Rozdział 1 1
Rozdział 1
Fleur
Weszłam do budynku, wdrapałam się na piąte piętro po schodach, bo winda była zepsuta odkąd się tu wprowadziłam, a potem wsunęłam klucz do zamka. Drzwi się otworzyły i weszłam do mojego małego mieszkania — kawalerki z jedną sypialnią i kuchnią, która służyła też za pralnię. Pstryknęłam włącznikiem światła i podskoczyłam na widok mężczyzny siedzącego w fotelu jak pieprzona gargulca.
— Jezu… — ścisnęłam klucze w dłoni, po czym rzuciłam je na stół i odstawiłam torebkę. — Mówiłam ci, żebyś przestał to robić.
Wciąż tam siedział, z łokciami opartymi o kolana, szeroki w ramionach pod kurtką, ze wzrokiem spuszczonym na palce, którymi ściskał telefon. Minęła chwila, zanim uniósł brodę i na mnie spojrzał; jego piwne oczy były pełne odrazy do samego siebie.
— Jeśli nie chcesz mnie tutaj, to odbieraj ten cholerny telefon.
— Nie muszę nic robić, Adrien. — Było prawie wpół do drugiej w nocy, a jednak Miasto Świateł wciąż tętniło życiem: ludzie stali na każdym rogu, jechali rowerami na drugi koniec miasta albo palili w kawiarniach na dole. Au Pied de Cochon było tuż obok mojego mieszkania, jedną z niewielu restauracji w Paryżu, które właściwie nigdy nie zamykały drzwi ani nie gasiły świateł, bo były otwarte niemal przez całą dobę. Jadłam tam parę razy po zmianie, ale najczęściej tylko po to, żeby ochłonąć przy papierosie.
Podniósł się, w ciemnych dżinsach i skórzanej kurtce; na materiale widać było krople deszczu, jakby podczas drogi od samochodu złapała go mżawka. Odszedł od zielonego fotela i podszedł bliżej, tam gdzie stałam przy okrągłym stole jadalnianym, na którym stał wazon pełen kwiatów kupionych wczoraj na targu.
— Znalazłem terapeutę małżeńskiego—
— Nie chcę chodzić na terapię — warknęłam. — Chcę rozwodu. — Poprosiłam o rozwód w chwili, gdy odkryłam jego niewierność, zdradę, o której nawet nie miał jaj powiedzieć mi sam. Ale sprawił, że spełnienie tej prośby stało się niemożliwe. Kazał mi przeskakiwać przez nieskończone obręcze, tylko po to, żebym dostała odmowę w sądzie — bo wszystkim zapłacił.
— Jesteśmy katolikami. Nie wierzymy w rozwody—
— Czyli ruchałeś się na boku, zakładając, że i tak nigdy nie odejdę?
— Nie o to mi chodzi.
— Nie chcę ratować tego małżeństwa. Jestem niezłą dupą i nie potrzebuję tego gówna. Chcę faceta, który dotrzymuje słowa i jest tak brutalnie szczery, że aż to bywa okrutne. Ty nie jesteś takim facetem, Adrien.
Złość przemknęła mu po twarzy, ale zapanował nad wściekłością.
— Popełniłem błąd. Mówiłem ci, że to nie był romans. Ona nic dla mnie nie znaczyła.
— Ale była warta twojego małżeństwa?
Rozszerzyły mu się nozdrza, ale wciąż nie krzyczał, jak zwykle by to zrobił.
— W pracy działo się mnóstwo gówna i wypiłem za dużo wina, a ona się do mnie przystawiła. Miałem chwilę słabości. Jestem, kurwa, człowiekiem.
Przewróciłam oczami.
— Raczej neandertalczykiem.
Jego zdesperowane oczy były wlepione w moje.
– Mówiłem, że mi przykro, chyba z milion razy.
– Nie chcę przeprosin. Chcę rozwodu. I chcę, żebyś przestał zjawiać się w moim mieszkaniu, jakbyś wciąż mnie posiadał.
– Nadal jesteś moją żoną…
– Pierdol się.
Wciągnął powoli powietrze i na chwilę przymknął oczy.
– Nie byłabyś taka wściekła, gdybyś wciąż mnie nie kochała.
– Po prostu jestem wściekłą osobą, Adrien.
– Jesteś namiętną osobą, Fleur. To różnica – powiedział. – To zdarzyło się raz i już się nie powtórzy. Zrobię wszystko, czego zechcesz, żeby to zadziałało, bo wbrew temu, co myślisz, kocham cię całym sobą.
Odsunęłam się, bo nie chciałam już na niego patrzeć. Deszcz zaczął bębnić o okna i świetlik nad kuchnią. Zasłony były rozsunięte, a światło latarni oświetlało miasto i mokry chodnik w deszczu.
– Fleur.
Nie odwróciłam się do niego.
– Nigdy nie dam ci rozwodu. Za każdym razem, gdy złożysz dokumenty, sędzia je odrzuci. Nigdy nie wyjdziesz ponownie za mąż, bo twoje małżeństwo ze mną pozostanie nienaruszone. Jedyny sposób, żebym zniósł te ograniczenia, to jeśli spróbujesz sprawić, żeby to zadziałało.
Dalej patrzyłam w okno.
– Jeśli popracujesz nad tym małżeństwem ze mną.
Skrzyżowałam ręce na piersi i poczułam chłód bijący od szyby. Widziałam swoje odbicie jako ledwie zarysowany kontur. Miasto na dole było takie piękne, ale trudno było to docenić, kiedy czułam się tak podle. Nigdy nie uroniłam przy nim łzy. Zwróciłam się ku uczuciu, które było najłatwiejsze do poczucia – ku złości.
– Były inne?
– Nie. – Odpowiedział szybko, niemal zbyt szybko.
Odwróciłam się i stanęłam do niego twarzą, przyglądając się jego twardemu spojrzeniu. Włosy miał ciemne jak espresso, a oczy ciepłe jak orzech laskowy. Jego włoskie korzenie było widać na skórze, a mówił po francusku i po włosku – to była jedna z rzeczy, które mnie do niego przyciągnęły. Małżeństwo jest tak głębokim doświadczeniem, że zmienia wszystko, a moje małżeństwo zostawiło we mnie wszelkiego rodzaju blizny. Nawet kiedy byliśmy od siebie tak daleko, wciąż czułam się z nim związana. Tylko że nie chciałam być z nim związana.
– Były inne?
Jego oczy drgnęły lekko, kiedy zadałam to pytanie po raz drugi – subtelne zawahanie.
– Nie.
Wpatrywałam się w jego twarz, szukając choćby śladu kłamstwa i niepewna, jak rozszyfrować to, co widzę. Ale wiedziałam, że w ogóle nie powinnam musieć o to pytać, że nie powinnam się zastanawiać, czy to kłamstwo, czy prawda.
– Muszę pomyśleć.
– Nikogo innego nie było…
– Potrzebuję przestrzeni, Adrien. Przestań wydzwaniać do mnie bez przerwy i czaić się w moim mieszkaniu jak pieprzony stalker, żebym mogła mieć dwie sekundy, żeby pomyśleć. – Odwróciłam się z powrotem do okna i patrzyłam, jak kropla wody spływa na dół i znika.
Został jeszcze przez chwilę, a jego spojrzenie paliło mnie między łopatkami, ale w końcu przestąpił z nóg na nogę i wyszedł z mieszkania, zwlekając tak długo, jak tylko mógł, jakby liczył, że poproszę go, żeby wrócił.
