Popioły Niewinności

Pobierz <Popioły Niewinności> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 5: Spotkanie klas

Po wyjściu z Nadleśnictwa musiałam zmierzyć się z prawdą. Alan mnie zrobił w konia, co do tego nie było żadnych wątpliwości.

Odkąd go poznałam, nigdy mnie nie okłamał. Ani razu.

Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłam go rozwalonego na kanapie z książką w ręku. Podbiegłam, cwaniacko się skradając, i powiedziałam:

– No dawaj, syp się. Masz gdzieś schowaną kasę? Chodź, przepuścimy to na jakąś wypasioną kolację, a resztę sobie znowu zakopiesz.

Alan zamknął książkę i się roześmiał:

– Po co miałbym chować pieniądze? Przecież dobrze nam się wiedzie.

Nie bardzo miałam jak z tym dyskutować. Potem mnie przytulił i powiedział:

– Nigdy cię nie okłamię.

– A czemu niby? – dopytałam dla zabawy.

Alan uniósł brew, objął mnie ramieniem i powiedział:

– Byłaś prokuratorką w Srebrnojeziornym, teraz jesteś naczelną „Przeglądu Prawniczego”. Jakbym cię okłamał, to od razu powinienem się sam zgłosić na dołek i liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary.

Gdyby młode dziewczyny z redakcji to usłyszały, pewnie stwierdziłyby, że jestem tylko zakochaną po uszy babą, co przytakuje każdemu słowu swojego faceta. Ale gdyby wiedziały, że chodzi o Alana, uwierzyłyby. Nie dlatego, że jestem ich szefową, tylko dlatego, że znały Alana.

Moja studentka, Zoey Taylor, kiedyś powiedziała:

– Pani Smith, jeśli jest na świecie choć jeden facet, któremu można zaufać, to jest nim pani mąż.

Więc mu ufałam. Nawet jeśli Alan mnie oszukał, to musiało być dlatego, że z czymś walczył, z czymś się mierzył. Nie dlatego, że chciał przede mną coś ukryć. Tyle że nie miałam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.

Kiedy wychodziłam z Nadleśnictwa, byłam przekonana, że już tu nie wrócę.

To został mi taki nawyk z prokuratury. Zawsze gdy kończyłam oględziny albo jakieś przesłuchanie, zatrzymywałam się jeszcze na chwilę w drzwiach i nasłuchiwałam, o czym się mówi w środku.

Po tym jak Henry powiedział Johnowi o zabójstwie Alana, nie usłyszałam żadnej reakcji.

Nic dziwnego. Nie cierpiałam takich biurowych gierek, które zabijały efektywność i sprawiały, że tacy ludzie jak Alan odwalali masę nikomu niepotrzebnej roboty.

Zadzwonił mój telefon. Szef.

– Nancy, moje kondolencje. Tak dużo osiągnęłaś i naprawdę podziwiam Alana za to, że był tym facetem, który stał za twoim sukcesem. – To było jego pierwsze zdanie, w typowym dla niego, bezpośrednim stylu.

Potem ciągnął dalej:

– Po pierwsze, daję ci dwa miesiące wolnego z potrójną pensją, w hołdzie dla Alana i jako wyraz moich kondolencji dla ciebie. Po drugie, jeśli chodzi o sprawę Alana – jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować, masz do dyspozycji całą firmę. Jako twój szef, to minimum, co mogę zrobić.

Poczułam, jak robi mi się cieplej na sercu. To był jeden z nielicznych momentów ulgi, odkąd poprzedniego wieczoru wszystko się zawaliło. Powiedziałam:

– Szefie, chcę sama poprowadzić to postępowanie.

– Dobra, działaj – zgodził się bez wahania.

Kontynuowałam:

– Potrzebuję, żeby pan wykorzystał swoje kontakty w archiwum osobowym studentów Uniwersytetu Srebrnojeziornego i pomógł mi zdobyć namiary na trzy osoby.

– Wyślij mi ich nazwiska i wszystko, co o nich masz, a odezwę się jeszcze przed południem.

– Dobrze.

Zanim się rozłączył, zawahał się na moment i westchnął:

– Nancy, trzymaj się.

Zaskoczyło mnie to, ale odpowiedziałam:

– Dobrze.

Poza Laurą, trójkę przyjaciół Alana widziałam tylko kilka razy, ale Alan często o nich wspominał, więc zapamiętałam ich imiona i kierunki studiów.

Wysłałam więc szefowi takie informacje:

[Mike Anderson, mężczyzna, Uniwersytet Srebrnojeziorny, absolwent filologii angielskiej na Wydziale Anglistyki Uniwersytetu Srebrnojeziornego]

[Bob Moore, mężczyzna, absolwent kierunku aktorstwo na Wydziale Sztuk Uniwersytetu Srebrnojeziornego]

[Frank Thomas, mężczyzna, absolwent kierunku zarządzanie na Wydziale Ekonomii i Zarządzania Uniwersytetu Srebrnojeziornego.]

[Wszyscy byli z tego samego rocznika i należeli do uczelnianego koła operowego.]

Żeby nie pomylić ich z ludźmi o tych samych nazwiskach, wysłałam mu ich wspólne zdjęcie z czasów studiów Alana i poleciłam, żeby wysłał kogoś zaufanego na uczelnię, żeby porównał je na miejscu, zamiast rozsyłać fotkę na uniwersytet.

Zanim fakty się wyjaśnią, wszelkie powiązane informacje musiały zostać w wąskim gronie. Dla prokuratora czy śledczego to kluczowe, żeby trzymać wrażliwe dane jak najbliżej siebie i minimalizować ryzyko komplikacji.

Szef szybko odpisał:

[Okej, pojadę osobiście. Wydaje mi się, że znam Franka, ale nie mam pewności, czy to ten sam. Zaraz wsiadam w auto i jadę na uczelnię. Nie przyklepałem jeszcze przydziału stażystów z Uniwersytetu Srebrnojeziornego do firmy, więc nie powinno być trudno.]

Spojrzałam na zegarek. Było trochę po dziesiątej. Prawie w ogóle nie spałam w nocy, a mój umysł działał na najwyższych obrotach. Pojechałam do pobliskiej kawiarni, żeby chwilę odetchnąć i poukładać sobie wszystko w głowie.

Łącząc informacje od Josepha z tym, co ustaliłam w Nadleśnictwie, zaczęłam składać wszystko w całość, kawałek po kawałku, na podstawie tych skromnych danych, które miałam.

Byłam pewna, że Alan skłamał.

Wyszedł z pracy wczoraj o czasie. Nadleśnictwo zamykali o osiemnastej, więc po pracy miał masę wolnego. Mógł najpierw wpaść do restauracji „Serene”, a potem do klubu „True Love”, albo od razu pojechać prosto do „True Love Entertainment Club”.

Teraz musiałam sprawdzić drugą część informacji od Josepha: nikt na miejscu nie znał Alana.

Jeśli to, co mówił Joseph, było prawdą, to ten cały zjazd klasowy mógł się w ogóle nie odbyć, a wszystko mogło dotyczyć tylko Alana i Laury. Ale jeśli coś ukrywał, to ci ludzie mogli być bezpośrednio powiązani ze śmiercią Alana.

Mimo to coś mi tu nie grało. Nawet jeśli ich tam nie było, to przy ich relacjach na pewno mieli jakieś pojęcie o tym, dlaczego Laura chciała zabić Alana.

Najpierw musiałam wykluczyć zbrodnię w afekcie.

Według Alana, Laura była kiedyś wielką gwiazdą w kole teatralnym. Ładna, charyzmatyczna, świetnie grała – nic dziwnego, że przyciągała adoratorów. Alan, jako dobry kolega, często pomagał przy pisaniu liścików miłosnych, ale sam nigdy nie miał wobec niej romantycznych zamiarów.

Na studiach słyszałam o Laurze sporo plotek od dziewczyn. Rzeczywiście była kimś, ale bez przesady można powiedzieć, że była kokietką. Nocne nieobecności to była norma, a krążyły jeszcze gorsze pogłoski. Nie drążyłam tematu ze względu na Alana.

Spór na tle finansowym był jeszcze mniej prawdopodobny. Laura na uczelni szastała pieniędzmi i nigdy nie wyglądało, jakby jej ich brakowało.

To w takim razie o co chodziło? Nie potrafiłam tego rozgryźć.

Prawdę mówiąc, miałam do Laury żal. W końcu zabiła mojego męża. Ale w państwie prawa została już zatrzymana jako podejrzana. Jeśli to ona była winna, przy tak okrutnym sposobie działania i tak złym oddźwięku społecznym nie było mowy o dożywociu w zawieszeniu. To musiałby być wyrok śmierci.

A jednak Alan kiedyś powiedział: „Ludzie przychodzą na ten świat nie tylko po to, żeby się urodzić i umrzeć, ale po te wszystkie ‘dlaczego’, którymi wypełniają długi czas pomiędzy narodzinami a śmiercią”.

Nagle telefon zawibrował – przyszedł ciąg wiadomości od szefa.

[Mike, 34 lata, lektor angielskiego w kolegium w Mieście Harmonia. Numer telefonu: XXX]

[Bob, 35 lat, aktor w zespole teatralnym w Mieście Cień. Numer telefonu: XXX]

[Frank, 34 lata, ten sam, którego znam, menedżer w zagranicznej firmie w Mieście Srebrny Blask. Numer telefonu: XXX]

Podziękowałam mu i zaczęłam dzwonić po kolei.

Na pierwszy ogień poszedł Mike. Miasto Harmonia leży na południu, gospodarczo szału tam nie ma. Zadzwoniłam, ktoś odebrał dość szybko. Głos miał zaspany, jakby dopiero co oderwał się od poduszki.

– Halo, kto mówi?

– Cześć, Mike? Tu Nancy. Pamiętasz mnie jeszcze?

Zapadła chwilowa cisza, potem jego głos nagle się ożywił:

– Nancy! No co tam? Maluch już na świecie?

Na wspomnienie dziecka musiałam połknąć narastający ból.

– Jeszcze nie… Chciałam cię o coś zapytać. Alan odzywał się do ciebie ostatnio?

Mike odpowiedział:

– Nie, od dawna się nie kontaktował. Zero telefonów, zero wiadomości na Facebooku. A czemu o niego pytasz? Pokłóciliście się i Alan dał nogę? On ma swój charakterek, nie bierz wszystkiego do siebie.

– Nie – powiedziałam.

Po kilku zdaniach zwykłej gadki-szmatki zakończyłam rozmowę. Z jego tonu wynikało jasno, że Alan się do niego ostatnio nie odzywał.

Wciąż podejrzliwa, zadzwoniłam do Boba. Odebrała kobieta, wyraźnie spięta, pewnie przez nieznany numer. Jej głos był trochę opryskliwy:

– Kto mówi i czego pani chce od mojego chłopaka?

Wyjaśniłam:

– Chciałam zapytać o mojego męża, Alana. Pojechał służbowo do Miasta Cień. Jego kolega Bob też tam jest, więc zadzwoniłam do niego. Czy widziała pani, żeby się spotkali?

– Nie, nie widziałam. Bob dopiero co poszedł spać i przez ostatnie dni był cały czas ze mną – odparła. A potem dodała z przejęciem, jak dobra koleżanka z osiedla: – Proszę pani, na facetów trzeba mieć oko. Nie można wierzyć we wszystko, co mówią.

– Dobrze, dziękuję – odpowiedziałam i rozłączyłam się.

Ostatni telefon, do Franka, odebrała jego sekretarka. Powiedziała, że jest na wyjeździe służbowym i jak trzeba, można spróbować później.

Żaden z nich nie dostał od Alana żadnego sygnału ani nie kręcił się w tamtej okolicy, co znaczyło, że zjazd klasowy, o którym mówił Alan, w ogóle się nie odbył.

Poczułam się trochę zagubiona. Wszystkie tropy sprzed tragedii kończyły się ślepą uliczką. A jednak coś mi wciąż nie pasowało. To było jak uzupełnianie luk w teście – myśli dopiero zaczynały się łączyć w jakieś sensowne kształty.

Pozostawało mi tylko czekać na jutrzejszą rozprawę, żeby zdobyć więcej informacji i w końcu zrozumieć, co tak naprawdę robił Alan.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział