Rzeźnik - Romans mafijny

Pobierz <Rzeźnik - Romans mafijny> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 3 3

—Bo nie chcę jego pieniędzy. Byłam biedna przed nim i mogę być biedna po nim.

To była brutalna zmiana: nie mieć kierowcy, który zawoził mnie, gdzie trzeba, samemu robić zakupy i wnosić je po schodach, prać własne rzeczy i pilnować, żebym nie odkręciła ogrzewania za wysoko. Bo inaczej nie byłoby mnie stać na rachunek. Ale i tak było to lepsze niż życie w luksusie z kłamcą.

Wciąż się we mnie wpatrywał, a jego oczy zwęziły się z zainteresowaniem.

—Mógłbym zapytać, co cię skłoniło do ucieczki, ale chyba już znam odpowiedź. —Potrząsnął szklanką i wziął kolejny łyk. —Faceci mówią, że kobiety są skomplikowane, ale nie są. Po prostu odpisuj na wiadomości i nie wkładaj kutasa w inne osoby. Proste jak drut.

Porzuciłam sprzątanie przy barze, bo wciągnęła mnie ta głęboka rozmowa z nieznajomym; czułam więź z kimś, kogo nawet nie znałam.

—Jesteś w związku?

—Nie. —Spojrzał na mnie prosto, z taką pewnością siebie, że niemal była toksyczna. —Nie odpisuję na wiadomości i lubię wkładać kutasa w wiele miejsc. —Upił ze szklanki, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

Nie poczułam rozczarowania, bo dokładnie tego się po nim spodziewałam. Jeśli próbował mnie poderwać, nie robił tego obleśnie. Był brutalnie szczery: jeśli wyjdziemy z baru razem, już się nie odezwie. Pewnie zniknie, zanim rano się obudzę. A jednak szczerość była cechą, którą doceniłam w chwili, gdy zrozumiałam, że w moim małżeństwie jej brakowało.

—To nie on mi powiedział. Musiałam usłyszeć to od niej.

Nie ocenił mnie ani nie skomentował. Po prostu patrzył i słuchał.

—Próbuje mnie odzyskać. Zaciska uścisk, kiedy czuje, że wymykam mu się coraz bardziej.

—Jak długo jesteście po ślubie?

—Parę lat.

Lekko skinął głową.

—To niedobry znak. Kim była ta kobieta?

—Kimś, z kim pracuje. Powiedział, że to nic nie znaczyło.

Oparł oba łokcie o blat i pochylił się do przodu, obejmując jedną dłoń drugą, jakby zamykał pięści w uścisku; mięśnie i ścięgna rysowały się wyraźnie wzdłuż jego ramion.

—Zapytałam, czy były inne… Powiedział, że nie.

—Wierzysz mu?

—Ja… ja nie wiem. —Za każdym razem, gdy myślałam o tym, co zrobił, czułam się tak podle, że chciałam zwinąć się w kłębek w kącie. Brzydziło mnie to, gdy myślałam, gdzie był jego kutas, zanim zaczął we mnie walić, jakby nigdy nie dopuścił się żadnej zdrady.

Wciąż mi się przyglądał, pocierając kostki, jakby były obolałe po niedawnej bójce.

—Masz jakąś radę?

Opuścił dłonie na blat, wyższy ode mnie nawet wtedy, gdy siedział, bo miał nade mną prawie pół metra wzrostu. — Nie udzielam rad — tylko wyrażam opinię.

— Dobrze więc. Jaka jest twoja opinia?

Na jego usta wpełzł ledwie dostrzegalny uśmiech, a jego spojrzenie po raz pierwszy uciekło na bok. — Nie chcesz mojej opinii, kochanie.

Nienawidziłam, kiedy mężczyźni tak do mnie mówili, kiedy próbowali zwrócić na siebie moją uwagę z drugiego końca baru tym czułostkowym określeniem, ale Bastienowi uchodziło to płazem, jakby to było moje prawdziwe imię. — Chcę szczerości, a tego nie dostałam od dawna.

Jego wzrok wrócił do mnie i pozostał na miejscu przez długą chwilę, badając moją twarz tak, jakby potrafił odczytać słowa wypisane na mojej skórze grubą czcionką. Lekko przechylił głowę, po czym wypuścił westchnienie. — Zaufanie jest jak szkło. Trzeba czasu, żeby je rozgrzać i zahartować, żeby stało się przejrzyste, by obie strony mogły przez nie patrzeć. Ale kiedy raz się roztrzaska, na podłodze zostaje tyle odłamków, że nie da się tego złożyć z powrotem. Minie rok, wejdziesz boso do kuchni po szklankę wody i wbijesz sobie drzazgę w piętę. I przypomnisz sobie, skąd się tam wzięła.

Ból osiadł mi na sercu, jak kotwica spuszczona ze statku — rozczarowanie tak ciężkie, że opadło na dno oceanu.

— Władzę i majątek można odebrać — a wtedy zostaje tylko twoje słowo. Jeśli go nie masz, to nie masz nic. Zdradził swoje słowo, kiedy zdradził ciebie, więc zdradził samego siebie. Miał szansę na odkupienie, gdyby był wobec ciebie szczery, ale zamiast tego wybrał tchórzostwo.

Nie spodziewałam się, że ten piękny mężczyzna przy barze ma w sobie tyle głębi, że jest kimś więcej niż ładną twarzą ze sztywnym drinkiem w dłoni.

— Mówi ci, że nie było nikogo innego, ale skoro jego słowo jest bez wartości, nie wiesz, czy możesz mu wierzyć. Mężczyzna powinien traktować kobietę z takim samym szacunkiem, z jakim traktuje swoich chłopaków. A właściwie ona powinna być jego numerem jeden.

— Brzmi, jakbyś był już kiedyś w związku.

— Nie. — Jego dłoń spoczęła na krawędzi szklanki. — I dlatego nigdy w żadnym nie byłem. Wiem, czego to wymaga — i nie znalazłem kobiety wartej tego wysiłku. Pewnie nigdy nie znajdę. Zresztą i tak nie szukam. — Wpatrywał się we mnie, popijając ze szklanki. — Więc co zamierzasz zrobić?

— Nie wiem, czy mam wielki wybór. — Adrien nigdy by nie odpuścił, bez przerwy blokowałby każdy ruch w stronę prawnego rozstania, pojawiałby się w mojej pracy i pod moim mieszkaniem, jakby sądził, że uznam jego uporczywość za uroczą, kiedy wierność była o wiele bardziej romantyczna.

– Zawsze masz wybór.

– Nie zna pan mojego męża.

– Ale znam mężczyzn. – Posłał mi twarde spojrzenie. – I wiem, jak się pozbyć twojego.

– Jak?

Przesunął się na stołku, a koszula opięła mu mięśnie przy tym ruchu; mimo tuszu pokrywającego skórę widać było napięte ścięgna na szyi. Dokładnie na środku gardła miał wytatuowaną czaszkę, po prawej stronie szyi sztylet, ostrze kończyło się tuż przy linii szczęki. – Przeleć kogoś.

Wybuchł we mnie żar jak z ryczącego ognia, gdy wyobraziłam sobie, że to on jest tym, który rżnie. Zupełnie nagi, głęboko we mnie, z tym swoim grubym fiutem, przez którego dochodziłabym niemal bez wysiłku. Wiedziałam, że ma dużego, bo wniósł do baru taką energię wielkiego kutasa, kiedy tylko przekroczył próg.

– Żaden facet nie potrafi przebić się przez własne ego, a on nie wygląda mi na wyjątek.

– A pan? Ma pan wielkie ego?

Uśmiechnął się kpiąco. – Nie byłbym mężczyzną, gdybym nie miał. – Wziął kolejny łyk, opróżniając szklankę do dna, zostawiając tylko kostki lodu, które jeszcze się nie roztopiły. – Wezmę rachunek, skarbie.

To był moment, w którym powinien wykonać ruch, ale podejrzewałam, że ta propozycja nigdy nie padnie. Był magnesem, który przyciągał wszystkich. Nie musiał nikogo gonić. Wystarczyło, że siedział i czekał, aż wszystkie ładne dziewczyny same do niego podejdą.

Przesunęłam się wzdłuż baru do komputera i nabiłam jego rachunek, wpisując wszystkie drinki, które normalnego faceta powaliłyby na podłogę. Ale zanim zdążyłam go wydrukować, zerknęłam na drugą stronę sali i instynktownie poczułam, że coś jest nie tak.

Do baru weszło trzech mężczyzn, poruszając się zdecydowanie za szybko, jak na kogoś, kto przyszedł tylko po drinka. A na dolnej połowie twarzy mieli zawiązane chustki, żeby ukryć tożsamość przed kamerami w każdym rogu.

Zastygłam w miejscu. Mogłam tylko stać i patrzeć, jak jeden z nich rusza na mnie — z pieprzoną maczetą.

Uniósł maczetę na wysokość oczu. – Kasa do worka. – Rzucił na ladę jutowy worek. Pozostali dwaj też mieli wyciągnięte maczety, obserwowali wszystkich w barze, żeby nikt nie ruszył mi na pomoc.

Znieruchomiałam, walcząc o oddech w czystej panice.

– Suko, napełniaj worek.

Nie sapnęłam ani nie krzyknęłam, ale stałam jak wryta, sparaliżowana przerażeniem.

– Wybrałeś zły bar, stary.

Moje oczy powędrowały do Bastiena, który wciąż siedział na stołku. Wszyscy inni przy barze umknęli pod ścianę. Ludzie w części z stolikami próbowali wczołgać się pod blaty albo unieśli drżące ręce do góry. Bastien jako jedyny patrzył na to wszystko z obłędnym spokojem.

Mężczyzna przeniósł uwagę na Bastiena, zdejmując ze mnie presję i ostrze. – Co powiedziałeś, dupku?

– To nie ja grożę dziewczynie nożem, dupku. – Zsunął się ze stołka i wyprostował, a ja miałam wrażenie, że urósł o kilka centymetrów w porównaniu z tym, jak wszedł do środka. Nie trzymał żadnej broni poza słowami, a jednak był uzbrojony po zęby w niewidzialną siłę. – Homines ex codice.

Moje spojrzenie przeskakiwało między nimi, nie mając pojęcia, co się dzieje.

To były słowa po łacinie, ale ich sens pozostawał niejasny. Nie umiałam stwierdzić, czy napastnik zrozumiał, co to znaczy, czy był równie zdezorientowany jak ja.

Zapadł między nimi cichy impas, napięcie rosło jak płomienie z dopiero co rozpalonego ogniska. Bar zwykle był głośny, pełen rozmów i śmiechu, ale teraz zrobiło się śmiertelnie cicho — jak na cmentarzu.

Dupek z maczetą ruszył, tnąc w dół, jakby chciał porąbać Bastiena na kawałki.

Krzyknęłam z przerażenia i sięgnęłam po jedną z pustych butelek za ladą.

Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie byłam pewna, co dokładnie zaszło, ale Bastien rozkrwawił tamtemu twarz i wyrwał mu maczetę. Przywalił mu twarzą o blat — raz, potem drugi — i złamał mu nos. Przycisnął jego głowę do lady i spojrzał na mnie. – Twoja kolej, skarbie.

Zamachnęłam się i walnęłam go butelką w głowę, a szkło rozprysło się na kawałki.

– Ładny zamach. – Bastien puścił go, a mężczyzna runął na podłogę w stertę potłuczonego szkła i krwi.

Pozostali dwaj rzucili się do drzwi, żeby zwiać, kiedy zrobiło się naprawdę gorąco, ale Bastien był tam pierwszy i uderzył jednego tak mocno w twarz, że tamten wpadł na ścianę i osunął się na podłogę. Drugiemu wykonał serię ruchów: zablokował rękę trzymającą maczetę, po czym wbił łokieć prosto w jego głowę i posłał go na deski, nieprzytomnego.

Kiedy skończył, bar spowiła napięta cisza; wszyscy wciąż bali się poruszyć albo odezwać.

Bastien przeszedł po drewnianej podłodze i potłuczonym szkle z powrotem do lady, przy której stałam. Wyciągnął portfel i zaczął przebierać w euro upchanych w środku, i jakby nic poważnego przed chwilą się nie wydarzyło, zapytał:

– Ile jestem winien?

Poprzedni rozdział
Następny rozdział