Rozdział 9 Milly.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
PUNKT WIDZENIA: MILLY
— Kto to?! — pyta głośno Miles, wskazując na samochód.
Z mamą wymieniamy spojrzenie. Ona mocno przytrzymuje Emmę, a ja trzymam Milesa. Widzę, jak strach przemyka jej po oczach, jakby wreszcie wydarzyło się zło, którego się spodziewała.
Drzwi auta się otwierają i wysiada Kai.
Ulga uderza we mnie z całą siłą, ale trwa tylko chwilę, bo zaraz potem wysiada też Rose.
Na jej widok brakuje mi tchu. Wygląda pięknie i drogo. Ma na sobie białą koszulę i niebieskie dżinsy, do tego szpilki. Nie powinna tu być. Nie jest stworzona do tej okolicy — tak samo jak jej samochód.
— Dzień dobry, Millicient. Jaka piękna niedziela — mówi z uśmiechem, a ja odruchowo cofam się odrobinę, bo w jej twarzy widzę tę głupią gębę jej syna. Ona jest dobrem, a on jest jednym wielkim kłamstwem.
— Dzień dobry — mama robi krok do przodu. — Jestem Lilah Stark, mama Millicent. A to Miles i Emma Stark, jej rodzeństwo. Kim pani jest?
Kai sprawnie odbiera od niej pudełko.
— Jestem Rose Sinclair — odpowiada Rose z marsową miną, jakby nie była pewna.
— Rose to kobieta, która wczoraj przeprowadzała ze mną rozmowę o pracę na stanowisko niani. Ta, której odmówiłam z powodu… nie do pogodzenia różnic — mówię do mamy.
Mama wygląda na zdezorientowaną, bo słyszy o tym po raz pierwszy.
— Tą „nie do pogodzenia różnicą” jest mój syn — Rose uśmiecha się i zwraca do mnie. — Myślę, że możemy znaleźć jakieś rozwiązanie, Milly. Proszę, zaproś mnie do środka, żebyśmy mogły porozmawiać — prosi, sięgając po moje dłonie.
Nie chcę jej w naszym domu — nie dlatego, że się go wstydzę, tylko dlatego, że to nie jest rezydencja na wzgórzu ani nad rzeką. Potem jednak przypominam sobie jej udar. Nie powinna długo stać na nogach, więc kiwam głową.
— Proszę wejść. Proszę wybaczyć nasze zaskoczenie. Wracamy z kościoła i nie spodziewaliśmy się spotkać nikogo — tłumaczy mama, prowadząc ją do drzwi.
— Och, to ja powinnam przeprosić, że wpadłam bez zapowiedzi — upiera się Rose, a mama macha ręką. — E tam, głupstwa.
Łapię spojrzenie Kaia i posyłam mu gniewne spojrzenie. Czemu po prostu pojawił się tu tak znikąd? Nie ma jak się ze mną skontaktować, skoro nie mam telefonu, ale mimo wszystko nie powinien był wywracać mi wszystkiego do góry nogami. Bliźniaki milczą, ale drżą od pytań.
— Witajcie w naszych skromnych progach — mama uśmiecha się, otwierając drzwi.
Cieszę się, że wczoraj skosiłam trawę.
Zastanawiam się, co Rose widzi, kiedy się rozgląda. Ja widzę to: używaną kanapę z poduszkami i szydełkowanym kocem. Widzę stolik kawowy porysowany po latach kredek i odrabiania lekcji. Mały telewizor, który czasem traci dźwięk, stos książek z jednej strony i oprawione zdjęcie mojego taty w mundurze obok rodzinnej fotografii nas wszystkich.
— No chodźcie. Wyścig do kuchni? — Kai szczerzy się do bliźniaków.
Emma marszczy brwi i patrzy na mnie, ale udaję, że wszystko jest w porządku. Odchodzą, niosąc pudełka.
— Ma pani piękny dom — szepcze Rose, rozglądając się.
Odwracam wzrok z goryczą. Nie potrzebuję jej litości. Jej kuchnia jest większa niż cały nasz dom — wiem o tym i nie obchodzi mnie to. To dom, który tata zbudował i nam zostawił. Jedna z jego spuścizn. Nasz dom.
— Ma pani ochotę na ciastka i herbatę? — pyta mama.
— Oczywiście, dziękuję — Rose przytakuje, a mama odchodzi.
— Po co tu jesteś, Rose? Przepraszam za to, jak wczoraj mówiłam, ale to było potrzebne już od dawna. Nie powinnaś tam wtedy być, więc za to też przepraszam. — Siadam obok niej, marszcząc brwi, i skubię czubek swojej sukienki.
— Nie przyszłam tu po przeprosiny. Przyszłam złożyć lepszą ofertę. Chcę, żebyś ze mną pracowała. — Przechodzi od razu do rzeczy, a ja słucham.
— Mam troje dzieci. Potrzebuję pomocy. Nie ufam żadnym tak zwanym profesjonalistom, bo wokół mojej rodziny krąży opinia, której nie znoszę. Ostatnia niania była mściwa i wrzuciła zdjęcia moich dzieci do internetu, żeby szybko zarobić, mimo że dobrze jej płaciliśmy. Ludzie są strasznie roszczeniowi i chciwi. Myślą, że jesteś im winna więcej, niż im płacisz. Nie chcę już nigdy mieć kogoś takiego przy moich dzieciach. Kosztowało mnie mnóstwo wysiłku, żeby usunąć zdjęcia moich dzieci i te bzdury wypisywane o mojej rodzinie, o moim udarze… Oskarżyli mojego męża o przemoc domową i śledzili Romea na każdym kroku. To nie był łatwy okres. — Wyznaje to z zaciśniętą szczęką, z rozpalonymi policzkami, wciąż wściekła na tamto, co się stało.
Jestem w szoku i czuję obrzydzenie, a jednocześnie złość w jej imieniu. Nigdy nie rozumiałam potrzeby publikowania w internecie zdjęć dzieci. Media społecznościowe i internet to szalone miejsca, a dzieci to nasza odpowiedzialność — musimy je chronić.
— Wiem, że nie narazisz moich dzieci, bo ty też masz rodzeństwo. Masz wielkie serce i poczucie odpowiedzialności. Nie byłoby mnie tu, gdybym cię nie potrzebowała. Wpasujesz się w personel i w naszą rodzinę. Dzieci mogą nie polubić cię od razu, ale z czasem na pewno. I jesteś też niezwykle inteligentna, Milly. Przypominasz mi mnie samą sprzed lat i chcę pomóc ci spełnić twoje wielkie marzenia. Jestem gotowa podnieść stawkę do sześciu tysięcy tygodniowo. — Składa propozycję, a ja marszczę brwi, już mam odmówić, ale ona mówi dalej.
— Nie musisz się martwić moim synem. Siedzi na górze. Sypialnie dzieci są na dole. Nie musisz z nim wchodzić w interakcje, tylko jeśli będzie to konieczne, a to zdarza się rzadko. Po prostu go ignoruj, tak jak on ignorował ciebie. Udawaj, że nie istnieje. I tak rzadko bywa w domu, a ja dam mu znać, że jego koledzy ze szkoły i jego dziewczyna nie mają wstępu do naszego domu w dającej się przewidzieć przyszłości, więc nie musisz się martwić, Milly. Zajmę się tobą. — Zapewnia mnie szczerze, uśmiechając się, a w kącikach oczu pojawiają jej się zmarszczki.
Język mam jak z ołowiu, a w głowie pustkę.
— Sześć tysięcy tygodniowo to za dużo. Wolałabym wrócić do naszego poprzedniego ustalenia: cztery tysiące tygodniowo. — Mówię z galopującym sercem.
Kiwa głową. — Dobrze. Kai powiedział mi, że masz zepsuty telefon, więc pozwoliłam sobie kupić ci nowy. Pomoże ci go skonfigurować, żebyśmy mogły normalnie się kontaktować.
— D-dziękuję. Muszę… muszę p-porozmawiać z mamą. — Jąkam się, a w uszach mi dzwoni.
— Nie musisz ze mną rozmawiać, Milly. — Mama podchodzi do nas. Słyszała wszystko. — Decyzja należy do ciebie, kochanie.
Obie patrzą na mnie, a ja kiwam głową, bo co tu mówić, jeśli nie „tak”. — Będę dla pani pracować, pani Sinclair.
— Mów mi Rose. Będziemy najlepszymi przyjaciółkami. — Chichocze i mnie przytula.
Jestem zaskoczona, ale wtulam się w jej ciepło.
— A może Milly pozna dziś trojaczki, żeby jutro mogła zacząć? — proponuje Kai, wchodząc do pokoju i pakując sobie do ust ciastka.
— Och, to byłoby wspaniałe. — Mama przytakuje, a ja powoli kiwam głową; wszystko dzieje się za szybko.
