Pod Teksańskim Niebem

Pobierz <Pod Teksańskim Niebem> za darmo!

POBIERZ

Coś jak dom

Następny tydzień był pełen drobiazgów, które wcale nie wydawały się drobne.

Dustin uczył Jordyn prowadzić stary traktor — kiepsko — i przy tym śmiali się bez przerwy. Ona załatała dziurę w kurniku, a on trzymał deskę, żeby się nie ruszała. Pozwolił jej wybierać muzykę w radiu w pick-upie, nawet kiedy uparła się na ciche, niezależne folkowe piosenki, od których miał ochotę przyciągnąć ją do siebie.

Pewnego popołudnia letnia burza nadciągnęła błyskawicznie. Rzucili się, żeby schować narzędzia z podwórza do stodoły, i zanim dotarli na ganek, byli kompletnie przemoczeni.

Jordyn stała tam ociekając wodą, z rozpalonymi policzkami, oddychając ciężko. Dustin podał jej ręcznik i parsknął śmiechem.

— Wyglądasz jak utopiony kociak.

Zmrużyła oczy, ale w tym spojrzeniu coś iskrzyło. — Uważaj, Walker. Gryzę.

— Nie boję się lekkiego ugryzienia.

Te słowa zawisły między nimi. Naładowane. Elektryczne.

Jej wyraz twarzy złagodniał. — Powinieneś.

Wtedy, po raz pierwszy, uśmiechnęła się — naprawdę. Krótko, niepewnie, ale jednak. A Dustin wiedział bez cienia wątpliwości, że będzie czekał całe życie, żeby zobaczyć ten uśmiech znowu.

Burza przeszła szybko, zostawiając po sobie zapach mokrej ziemi i spokojną, rozciągniętą ciszę. Dustin podał Jordyn spraną bluzę z kapturem, która ją dosłownie pochłonęła, i usiedli w otwartych drzwiach stodoły, patrząc, jak ostatnie krople spadają z okapu.

Mała dziewczynka przebiegła przez błotnistą drogę, a jej gumowce chlapały, gdy wyhamowała przy ogrodzeniu.

— Dusty! — zawołała. — Babcia powiedziała, że mogę przynieść muffinki, jak nie wejdę na pastwisko!

Jordyn mrugnęła, gdy Dustin wstał i pomachał. — To Ellie. Wnuczka sąsiadów. Myśli, że tu rządzi.

Ellie wspięła się na bramę jak zawodowiec, trzymając w jednej ręce plastikowy pojemnik Tupperware. Jej kręcone włosy tworzyły puszystą aureolę, a brakujący przedni ząb sprawiał, że uśmiechała się jeszcze szerzej.

— Cześć — powiedziała do Jordyn, zupełnie bez skrępowania. — Jesteś tą ładną dziewczyną z baru. Widziałam, jak w zeszłym tygodniu wylałaś mleczny koktajl na tego zrzędliwego pana.

Jordyn poczerwieniała. Dustin z trudem powstrzymał śmiech.

Ellie podała muffinki, wciąż ciepłe, z kawałkami czekolady roztapiającymi się na brzegach. — Pomagałam je piec. Możesz wziąć największą.

Jordyn spojrzała na Dustina. — Ona zawsze jest taka czarująca?

— Powstrzymuje się. Poczekaj, aż zacznie pytać, czy jesteśmy małżeństwem.

I rzeczywiście, Ellie przechyliła głowę. — Jesteście?

Zanim Jordyn zdążyła wydukać odpowiedź, Dustin delikatnie szturchnął dziewczynkę. — A może pójdziesz sprawdzić, co u Hazel? Tęskni za tobą.

Ellie pognała w podskokach. Jordyn patrzyła za nią, a jej serce zrobiło w piersi coś dziwnego.

— Ona jest… nieustraszona.

— Większość dzieci taka jest. Dopóki świat nie nauczy ich, żeby przestały.

Jordyn nie odpowiedziała od razu. Po chwili powiedziała:

— Moja młodsza siostra kiedyś też taka była. Sadie. Zakładała sukienkę księżniczki do kowbojek i próbowała walczyć z naszym bratem plastikowym mieczem.

— Jesteś z nią blisko?

— Byłam. Zanim wyjechałam. Teraz prawie nie rozmawiamy. Nie jest bezpiecznie, kiedy ojciec jest w pobliżu.

W spojrzeniu Dustina było coś kojąco stałego — jakby nie próbował tego naprawić, tylko po prostu trzymał to razem z nią.

— Myślałaś kiedyś, żeby wrócić? — zapytał łagodnie.

Naciągnęła mocniej bluzę z kapturem.

— Każdego pieprzonego dnia.

-----

Później w tym tygodniu

Maisie Carter oparła się o ladę, wycierając wyszczerbiony kubek powolnymi, wyćwiczonymi ruchami.

— Znowu przypalasz tosty, kochanie — zawołała.

— Wcale nie… — Jordyn spojrzała w dół. Z tostera buchnął dym. — No dobra.

Maisie skinęła głową w stronę boksu w rogu.

— Twój żołnierzyk wrócił.

Jordyn nie musiała patrzeć. Poczuła to w kręgosłupie — ciepłe i niepokojące.

Maisie podała jej szklankę lemoniady.

— Nie pozwól, żeby dobry facet ci się wymknął tylko dlatego, że ktoś inny złamał cię pierwszy.

Jordyn uniosła wzrok, zaskoczona.

— Ja nie… skąd… skąd wiedziałaś?

Maisie uśmiechnęła się blado.

— Swój swego pozna.

Zanim Jordyn zdążyła powiedzieć coś więcej, zadźwięczał dzwonek nad drzwiami i do środka wmaszerował Travis Delgado, przyjaciel Dustina z dzieciństwa — w poplamionym smarem kombinezonie i w okularach przeciwsłonecznych, mimo że byli w środku.

— A więc to ty jesteś tajemniczym płomykiem Dusty’ego — rzucił z szerokim uśmiechem. — Zdążył ci już nawijać do ucha o słupkach ogrodzeniowych i częściach do traktora?

— Nie zwracaj na niego uwagi — powiedział Dustin, wstając; wyglądał na wyraźnie zawstydzonego. — W dzieciństwie upuścili go na głowę.

— Dwa razy — dodał Travis wesoło. — Ale i tak rozpoznaję iskrę, kiedy ją widzę.

Jordyn parsknęła, wbrew sobie.

— A ja rozpoznaję mechanika, który potrzebuje prysznica.

Przerzucanie się docinkami przychodziło łatwo. Było… prawie przyjemne. I to niepokoiło ją bardziej niż jakiekolwiek groźby.

Kiedy wszyscy rozeszli się w swoje strony, Dustin odprowadził Jordyn do tylnych schodów prowadzących do jej pokoju nad barem.

Zatrzymał się na moment, po czym powiedział:

— Masz ładny śmiech, Jordyn.

Spojrzała na niego z ukosa.

— Nie przyzwyczajaj się.

Ale też temu nie zaprzeczyła.

Pochylił się i pocałował ją w czoło, a potem odwrócił się i ruszył w stronę swojego pickupa. Gdy wsiadał do auta, puścił do niej oczko i powiedział:

— Do jutra.

Patrzyła, jak cofa i odjeżdża, a serce waliło jej w piersi. Z westchnieniem odwróciła się, weszła po schodach i na noc schowała się w środku.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział