Pod Teksańskim Niebem

Pobierz <Pod Teksańskim Niebem> za darmo!

POBIERZ

Kawa i ciekawość

Mieszkanie nie było niczym szczególnym.

Jednopokojowa kawalerka nad barem, ze starymi drewnianymi podłogami, które skrzypiały w proteście, materacem na zardzewiałym metalowym stelażu, wąskim oknem wychodzącym na zaułek i aneksem kuchennym składającym się z kuchenki elektrycznej, wyszczerbionego zlewu i małej lodówki, która buczała głośniej niż neonowy szyld na dole.

Ale było jej. Na razie.

Tamtej pierwszej nocy Jordyn stanęła w progu, z torbą przewieszoną przez jedno ramię, i pozwoliła, by cisza osiadła wokół niej jak koc, o którym nie wiedziała, że go potrzebuje. Na suficie były zacieki, w rogu pojedynczej szyby okna biegło pęknięcie, a w ściany wsiąkł słaby zapach kawy — z lat parzenia jej na dole.

Mimo to w drzwiach był zamek.

I nikt nie krzyczał.

Upuściła torbę u stóp łóżka i usiadła powoli, sprawdzając materac. Trochę się zapadł, ale i tak był lepszy niż tylne siedzenie jej samochodu i ból kręgosłupa po zbyt wielu nocach spędzonych skulona w zimnie.

Łza chciała napłynąć do oka, ale mrugnęła i ją odgoniła.

Krok po kroku.

-----

Budzik zadzwonił o 5:15.

Jordyn związała włosy w niski kok i umyła twarz w maleńkiej umywalce w łazience. Wciągnęła czysty T-shirt i dżinsy, wdzięczna za fartuch, który Maisie zostawiła, wiszący na haczyku przy schodach. Jej buty były tymi samymi, znoszonymi, w których przyjechała — wciąż oblepione kurzem z jakiegoś odcinka drogi, który zostawiła za sobą.

Zbiegła po schodach do baru po dwa stopnie naraz; w powietrzu już gęstniał zapach świeżych biszkoptów i parzonej kawy.

Maisie stała za ladą, rozkładała sztućce i nuciła Patsy Cline.

— Jesteś wcześnie — powiedziała, nie podnosząc wzroku.

— Prawie nie spałam — przyznała Jordyn.

Maisie podała jej czystą ścierkę i skinęła głową w stronę boksów. — Zacznij przecierać menu. Miejscowi lubią narzekać, jak znajdą syrop przyklejony do tyłu.

Jordyn zabrała się do roboty, wdzięczna, że ma co zrobić z rękami.

O 6:03 zadźwięczał dzwonek nad drzwiami.

Wrócił.

Ten sam boks. Ta sama cicha obecność. Tyle że tym razem Jordyn naprawdę mu się przyjrzała.

Naprawdę.

Krótko ostrzyżone, brudny blond włosy — po bokach bardzo krótko, na górze trochę dłużej. Lodowoniebieskie oczy, niemal srebrne w porannym świetle, obramowane rzęsami zbyt długimi jak na faceta, który wyglądał, jakby potrafił gołymi rękami kruszyć cegły. Skóra opalona od słońca, przy kołnierzyku szarego T-shirtu muśnięta cienką warstewką potu, a jego ramiona…

Mrugnęła i szybko odwróciła wzrok.

Jego przedramiona były oplecione ścięgnami mięśni, przyprószone brudem i drobnymi zadrapaniami, jakby pracował, zanim większość ludzi w ogóle się obudziła. Tatuaże wiły się wzdłuż obu rąk — od dłoni aż po miejsce, gdzie znikały pod koszulką opiętą ciasno na bicepsach. Potrafiła rozpoznać konia i longhorna, może też imię jakiejś kobiety. Wyglądały tak, jakby każdy z nich niósł własną historię — taką, która nie przychodzi łatwo. Nie umiała nie czuć się nimi zaintrygowana.

Jordyn poprawiła fartuch i podeszła, trzymając w ręku dzbanek z kawą.

Podniósł wzrok. Oczy miał łagodne, zaciekawione.

— Dzień dobry — powiedział.

— Wróciłeś — wypuściła z siebie.

— Nie mogłem się trzymać z daleka — odparł z półuśmiechem. — Kawa jest niezła. Widok lepszy.

Zawahała się. To mogło być tekstem. Ale w jego głosie nie było nacisku — raczej zaproszenie.

— Kawa nadal dobra? — zapytała.

Uśmiechnął się. — Tylko jeśli to ty ją nalewasz.

Mrugnęła na ten flirt, niepewna, czy go uciąć, czy schować gdzieś głęboko. Jego ton był łagodny, nie nachalny. Droczenie się, ale z szacunkiem. Coś, co widziała w filmach, ale nigdy nie przeżyła.

Nalała kawy do kubka i cofnęła się o parę kroków, robiąc między nimi dystans.

Podniósł kubek — tak samo jak poprzedniego dnia — ale tym razem zauważyła, jakie ostrożne ma dłonie. Silne, ale nie nieuważne.

Odeszła, zanim zdążyła za dużo o nich myśleć.

Zza lady Maisie przyłapała ją na tym, że na niego patrzy.

Uśmieszek Maisie był niewielki, ale znaczący.

Jordyn skrzywiła się, a policzki jej zapłonęły.

Nie była tu po to. Nie była tu dla nikogo.

A jednak przez resztę zmiany czuła na sobie te lodowoniebieskie oczy.

Nie w sposób, który sprawiałby, że czuła się mała. Albo osaczona.

Tylko tak, jakby się liczyła.

A to było niebezpieczne.

Posprzątała jego stolik, kiedy wyszedł — kubek pusty, talerz czysty, ani okruszka tosta. Zostawił gotówkę, schludnie złożoną pod rachunkiem. Sięgnęła po nią…

I zamarła.

Tam, nabazgrane na odwrocie paragonu równym, starannym pismem, było dwanaście słów:

Jeśli kiedyś zechcesz zobaczyć gwiazdy bez tych wszystkich neonowych świateł po drodze,

znam miejsce. —D

Jordyn wpatrywała się w to, a serce dudniło jej w piersi.

To nie był tekst na podryw. Nawet o nic nie prosił.

To były po prostu… drzwi. Zostawione otwarte.

Powinna była to wyrzucić. Powinna była wepchnąć to do kosza razem z poplamionymi keczupem serwetkami i pustymi saszetkami po cukrze.

Ale nie zrobiła tego.

Złożyła karteczkę raz, potem jeszcze raz, i wsunęła ją do tylnej kieszeni dżinsów.

Tak na wszelki wypadek.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział