Ranczo
Mniej więcej tydzień później telefon Jordyn zawibrował na blacie na górze — nieznany numer.
Wpatrywała się w ekran. Pierwszy odruch kazał jej pozwolić, żeby dzwonił. Nieznane numery rzadko przynosiły dobre wieści.
Ale coś… może ciekawość, a może wspomnienie burzowo-niebieskich oczu i kubka kawy… sprawiło, że przesunęła palcem i odebrała.
— Halo?
— Hej, tu Dustin — odezwał się głos, niski i spokojny jak wytarta skóra. — Maisie wspomniała, że szukasz drugiej roboty. Przydałaby mi się pomoc na ranczu. Sprzątanie stajni, karmienie zwierząt, może jakaś robota przy ogrodzeniu. Nic wymyślnego. Jest tu cicho. Pomyślałem, że może ci się spodoba.
Nie odpowiedziała od razu.
Ludzie, którzy byli zbyt mili, zawsze mieli jakieś haczyki. Obietnice zwisały jak przynęta. Nauczyła się nie brać.
— Gotówka? — zapytała.
— Tak — odparł. — Bez papierów, bez pytań.
Żołądek Jordyn ścisnął się w supeł. Nie ufała temu. Nie ufała jemu. Ale potrzebowała pieniędzy.
A jeśli miała być szczera, potrzebowała też ciszy.
— O której? — zapytała.
— O świcie — powiedział. — Wyślę ci adres SMS-em.
Rozłączyła się, zanim zdążyła zmienić zdanie.
-----
Ranczo było starsze, niż wyglądało z drogi.
Dojazd ciągnął się długo, wśród duszącego kurzu, po obu stronach otoczony drewnianymi płotami i plackami słońcem spalanej trawy. Czerwona stodoła przechylała się lekko na jedną stronę, jakby wypuszczała powietrze po zbyt wielu latach trzymania się w pionie. Dalej, na pastwisku, leniwie pasły się konie i bydło, machając ogonami. Niedaleko skrzypiało wiatrakowe koło, obracając się powoli w porannym wietrze.
A przy bramie dopadł ją pies — utykał, jedno ucho miał klapnięte na bok — i podbiegł, merdając ogonem, jakby Jordyn była najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mu się przydarzyła.
— Hej, kolego — powiedziała cicho, kucając, żeby podrapać go po głowie. — Nie podniecaj się tak. Jestem tu tylko do roboty.
— Mówisz to tak, jakby to było coś złego.
Odwróciła się gwałtownie, zaskoczona.
Dustin stał kilka stóp dalej, jedną rękę opierał o drzwi stodoły, w drugiej trzymał kubek kawy. Miał na sobie przepoconą szarą koszulkę i dżinsy z dziurą na kolanie. Buty były wytarte. Przedramiona miał przybrudzone kurzem. Wyglądał jak ktoś, kto należy do tej ziemi — i jakby ona należała do niego.
— Dotarłaś — powiedział.
— Potrzebowałam kasy — odparła beznamiętnie.
Nawet nie drgnął. Po prostu skinął głową, jakby rozumiał.
— W porządku. Chodź. Oprowadzę cię.
-----
Dzień mijał powoli.
Pracowali ramię w ramię bez większych rozmów — tylko od czasu do czasu jakieś polecenie, cichy śmiech, kiedy spłoszyła kurę, i odgłos bel siana uderzających o ziemię. Dustin nie pytał o jej przeszłość. Nie pytał, czemu ręce lekko jej drżą, kiedy trzyma widły, ani czemu wzdryga się, gdy koń zarży zbyt głośno.
Po prostu podawał jej rękawice, kiedy robota tego wymagała. Pilnował, żeby piła wodę. Pokazywał, jak omijać miękkie miejsca w podłodze stodoły. Tłumaczył, jak podać jabłko, żeby nie dać sobie odgryźć palców.
W południe zapomniała, że miała się bać.
W środku popołudnia zapomniała, że podobno powinna być wściekła na cały świat.
O zachodzie słońca siedzieli na opuszczonej klapie jego pick-upa, dzieląc się szklanką słodkiej herbaty i słuchając cykad.
— Zawsze jesteś taki cichy? — zapytała.
Dustin wzruszył ramionami. — Tylko wtedy, gdy cisza mówi więcej, niż ja potrafię.
Wtedy na niego spojrzała.
Na kostkach miał drobne blizny i kilka na twarzy. Oczy, które wyglądały, jakby widziały za dużo — a mimo to postanowiły pozostać łagodne.
Serce Jordyn zabolało.
— Dzięki za dzisiaj — powiedziała, zaskakując samą siebie.
On tylko się uśmiechnął.
— Jestem w pobliżu, jeśli chcesz tego więcej.
Siedzieli jeszcze kilka minut w przyjaznej ciszy. Słońce opadło nisko, rzucając miękką, bursztynową poświatę na pola. Gdzieś w oddali koń zarżał, a wiatr zmienił kierunek, niosąc zapach kurzu i dzikich kwiatów.
Dustin wstał pierwszy, otrzepując ziemię z dżinsów.
— Zostawię zapalone światło w stodole, jeśli wrócisz jutro — rzucił swobodnie, jakby to nie było największe zaproszenie, jakie dostała od lat.
Jordyn skinęła głową. — Może.
Uśmiechnął się tym samym cichym uśmiechem — takim, który o nic nie prosił, a jednak oferował wszystko — i ruszył w stronę domu, a pies utykał obok niego.
Patrzyła, jak odchodzi.
Coś w jej piersi zacisnęło się dziwnie i boleśnie.
Nie chodziło tylko o to, że był miły. Ani o to, że niczego nie chciał w zamian. Chodziło o to, że — siedząc tam, pracując ramię w ramię, słuchając rytmu rancza — nie czuła się ciężarem.
Czuła się… normalnie.
Zauważona.
I przeraziło ją to do szpiku kości.
Jordyn zsunęła się z klapy, jej buty zachrzęściły na żwirze, i zanim wsiadła do samochodu, rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na ciemniejące niebo.
Nie wiedziała, czym to jest — cokolwiek zaczęło się między nimi rozchylać.
Ale jedno wiedziała na pewno.
Nie była gotowa.
Jeszcze nie.
