Półkrwista Luna

Pobierz <Półkrwista Luna> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 9

Z perspektywy Elli

Chodziłam nerwowo po pokoju, obgryzając paznokcie i zerkając na zegar na ścianie. Pokazywał 2:45 w nocy. Serce chciało mi wyskoczyć z piersi. W środku miałam mieszankę śmiertelnego strachu i ekscytacji.

Utrzymywałam pozory przy innych służących aż do pory snu. Nie pojawiły się żadne nowe wieści o rzekomym alfie. Plecy pulsowały mi bólem, ale odepchnęłam go od siebie, bo teraz nie było na niego miejsca. Nadeszła pora — musiałam wykonać ruch, albo to uciąć.

Nie było mowy, żebym to ucinała. Dziś w nocy albo przeżyję, albo zginę. Zatrzymałam się przy ścianie, w której ukryłam swoje 282 dolary. Wyjęłam pieniądze i wsunęłam je do przedniej kieszeni. Nie miałam pojęcia, na jak długo mi wystarczą, ale w tej chwili było to moje najmniejsze zmartwienie.

Miałam na sobie dwie koszulki z długim rękawem, bo o tej godzinie na zewnątrz panował przenikliwy chłód, sprane, zniszczone dżinsy i czapkę typu beanie naciągniętą na głowę, żeby zakryć włosy. Spojrzałam na swoje znoszone kapcie i westchnęłam. Potrzebowałam porządnych butów, żebym mogła biec z pełną prędkością, ale szczęście było przeciwko mnie.

W czasie, gdy czekałam, aż zegar pokaże właściwy moment, uczyłam się na pamięć mapy z tylnej kieszeni. Zamknęłam oczy i pomodliłam się ostatni raz, żeby chociaż tym jedynym razem wszystko poszło po mojej myśli. Otworzyłam drzwi i zamknęłam je za sobą, nie oglądając się.

Miałam do wykonania tylko dwa niewykonalne zadania — a potem ucieczka stanie się jak najbardziej możliwa. Po pierwsze musiałam znaleźć kompas w zbrojowni i wyznaczyć właściwą drogę do miasta. Na szczęście umiałam go odczytać.

Drugie zadanie było najtrudniejsze. Musiałam przemknąć obok strażników, niezauważona. Około połowa z nich to były czystej krwi. Wywęszyliby mój zapach, gdy tylko bym się do nich zbliżyła. Uznałam, że większa grupa będzie trzymać się ścieżki prowadzącej prosto do miasta. Dlatego zamierzałam wybrać dłuższą trasę. Miałam pomysł, jak ukryć swój zapach, i liczyłam, że zmyli ich trop.

Dotarłam do zbrojowni i otworzyłam drzwi tak cicho, jak tylko potrafiłam. W środku było ciemno, ale na szczęście pomieszczenie miało bardzo duże okna, które dawały mi jakąś orientację. Wiele razy byłam odpowiedzialna za sprzątanie zbrojowni, więc wiedziałam, gdzie co leży. Podeszłam prosto do drugiej szafy po lewej i ją otworzyłam. Od razu zobaczyłam kompas i go chwyciłam.

Już miałam zamknąć szafę, kiedy zauważyłam obok kompasu pęk małych, krótkich noży. Hm. Chyba przyda mi się każda pomoc, jaką mogę dostać. Wzięłam cztery i schowałam po dwa do każdej tylnej kieszeni. Oczywiście nigdy nie trenowałam — według alfy Greya nie było to konieczne. Byliśmy dla niego jednorazowi, więc po co mielibyśmy uczyć się bronić przed zagrożeniami z zewnątrz? Mimo wszystko mogłam ich potrzebować.

Wyszłam ze zbrojowni i zeszłam do kuchni. Były tam tylne drzwi prowadzące na zewnątrz. Powoli uchyliłam je odrobinę i wyjrzałam, sprawdzając, czy ktoś znajduje się w moim polu widzenia. Było pusto, więc wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi. Zimno uderzyło we mnie natychmiast, tak samo jak zapach lasu oddalonego o parę stóp. Padało przez cały poranek, więc ziemia była pokryta błotem. Dokładnie tego potrzebowałam. Przykucnęłam i pośpiesznie oblepiłam się błotem od stóp do głów. Kiedy skończyłam, nie dało się powiedzieć, co mam pod spodem. Nawet twarz miałam ubrudzoną. To było najlepsze, żeby ukryć mój zapach.

Wstałam i spojrzałam na kompas. Wskazywał w stronę frontu domu. Ale nie mogłam iść tamtędy; zamiast tego musiałam zrobić objazd przez las, aż minę strażników, a potem będę już miała czystą drogę, żeby ruszyć we właściwym kierunku. Wślizgnęłam się w gęstwinę, uważając, żeby nie nadepnąć na nic, co mogłoby trzasnąć. Oprócz silnego węchu wilkołaki czystej krwi — a nawet większość mieszańców — miały wrażliwy słuch.

Po dziesięciu minutach marszu przez las usłyszałam szepty gdzieś dalej, po prawej stronie. Skręciłam w lewo i co chwilę odwracałam głowę, sprawdzając, czy ktoś mnie nie zauważył. Minęło kolejne piętnaście minut bez żadnych alarmów; do tego czasu byłam spocona mimo przenikliwego zimna. Byłam dużo wyżej — gdy obejrzałam się w dół, widziałam światła patrolu zbyt daleko, żeby mogli usłyszeć mój bieg albo mnie wyczuć.

Ruszyłam biegiem, nie oglądając się ani razu. Bieg sprawiał cholernie dobrą przyjemność. Czułam się jak uwięzione zwierzę, które wreszcie wyłamało drzwi klatki i uciekło. Biegłam umiarkowanym tempem przez jakieś piętnaście minut. Byłam już głęboko w lesie. Kiedy zatrzymałam się, żeby trochę złapać oddech, nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który rozjaśnił mi twarz. To wszystko, udało mi się. Nie złapali mnie, przemknęłam obok strażników i byłam co najmniej trzydzieści minut od miasteczka. Uniosłam głowę, zasłoniłam oczy dłońmi i pozwoliłam, by uczucie wolności we mnie wsiąkło.

— Co ty tu robisz o tej porze? — głęboki męski głos sprawił, że prawie dostałam zawału.

Natychmiast otworzyłam oczy i odwróciłam się w prawo, w stronę mężczyzny. Był nagi. Nie to, że był nagi, przykuło moją uwagę. Tylko to, że skoro był nagi, musiał być wilkołakiem. Nigdy wcześniej go nie widziałam; nie żebym znała każdego członka mojej sfory, ale miałam przeczucie, że jest z watahy Crescent Moon. Panika zalała mi klatkę piersiową i poczułam, jak wszystko się zaciska. Coraz trudniej było mi oddychać.

Nie, nie, nie… Byłam tak blisko odzyskania wolności. Nie pozwolę, żeby ten facet mnie powstrzymał. Wpatrywał się we mnie zszokowany, od stóp do głów. Pewnie nie spodziewał się nikogo tak głęboko w lesie, kto wyglądałby, jakby właśnie wykąpał się w błotnym bajorze. Dało mi to szansę, żeby powoli cofnąć ręce za plecy i wydobyć trzy z czterech noży, które zabrałam z magazynu broni. Dwa noże trzymałam w prawej dłoni, jeden w lewej. Jeden ukryłam w kieszeni na wypadek, gdybym później go potrzebowała.

Musiałam zrobić to szybko, zanim ostrzeże innych, pomyślałam. Skoro byłam leworęczna, najpierw błyskawicznie rzuciłam nożami, które miałam w prawej dłoni.

Tak jak przypuszczałam, w ogóle się tego nie spodziewał. Niestety miałam fatalną celność. Zdołał je zablokować, nie dostając, ale tego się spodziewałam, bo byłam pewna, że w przeciwieństwie do mnie miał mnóstwo praktyki. Niecałą sekundę po tym, jak rzuciłam pierwszymi dwoma, posłałam trzeci, lewą ręką — i leciał prosto w niego. Nie miałam czasu martwić się tym, czy kogoś zabiję; to było albo zabić, albo zostać zabitą. Odwróciłam się i zaczęłam biec. Nie miałam pojęcia, czy go trafiłam, czy nie.

Biegłam teraz z całych sił. Wyciskałam z siebie każdy skrawek mocy, jakby od tego zależało moje życie. Nogi zaczynały mi drętwieć, a w klatce piersiowej pojawiał się ból, ale to zignorowałam. To wszystko nie będzie miało znaczenia, kiedy dotrę do miasta. Zmuszałam się, żeby pchać się dalej, coraz mocniej.

Po mniej więcej pięciu minutach moje stopy całkiem oderwały się od ziemi, gdy ktoś — albo coś — z prawej strony uderzyło we mnie. Lecieliśmy w powietrzu, a potem runęliśmy na ziemię, turlając się po sobie kilka razy, aż on znalazł się na mnie. Jego pazury na moich ramionach były o cale od wbicia się w ciało. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Miał głęboko niebieskie oczy i czarną sierść. Pięć sekund później na polanę, na której byliśmy, dołączyło jeszcze sześć innych wilków.

To koniec. Nie udało się, złapali mnie. Pewnie umrę za kilka minut. Jeden z wilków, które przybiegły, zaczął przemieniać się z powrotem w człowieka. Miał jasnobrązową sierść. Ku mojemu zaskoczeniu był to ten sam facet, którego właśnie próbowałam zabić.

Z jasnej strony: mój talent do rzucania nożami nie był aż tak beznadziejny. Zauważyłam głęboką ranę na jego ramieniu, zadaną moim ostatnim nożem — wciąż z niej krwawił. Miał na twarzy mordercze spojrzenie, najpewniej przez tę akcję z nożem. Mimo tego morderczego wyrazu, jaki mi posyłał, był piękny — nawet ja, która nienawidzi całej ludzkości, musiałam to przyznać. Był wysoki, opalony i umięśniony. Wyglądał na dwadzieścia kilka lat. Miał piwne oczy, w których nie potrafiłam rozstrzygnąć, czy są zielone, czy jasnobrązowe. Miał potargane, długie włosy w popielatym blondzie; sięgały czubków jego ramion.

– Przemień się z powrotem, Joseph – rozkazał ranny facet.

Joseph okazał się wilkiem, który siedział na mnie. Zszedł ze mnie, a potem zaczął zmieniać się z powrotem w człowieka. Ja wciąż byłam sparaliżowana na ziemi tam, gdzie upadłam, ledwo łapiąc oddech. Był starszy, pewnie po czterdziestce. Miał najpiękniejsze, głębokie błękitne oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Włosy miał dość krótkie, czarne, z odrobiną siwizny. Patrzył na mnie dziwnie. Pochylił się trochę i wyciągnął rękę w moją stronę. Wzdrygnęłam się i odruchowo zasłoniłam twarz rękami, jakbym miała zaraz dostać w policzek. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Nie chciałem cię skrzywdzić, mała. Chciałem ci pomóc wstać – powiedział łagodnym głosem, który wcale nie pasował do sytuacji, w jakiej teraz byłam.

Odmówiłam jego „pomocy” i podniosłam się sama. Odsunął się odrobinę, dając mi trochę przestrzeni. Wodziłam wzrokiem między nimi oboma, przerażona na śmierć.

Obaj byli oczywiście nadzy. Nie żebym naprawdę się tym przejmowała – nawet nie chciało mi się opuszczać wzroku; skupiałam się na ich twarzach. Ten, którego zraniłam nożem, ewidentnie wciąż kipiał ze złości, ale patrzył na moje włosy, a nie na twarz.

Podczas wcześniejszego zderzenia z Josephem czapka zsunęła mi się z głowy i teraz włosy miałam wszędzie.

– Jak masz na imię, mała? – zapytał Joseph spokojnie.

– Ella. – Odwróciłam ku niemu głowę i odpowiedziałam niechętnie.

– Ile masz lat, Ella?

– Siedemnaście.

Zwęził lekko oczy.

– Twoi rodzice wiedzą, co wyprawiasz o tej porze?

– Nie mam nikogo. Jestem służącą w pack house – odpowiedziałam szczerze. Nie było sensu ukrywać, kim jestem.

Wyglądał na trochę zasmuconego, czego się nie spodziewałam. Pewnie źle to odczytałam.

– No dobrze, Ella. Nie wiesz, że nie wolno ci opuszczać stada bez pozwolenia alfy? – zapytał.

– Moja alfa zginęła dziś rano. Nie mam alfy – odparłam z wyzwaniem w głosie.

Wyglądał, jakby rozbawiła go moja odpowiedź, po czym powiedział:

– W takim razie musisz wiedzieć, że kiedy alfa zostaje zabity przez inną alfę, ta alfa, która go zabiła, zostaje nową alfą stada.

– On jeszcze nie jest moją alfą. Nie podporządkowałam mu się – odburknęłam.

– Mimo wszystko jest twoją alfą, z podporządkowaniem albo bez. Nie możesz opuścić stada, jeśli ci na to nie pozwoli – odpowiedział Joseph ostrożnie, po czym dodał: – I na twoim miejscu uważałbym teraz na to, co mówię o alfie, biorąc pod uwagę, że właśnie próbowałaś zabić go nożem.

Skinął głową w stronę rannego faceta.

Nie. Kurwa. Ma. Mowy.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział