Rozdział 3: Józef
Kiedy w końcu wyszłam z komisariatu, było już po pierwszej w nocy.
W czasach szkoły ciągle zarywałam noce, a następnego dnia chodziłam jak zombie. Ale odkąd zaczęłam chodzić z Alanem, ogarnęłam się. On miał żelazny plan dnia — spać o 22:00, pobudka punkt 5:00.
Nagle przypomniał mi się dzień, kiedy Alan mi się oświadczył.
Tego dnia powiedział: „Poranne wstawanie daje taki szczególny rodzaj satysfakcji. Człowiek czuje spokój przed świtem, widzi, jak noc zamienia się w dzień i w tej chwili nagle rozumie, że życie jest w gruncie rzeczy proste. Tak żyć codziennie — to już wystarczy”.
Potem się uśmiechnął, zawahał na moment i dodał: „Ale dla mnie to wszystko nie było kompletne, dopóki cię nie poznałem. Dopiero ty domknęłaś mi życie”.
Kiedy to powiedział, wyciągnął pierścionek, uklęknął przede mną na jedno kolano i się oświadczył.
Co za kiczowate oświadczyny! Śmiałam się tak bardzo, że prawie się przewróciłam.
Alan delikatnie mnie objął i powiedział: „Ty jesteś cyrklem, a ja ołówkiem. Bez ciebie tylko bym bazgrał bez sensu, nigdy by z tego nie wyszło idealne koło”.
Później opowiedziałam o wszystkim tacie. Mój tata, który całe życie siedział w projektowaniu architektonicznym i ciągle rysował cyrklem, strasznie się wkurzył i zapytał, czemu po prostu nie wyjdę za mąż za cyrkiel i budzik.
Ale teraz to już wszystko było przeszłością. Moje życie znów stało się niepełne. Nieważne, jak wcześnie bym wstawała ani jak późno bym siedziała po nocach, jego już nigdy nie zobaczę.
Błąkałam się w zimną, jesienną noc, nie chcąc wzywać taksówki ani do nikogo dzwonić.
Była późna jesień, a Alan dopiero wczoraj wspominał, że trzeba zapłacić za ogrzewanie.
Nienawidził zimna. Z podłogówką w zimie w domu było zawsze jak w saunie. Ja chodziłam w krótkim rękawie, a Alan i tak siedział wyprostowany w grubych piżamach.
Często się z niego nabijałam, że tyle na siebie pakuje, a on tylko się uśmiechał, wciągał mnie na kanapę, przytulał mocno i mówił, że to jest „zimowy klimat”. On kochał ciepło; ciepło dawało mu poczucie bezpieczeństwa, szczególnie wtedy, gdy byłam obok. Dla niego byłam słońcem.
Kiedy to słyszałam, prychałam i śmiałam się.
Alan się wtedy peszył, policzki mu się rumieniły, drapał się po głowie i jąkał: „No wiesz… jak jesteś, to zima już mi nie straszna”.
Teraz przyszła zima i dotarło do mnie, że Alan był kompasem i słońcem mojego życia.
Nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem.
Nie wiedziałam, jak mam wrócić do tego zimnego domu bez niego i zachować spokój. Całe moje „przygotowanie psychiczne” rozpadło się w pył. Na ulicy po pierwszej w nocy skuliłam się w rogu, krucha jak suchy jesienny liść na wietrze, niezdolna znieść czegokolwiek więcej.
Nie wiem, ile czasu minęło, zanim usłyszałam obok czyjeś westchnienie.
Byłam zmęczona płaczem i w tym otępieniu tliła się we mnie jakaś głupia, nierealna nadzieja. Zerwałam się gwałtownie i zobaczyłam koronera, który wcześniej twierdził, że mnie zna.
Miał na sobie prochowiec, stał przede mną w milczeniu. Gdy uniosłam głowę, na jego twarzy pojawił się bolesny grymas, rysy mu stężały. Po dłuższej chwili skinął mi na powitanie i powiedział:
— Pani Smith… proszę przyjąć wyrazy współczucia.
Myśli wirowały mi w głowie, nie rozumiałam, czemu znowu powtarza to samo.
Widząc moje zaczerwienione, zagubione oczy, uśmiechnął się gorzko i zapytał:
— Pani Smith, naprawdę mnie pani nie poznaje?
Przyjrzałam mu się uważnie. Był mniej więcej wzrostu Alana, około metr osiemdziesiąt, krótkie włosy, broda. Twarz miał lekko okrągłą, ale w rysach było coś łagodnego, co zdradzało, że w młodości musiał być całkiem przystojny, z taką trochę androgyniczną urodą.
— Czy pan… jest Joseph Davis? — zapytałam.
Nagle przypomniał mi się pewien śliczny chłopak z wydziału prawa na Uniwersytecie Silverlight, który uwielbiał grać role kobiece. Był wielką gwiazdą w klubie operowym. W tamtych czasach miał długie włosy i często brano go za dziewczynę. Zdarzało się, że jacyś kolesie podrywali go przez pomyłkę, robiąc niezłą aferę.
Na ostatnim roku byłam już blisko z Alanem, który był dramatopisarzem w klubie operowym. Mimo że był zawalony obowiązkami związanymi z obroną i dyplomem, od czasu do czasu wpadał na przedstawienia i bardzo cenił umiejętności aktorskie Josepha. Kilka razy powtarzał mi, że Joseph jest utalentowany i że jeszcze będzie z niego wielka gwiazda klubu.
– Tak, to ja. Dowiedziałem się o tym dopiero kilka godzin temu. Zobaczyć ciało... – oczy Josepha ściemniały, urwał w pół zdania. – Po sekcji poszedłem do łazienki i się popłakałem. Alan był wtedy dla mnie naprawdę dobry, dużo mnie nauczył.
Wyciągnął papierosa, odpalił go, zaciągnął się głęboko i zachrypniętym głosem powiedział:
– Chociaż mieszkaliśmy w tym samym mieście, po studiach ani razu się nie spotkaliśmy. Nigdy bym nie pomyślał, że nasze „spotkanie po latach” będzie wyglądało w ten sposób...
Po tym, jak wcześniej wyrzuciłam z siebie całą rozpacz, zrobiło mi się trochę lżej. Powoli wracałam do mojej zwykłej, chłodnej rozsądnością wersji. Kiwnęłam głową i cicho powiedziałam:
– Joseph, wiem, że śmierć Alana dla ciebie też jest ciężka. Uspokójmy się. Nie sądzę, żebyś przyszedł tu tylko po to, żeby mnie pocieszać.
Wpatrywałam się w niego uważnie. Skoro tu był, to albo był to zbieg okoliczności, albo mnie śledził. Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się to, że według niego po ukończeniu studiów przez dziesięć lat w ogóle nie mieliśmy kontaktu. Zwykłe pocieszanie nie było potrzebne, przynajmniej nie na tym etapie. Więc skoro został, to musiał mieć mi coś do powiedzenia.
Joseph spojrzał na mnie z podziwem, chyba nie spodziewając się, że tak szybko się pozbieram.
– Pani Smith, pani reputacja w prokuraturze jest w pełni zasłużona – powiedział z szacunkiem. – Słyszałem, jak wspominała pani panu Williamsowi z prokuratury, że Alan pojechał na zjazd klasowy?
Przytaknęłam. Alan od kilku dni wspominał o kilku bliskich znajomych z czasów studiów, którzy wszyscy mieli wrócić do Silverlight City. Mówił, że nie widzieli się od lat i chcą się porządnie spotkać.
– Jest jakiś problem? – zapytałam, wyczuwając, że coś tu nie gra.
Joseph zmarszczył brwi i powiedział:
– Podczas sekcji słyszałem, jak dwóch detektywów rozmawiało o sprawie. Według nich żaden ze świadków na miejscu zdarzenia go nie znał. Innymi słowy, wygląda na to, że Alan był tam sam.
– Co? – nie byłam w stanie przetrawić tych informacji.
„Co to ma znaczyć? – pomyślałam. – A co z pozostałą trójką? To znaczy, że w ogóle nie było żadnego zjazdu? To o czym Alan mówił przez ostatnie dni? Miałby mnie okłamać? Nie, ufam mu.”
Nagle coś do mnie dotarło. „Po co Alan w ogóle miałby iść do Entertainment Club? Przecież on jest typowym domatorem, solidnym, poukładanym człowiekiem. Jak wychodzi coś zjeść, to zwykle wybiera tańsze knajpy, chyba że idzie ze mną. Jest taki cichy, kocha książki i nie cierpi hałaśliwych miejsc. Jeśli spotyka się ze znajomymi, zawsze wybiera najspokojniejszą salkę w restauracji albo woli kawiarnię. Jakim cudem miałby się wybrać do tak ekskluzywnego lokalu, i to akurat do tego, który uchodzi za najbardziej elitarny klub biznesowo-rozrywkowy w mieście? I jeszcze jedno – według tego, co powiedział Joseph, wszyscy świadkowie na miejscu zbrodni twierdzili, że go nie znają. To co z tym zjazdem, o którym mówił?”
