Rozdział 2: Sekcja zwłok
O 22:30 zamówiłam przez aplikację przejazd pod komisariat.
Nie pojechałam autem, bałam się, że po drodze kompletnie się rozsypię. Musiałam zachować możliwie trzeźwy umysł.
Jazda zajęła jakieś pół godziny. Cały czas przewijałam ostatnie logi z Messengera, ale nic nie wyglądało podejrzanie.
Alan: „Nancy, zjedz dzisiaj sama kolację. Zamówiłem ci coś z tej knajpy obok naszego bloku. Powinno być koło 19:00.”
Alan: „Nancy, od wieków nie widziałem się z kumplami z uczelni. Chcę trochę z nimi nadrobić. Jak pomyślę o studiach, to był istny rollercoaster. Poznanie ciebie to była najlepsza rzecz w całym moim życiu.”
Na tym rozmowa na Facebooku się urywała. Zero dalszych wiadomości.
Z neurologicznego punktu widzenia, gdy człowiek zderza się z niewyobrażalnym cierpieniem, mózg sam włącza mechanizm obronny. Otępia emocje, żeby psychika nie rozpadła się pod naporem skrajnego stresu.
Próbowałam wypchnąć przeszłość z głowy. Nie myśleć o sobie jak o żonie Alana, tylko jak o pracowniczce wymiaru sprawiedliwości, która ma zachować zimną krew i dojść do prawdy.
Ale w tej chwili po prostu nie byłam w stanie.
Szybko założyłam okulary przeciwsłoneczne, odwróciłam głowę i przycisnęłam dłonie do ust, żeby przytłumić szloch. Kierowca nie mógł zobaczyć w lusterku, że ryczę. Byłam silną kobietą, żoną Alana i prawniczką. W pół godziny musiałam się pozbierać na tyle, żeby porządnie to wszystko zbadać.
Płacząc, myślałam: „Muszę się dowiedzieć, co się stało Alanowi. Dlaczego musiał przez to przejść? Podpadł komuś? Kto mógłby żywić do niego taką nienawiść? Przecież to absurd. Na studiach chodziliśmy do tej samej uczelni. Nie byliśmy wtedy razem, ale parę razy widzieliśmy się w kole naukowym. Alan był uczciwy, pracowity. Może jakaś wendetta w rodzinie? Niemożliwe. Alan jest sierotą, wychował się w domu dziecka. Rodziców nawet z twarzy nie zna. Skąd miałby mieć rodzinne porachunki?”
Wtedy przypomniałam sobie tamto zdjęcie. Wszystkie moje wątpliwości zaczęły krążyć wokół Laury.
Otworzyłam zdjęcie, które Alan kiedyś wrzucił. Była to grupowa fotka pięciu osób z czasów studiów. Laura stała pośrodku, uśmiechnięta, z palcami ułożonymi w znak V. Alan i reszta otaczali ją z obu stron, młodzi, pełni życia.
Alan mówił, że to były najlepsze lata jego młodości. Nie mogłam pojąć, jak spotkanie po latach z najbliższymi przyjaciółmi mogło zamienić się w morderstwo. I to z jednym z jego najlepszych kumpli w roli podejrzanego.
Samochód zdążył już zatrzymać się pod komisariatem. Otrzeźwiałam, wysiadłam i od razu weszłam do prosektorium.
Czekało na mnie dwóch policjantów i lekarz medycyny sądowej. Lekarz wyglądał na dość młodego, a policjanci coś z nim omawiali, trzymając w rękach papiery.
Kiedy mnie zobaczyli, funkcjonariusze rzucili parę słów otuchy. Lekarz sądowy zdjął maseczkę. Miał młodą twarz, góra trzydziestka na karku.
Powiedział:
– Pani Smith, bardzo mi przykro. To musiał być dla pani ogromny cios.
Wyglądało na to, że mnie zna, co nie było niczym dziwnym – w prokuraturze często miałam do czynienia z biegłymi z medycyny sądowej.
Kiwnęłam głową i powiedziałam:
– Proszę mówić wprost. Dam sobie radę.
Lekarz kontynuował:
– Ciało jest mocno zwęglone, co bardzo utrudnia badania DNA. Narządy wewnętrzne są poważnie zniszczone, przez co diagnostyka jest problematyczna. Sam wynik DNA nie może służyć jako bezpośredni dowód, ale przejrzeliśmy dane klientów z prywatnego pokoju w tym Klubie Rozrywki i kilku osób już wykluczyliśmy. Proszę spojrzeć…
Wyjął z teczki zalakowany woreczek strunowy z pierścionkiem w środku.
Serce mi zamarło. Wzięłam głęboki oddech i odruchowo dotknęłam takiego samego pierścionka na swoim prawym palcu.
– Pani Smith… – zawahał się lekarz.
Gardło miałam tak zaciśnięte, że nie mogłam wykrztusić ani słowa. Obraz przed oczami mi się rozmył, a w środku zrobiło się nagle pusto, jakby całą mnie wypełnił już tylko głos Alana. Udało mi się wycedzić:
– Rozumiem. Dziękuję za pańską pracę.
Zacisnęłam powieki, powstrzymując łzy, próbując się nie rozsypać. Głos może i trochę mi się wcześniej załamał, ale naprawdę starałam się trzymać się rozsądku.
Dodałam:
– Jak tylko sprawa się zakończy, proszę mi zwrócić pierścionek. Jeśli będzie potrzebna jakaś współpraca z mojej strony, proszę dać znać. Jestem cały czas do dyspozycji.
Znałam procedury karne i odezwałam się nie po to, żeby popisywać się profesjonalizmem. Po prostu nie chciałam słyszeć już nic więcej.
Wzięłam głęboki oddech, wyciągnęłam telefon, otworzyłam kontakty i zadzwoniłam do Leonarda Williamsa, zastępcy prokuratora okręgowego do spraw karnych, mojego byłego szefa. Nie chciałam wykonywać tego telefonu, ale dla Alana nie miałam wyboru.
Połączenie zostało odebrane i przywitałam się:
– Leonard, tu Nancy.
Leonard odpowiedział:
– Nancy, nie spodziewałem się, że zadzwonisz. Wiem, co się stało. Kiedy brałaś ślub...
Co znaczyło „nie spodziewałem się”? Nie było opcji, żeby nie wiedział o tak poważnej sprawie karnej. Znając go, był przygotowany na ten telefon od dłuższego czasu.
Ucięłam mu:
– To jest poważna sprawa karna, wymagająca specjalnego trybu. Jestem pewna, że wasz wydział ds. przestępczości i ekipa śledcza już na tym siedzą. Skoro ja sama wiem aż tyle, to co dopiero ty. Nie kręć. Na pewno masz już wstępne akta. Jeśli prokuratura zadziała szybko, pierwszy termin rozprawy będzie za kilka dni. Chyba nie zamierzasz czekać do wyroku, żeby potem pocieszyć mnie jakimś letnim orzeczeniem? Tego właśnie nie chcę!
Potem powiedziałam już całkiem poważnie:
– Jestem rodziną ofiary i adwokatem z uprawnieniami. Mam prawo być karnym pełnomocnikiem Alana, ale cała procedura jest zbyt uciążliwa. Chcę poznać szczegóły akt. Wiem, że formalnie nie mogę mieć do nich dostępu, ale chcę je zobaczyć. Albo ty możesz mi powiedzieć, co w nich jest. Ty je na pewno już przeglądałeś.
Nie chciałam słyszeć żadnych wymówek, z góry zablokowałam wszystkie jego możliwe wykręty. Chciałam poznać prawdę i wiedzieć, dlaczego Alan zginął!
Po drugiej stronie zapadła cisza. Dopiero po dłuższej chwili Leonard odezwał się:
– Z tego, co wiemy, to jest typowa sprawa podpalenia połączonego z zabójstwem. Sposób działania sprawcy był wyjątkowo okrutny. Nawet przy moim wieloletnim doświadczeniu prokuratorskim ciężko mi na to patrzeć. A ofiarą jest…
Przerwałam mu:
– Do sedna. Oszczędź mi tych urzędowych formułek. Nie jestem świeżakiem. Sama potrafię to sobie poskładać. Mów: kto jest świadkiem, jakie są zeznania, czas i miejsce popełnienia czynu.
Leonard odezwał się stanowczo, a jego głos, nabrzmiały prokuratorskim autorytetem, aż dudnił w słuchawce:
– Nancy, rozumiem, co czujesz. Sam cię szkoliłem. Doskonale znam twój charakter. I chociaż odeszłaś z prokuratury, proszę cię, zaufaj w tej sprawie wymiarowi sprawiedliwości, który prokuratura reprezentuje!
Tego nie negowałam, ale też nie zamierzałam odpuścić. Nie odpowiedziałam na te słowa, tylko od razu zapytałam:
– Alan poszedł na zjazd klasowy. Laura wygląda na główną podejrzaną. A pozostała trójka? To świadkowie czy też podejrzani? Co dokładnie robili i mówili w tym czasie? Czy w sąsiednich lożach byli ludzie? Gdzie była obsługa Klubu Rozrywki?
W moim głosie pobrzmiewała desperacja; kompletnie zapomniałam, z kim rozmawiam. Chciałam tylko więcej informacji. Sama miałam wyciągnąć wnioski!
– Bez komentarza! – Leonard wyraźnie się zdenerwował.
– Czy mogę być na pierwszej rozprawie jako rodzina ofiary? – prawie wykrzyczałam, dając upust emocjom, aż podskoczył lekarz medycyny sądowej i policjanci stojący obok mnie. Z moich słów już wiedzieli, do kogo dzwonię.
Leonard powiedział:
– Zastosuj się do procedury, wtedy będziesz mogła wejść. Materiał dowodowy jest jasny, informacje są wystarczające. Rozprawa odbędzie się pojutrze po południu. Wszystko, co chcesz wiedzieć, usłyszysz na sali sądowej.
Słysząc to, rozłączyłam się.
