Pod Teksańskim Niebem

Pobierz <Pod Teksańskim Niebem> za darmo!

POBIERZ

Rzeczy, które się nie psują

Jordyn stała w drzwiach stodoły, patrząc, jak na zardzewiałych zawiasach zbierają się krople deszczu. Chmury nadciągnęły szybko… nagle, gwałtownie, z hukiem. Gdzieś w pobliżu grzbietu wzgórza trzasnął piorun, ale konie były spokojne, schronione i suche. Bezpieczniejsze, niż ona się czuła.

Dustin był na strychu, przerzucał bele siana, układając je w równiejszy, czystszy stos. Słyszała miękkie łupnięcia słomy i od czasu do czasu skrzypienie starego drewna pod jego butami.

— Ty w ogóle kiedyś odpoczywasz? — zawołała w górę, krzyżując ramiona, żeby osłonić się przed chłodem.

Jego twarz pojawiła się nad barierką, uśmiechnięta. — Odpoczywam, kiedy stodoła przestaje przeciekać.

Parsknęła, choć nie chciała. — A potrafisz coś naprawić, nie robiąc z tego metafory?

Zaśmiał się i zszedł po drabinie, zatrzymując się, by spojrzeć jej w oczy.

— Chyba lubię rzeczy, które są popsute — powiedział po prostu.

Spięła się. — Nie rób tego.

— Czego?

— Nie zachowuj się, jakbym była jedną z nich. Jakbym potrzebowała naprawy.

Jego twarz spoważniała. — Nie to miałem na myśli.

Zapadła cisza. Szum deszczu przycichł.

Odwróciła się, niepewna, co bardziej każe jej uciekać: jego słowa czy to, jak bardzo chciała w nie uwierzyć.

Dustin podszedł powoli. Nie dotykał. Po prostu był obok.

— Nie uważam, że jesteś popsuta, Jordyn. Uważam, że zostałaś zraniona. To nie to samo.

Nie odpowiedziała. Gardło znów miała ściśnięte. Słowa były zbyt blisko powierzchni.

On ciągnął dalej: — Jesteś silna. Mądra. Szybko stajesz w obronie ludzi. Pracujesz ciężej niż ktokolwiek, kogo poznałem. Ale czasem mam wrażenie, że w głowie budujesz drogi ucieczki, kiedy ja stoję tuż obok ciebie.

Wstrzymała oddech.

— Nie mam ci tego za złe — dodał łagodnie. — Już kiedyś musiałaś uciekać. Rozumiem to. Po prostu… mam nadzieję, że nie uciekniesz przede mną.

Coś w jej piersi się skręciło. Wybuchła złość — nie na niego, tylko na siebie. Za to, że go pragnie. Za to, że życzy sobie, Boże, ma nadzieję, że on jest prawdziwy.

— W tym właśnie problem, Dustin — powiedziała ledwie głośniej niż deszcz. — Jesteś dokładnie takim człowiekiem, w którym mogłabym się zakochać. I to przeraża mnie jak diabli.

Spojrzał na nią wtedy… jakby była jedyną osobą na świecie. Bez uśmiechu. Po prostu ją widział.

— Masz prawo się bać — powiedział. — Ale jutro też tu będę.

Odwróciła się, mrugając szybko.

Później, kiedy deszcz ustał, a ostatnie narzędzia były już pochowane, Jordyn zatrzymała się przy ciężarówce.

— Dzięki… za dzisiaj — powiedziała.

Skinął głową. — Zawsze.

Wsiadła do auta, przekręciła kluczyk… ale nie odjechała.

Jeszcze nie.

Po prostu siedziała, wpatrując się przez przednią szybę, próbując zdecydować, któremu głosowi w swojej głowie zaufać.

-----

W barze było cicho w popołudniowym zastoju, słychać było tylko buczenie wentylatora i brzęk sztućców w zlewie. Jordyn wycierała ladę powoli, metodycznymi ruchami, myślami będąc daleko od lokalu.

Maisie Carter stała przy gablocie z ciastami, z rękami na biodrach, lustrując prawie pustą półkę.

— Znowu skończyło się cytrynowe — mruknęła. — Ten facet je, jakbym próbowała go utuczyć na rzeź.

Jordyn uniosła wzrok. — Dustin?

— A kto inny? — Maisie odwróciła się, przewracając oczami z czułością. — Chłopak ma serce za duże jak na własne dobro. I apetyt, który mu dorównuje.

Jordyn uśmiechnęła się lekko, po czym odwróciła wzrok. Maisie nie przeoczyła tego mignięcia.

— Wy dwoje się kłócicie czy flirtujecie? — zapytała Maisie, wycierając ręce w wyblakły kuchenny ręcznik.

— Ani jedno, ani drugie — odparła Jordyn zbyt szybko.

Maisie przysunęła stołek za ladę i usiadła z cichym westchnieniem. — Wiesz, przypominasz mi mnie samą, kiedy pierwszy raz przyjechałam do Willow Creek.

Jordyn uniosła brew. – Naprawdę?

– Mhm. Wściekła. Zmęczona. Dość złośliwa, żeby nie dopuścić nikogo zbyt blisko. Poza tym głupcem z faceta, który uznał, że jestem warta zachodu.

Maisie oparła łokcie o blat. – Kiedyś myślałam, że miłość to słabość. Że wpuszczenie kogoś do środka to po prostu zaproszenie na kolejną bliznę. Ale to nie jest słabość, kochanie. To odwaga. Taka, która pojawia się w cichych chwilach. Jak wtedy, gdy ktoś widzi, że się wzdrygasz, i nie odwraca wzroku.

Dłonie Jordyn znieruchomiały na ścierce.

Głos Maisie złagodniał. – Dustin to taki, co zostaje. Nie jest idealny, ale jest szczery. I cierpliwy. I Bóg mi świadkiem, patrzy na ciebie, jakbyś zawiesiła na niebie księżyc.

– Nie wiem, jak to się robi – przyznała cicho Jordyn.

Maisie skinęła głową. – No jasne, że nie wiesz. Nikt nie wie na początku. Miłość to nie coś, z czym się rodzisz i już umiesz. To coś, czego się uczysz. Jedna decyzja na raz.

Wyciągnęła rękę i położyła pomarszczoną dłoń delikatnie na dłoni Jordyn.

– Przetrwałaś rzeczy, przez które nikt nie powinien musieć przechodzić. Ale nie musisz przetrwać miłości, Jordyn. Musisz tylko pozwolić jej do siebie dotrzeć.

Łzy napłynęły Jordyn do oczu, zanim zdążyła je powstrzymać, więc szybko odwróciła wzrok.

Maisie nie zwróciła na to uwagi. Po prostu wstała, obeszła ladę i przyciągnęła Jordyn do miękkiego, ciepłego uścisku pachnącego cynamonem, mąką i bezpieczeństwem.

Po raz pierwszy w życiu Jordyn pozwoliła sobie płakać w czyichś ramionach.

A tej nocy, kiedy wróciła do domu, znów rozłożyła karteczkę od Dustina, wygładzając zagięcia.

Jeśli kiedyś zechcesz zobaczyć gwiazdy bez tych wszystkich neonów po drodze,

znam miejsce. —D

Tym razem się uśmiechnęła.

-----

Następnej nocy świat zdawał się wstrzymać oddech.

Dustin zawiózł Jordyn na tylne pastwisko, żeby sprawdzić uszkodzoną bramę. Okazało się, że to nic takiego, tylko poluzowany łańcuch, ale nie spieszyli się z wyjazdem.

Teraz siedzieli na pace jego pick-upa, zaparkowanego na skraju pola, a nad nimi rozciągało się szerokie, czyste niebo. Droga Mleczna była widoczna, rozlana po sklepieniu jak obietnica.

Jordyn leżała na plecach, z butami skrzyżowanymi w kostkach, a Dustin obok niej, z jedną ręką wsuniętą pod głowę. Ich palce się nie dotykały… ale były blisko. Bliżej, niż kiedykolwiek wcześniej.

– To to miejsce? – zapytała cicho. – Z tej karteczki?

Uśmiechnął się. – Tak. Mama przywoziła mnie tu, kiedy świat robił się zbyt głośny. Mówiła, że gwiazdy przypominają jej, jak małe są jej problemy.

Jordyn odwróciła głowę. – Brzmi jak ktoś, kogo bym polubiła.

– Ona też by cię polubiła.

Słowa zawisły w powietrzu, miękkie i pełne czci.

Jordyn przekręciła się na bok, podpierając na jednym łokciu. W świetle księżyca jej oczy były ciemne, ale otwarte i nieosłonięte w sposób, w jaki wcześniej nie były.

– Boję się – przyznała.

– Wiem – powiedział Dustin. – Ja też.

I jakoś… to wystarczyło.

Pochyliła się ku niemu… najpierw niepewnie, jakby spodziewała się, że coś pęknie albo się roztrzaska. Ale nic takiego się nie stało. Tylko jego oddech na jej wargach. Tylko cicha nieruchomość tuż przed pocałunkiem.

Potem skróciła ten dystans.

To nie były fajerwerki ani żar, ani rozpaczliwe dłonie… było powoli, ostrożnie i tak delikatnie, że niemal ją to rozbroiło. Jego dłoń odnalazła jej talię, pewna i stabilna, a ona pozwoliła sobie w to wpaść, jakby czekała na to całe życie.

Kiedy w końcu się od siebie odsunęli, oparła czoło o jego czoło.

– Nie sądziłam, że mogę tego chcieć – wyszeptała. – Ale chcę.

Uśmiechnął się, wciąż z zamkniętymi oczami. – To nie uciekaj.

– Nie ucieknę.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział