy całej tej sytuacji, cieszyłam się, że trzymałam się z dala od pierwszego planu.
— Jednak teraz, kiedy twojego miejsca do pracy już nie ma… Jak sobie z tym poradzisz? — zapytała.
Pracowałam w swoim pokoju, robiłam tam wszystko — oprogramowanie, główne kody, wszystko powstawało właśnie tam. Teraz nie mogę tego robić w domu Thorne’a.
— Będę korzystać ze swojego biura. Załatw mi identyfikator do pracy. Piętro pod tobą, na samej górze. Bez wstępu dla pracowników.
Zaczęła się uśmiechać.
— Z czego się uśmiechasz?
— Bo w końcu zaczniesz przychodzić do pracy — odparła z szerokim uśmiechem.
Pokręciłam głową. Po kolejnej rozmowie o pracy zapłaciłyśmy i wyszłyśmy. Kiedy wstałyśmy, a ja się odwróciłam, Thorne utkwił we mnie wzrok, ale minęłam jego stolik. Publicznie go nie znałam, ale zobaczyłam, jak jego spojrzenie przesunęło się za mną, i wiedziałam, że dostrzegł Angie.
Angie była dobrze znana w świecie biznesu, zawsze bywała tam zamiast mnie, a ja dobrze jej za to płaciłam. Zasługiwała na to. Była jedyną osobą, która przy mnie trwała i naprawdę we mnie wierzyła, kiedy nawet moi cholerni rodzice tego nie robili.
Pożegnałam się z nią i wróciłam do samochodu. Kiedy wsiadłam, spojrzałam na Jasona.
— Jason, możesz zawieźć mnie do domu? Muszę zabrać kilka swoich rzeczy osobistych.
— Oczywiście, proszę pani — odparł, włączając się do ruchu.
Kiedy dotarliśmy do domu moich rodziców, panowała tam cisza. Była dopiero jedenasta rano. Znałam ich rutynę. Tata był na emeryturze i mama też. Ally rzuciła szkołę, bo, jak twierdziła, odbiło się to na jej zdrowiu psychicznym. O tej porze wszyscy powinni siedzieć w salonie. Chyba Jason nie ufał ani mnie, ani im, bo poszedł za mną. Cicho weszłam na ścieżkę prowadzącą do domu. Gdy dotarliśmy do drzwi i już miałam je otworzyć, usłyszałam śmiech i ręka znieruchomiała mi na klamce.
ALLY: Widzisz, tato? Mówiłam ci, że to zadziała. Zię tak łatwo przejrzeć.
RICHARD: Pomyśl tylko, dwadzieścia milionów dolarów. Możemy ruszyć w podróż dookoła świata. Ally ma ustawione życie, tak samo jak my.
MARTHA: Cóż, to było teraz albo nigdy. Poza tym ona tak naprawdę nie jest naszym dzieckiem, więc dla nas to żadna strata. Adoptowaliśmy ją dla pieniędzy, a potem… cóż. To już przeszłość. Jej nie ma, a my mamy pieniądze.
Kiedy usłyszałam ich słowa, omal nie upadłam, i Jason mnie podtrzymał. Wyprostowałam się i otworzyłam drzwi. Kiedy weszłam do salonu i mnie zobaczyli, kobieta, którą uważałam za swoją matkę, wybuchła płaczem, poderwała się i ruszyła w moją stronę. Cofnęłam się, a Jason chyba zrozumiał, bo stanął przede mną, zasłaniając mnie przed nią.
— Przyszłam po swoje rzeczy osobiste.
— Zia, ranisz mamę — powiedziała Ally, a ja odwróciłam się i spojrzałam na nią.
— Naprawdę? To może niech, kurwa, zdechnie. Tak będzie lepiej.
Usłyszałam ich gwałtowny wdech i zobaczyłam, jak pobladli. Nie zostałam tam ani chwili dłużej. Weszłam po schodach i do pokoju. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że rzeczy zostały poprzesuwane. Byli tu. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej torbę podróżną. Zabrałam wszystko, co kupiłam. Wszystko, na co wydałam własne, ciężko zarobione pieniądze, wzięłam ze sobą. Zabrałam wszystkie ważne dokumenty i pozostałe laptopy. Kiedy schodziłam z powrotem na dół, Jason stał u podnóża schodów i blokował im wejście na górę.
— Zia, natychmiast przeproś swoją matkę — powiedział mój ojciec.
Spojrzałam na nich. Miałam ich, kurwa, zniszczyć.
