Rozdział 1 Niepewny poranek
Perspektywa Olivii
Stojąc przed lustrem, przyglądałam się swojemu odbiciu. Policzki miałam lekko zaróżowione, co nadawało mojej twarzy miękki, młodzieńczy wygląd. Moje ciało układało się w krągłościach, które nie pasowały do szczupłego, wyrzeźbionego ideału, jaki czciła moja rodzina. Biodra miałam pełne, brzuch miękki, a uda ocierały się o siebie, kiedy przenosiłam ciężar z nogi na nogę.
Każda część mnie przypominała mi, jak bardzo nie pasuję do wąskiego wyobrażenia piękna, jakie narzucała wataha.
Związałam złote włosy w schludny kok i włożyłam długą spódnicę oraz prostą, znoszoną koszulkę. Niezbyt strój kogoś, kto nie może się doczekać ceremonii łączenia w pary. Ale dawno temu nauczyłam się nie oczekiwać zbyt wiele. Ubierałam się tak jak zawsze — jak ktoś, kto przygotowuje się na rozczarowanie.
— Olivia, gdzie ty jesteś? Rusz swój tłusty tyłek na dół, natychmiast! — wrzasnęła moja matka na cały głos z jadalni. Wypuściłam z siebie bezradny uśmiech, po czym wybiegłam z pokoju, po drodze niemal się potykając. Zeszłam na dół do jadalni, gdzie moja rzekoma rodzina już siedziała.
Obok mamy siedziała Sophia, moja młodsza siostra — bezcenny klejnot rodziny i słynna diwa watahy. Ojciec, jak zwykle, zajmował miejsce na czele stołu, z twarzą zastygłą jak kamienna rzeźba, a matka siedziała dumnie u jego boku.
— Taka gruba, a wciąż leniwa — zakpiła Sophia, ale zignorowałam ją i usiadłam na końcu stołu.
— Powinnaś rozważyć pomijanie posiłków i ćwiczenia — powiedziała moja matka, popijając kawę. — Może wtedy zrzucisz trochę tego nadmiaru tłuszczu.
Sophia zachichotała cicho.
— Jakby to miało pomóc.
— Przynajmniej powinna spróbować — ciągnęła matka. — Zamiast cały czas jeść i się obijać.
Odwróciła się do Sophii, odstawiła filiżankę kawy i ujęła jej dłonie.
— Gdyby była choć w połowie tak dobra jak ty, nie miałabym żadnych zmartwień. Ale dzięki Bogu mam ciebie — dodała, z twarzą pełną radości i uśmiechów.
Sophia uśmiechnęła się z wyższością.
— Ona może tylko marzyć, żeby być w połowie tak dobra jak ja. Nawet odrobina pewności siebie sprawiłaby, że nie dałoby się z nią wytrzymać wśród watahy.
Moje rzekomo silne serce zabolało od ich okrutnych słów. Jest szczególny rodzaj bólu, który rodzi się wtedy, gdy wyśmiewa cię własna rodzina. Przełknęłam go i w ciszy nałożyłam sobie na talerz naleśnik i tosta.
— Ceremonia łączenia w pary jest za kilka godzin i mam nadzieję, że nie ośmieszysz mnie przed całą watahą — oznajmił ojciec, patrząc na mnie po raz pierwszy, odkąd zeszłam na dół.
Jego twarz wciąż była lodowato chłodna, z lekkim grymasem, kiedy się do mnie zwracał. Potem odwrócił się do Sophii i uśmiechnął.
— Wierzę, że sprawisz, iż będę dumny, i zostaniesz następną Luną tej watahy, kiedy w końcu połączysz się w parę ze swoim chłopakiem, Damienem — powiedział.
Sophia uśmiechnęła się nieśmiało.
— Tatusiu, przestań. Damien i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Ale jej mowa ciała mówiła co innego.
— Nie przejmuj się nią. Wiem, że ona i Damien stworzyliby wspaniałą wilczą parę — dorzuciła mama, promieniejąc dumą i uśmiechem.
Spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam w nich ogromną miłość i czułą troskę matki — taką, której nigdy nie okazała wobec mnie. Gdyby tylko potrafili traktować mnie jak normalnego człowieka, byłabym zadowolona.
— Jeśli nie zamierzasz jeść, to wyjdź. Przestań bawić się jedzeniem — chłodny głos ojca wyrwał mnie z myśli.
Powstrzymując łzy, wzięłam kolejny kęs naleśnika. Kiedy nie byłam już w stanie zmusić się do jedzenia, wstałam i spróbowałam odejść od stołu, ale ojciec zawołał mnie z powrotem.
— Dopilnuj, żebyś była porządnie ubrana na ceremonię. Wychodzimy po kolacji — warknął, a w jego tonie pobrzmiewała irytacja.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, matka prychnęła.
— Och, daj jej spokój, kochanie. Nie widzę takiej potrzeby. Nie sądzę, żeby ktokolwiek się z nią połączył w parę, a nawet jeśli, to wierzę, że ją odrzuci. Więc żeby nie ośmieszała naszej rodziny, radziłabym w ogóle się nią nie przejmować.
Matka zakpiła, a łzy, które powstrzymywałam, popłynęły mi po policzkach.
—Ooo, czy moja siostra płacze? Jak wzruszająco — zakpiła Sophia. — Proszę, nigdy nikomu nie mów, że jesteś moją siostrą, a już na pewno że jesteś z tej rodziny. Nie sądzę, żebyśmy produkowali tłuste świnie — dodała z figlarnym uśmiechem na twarzy.
Nie mogąc dłużej znieść ich docinków, wyszłam z jadalni i wpadłam na górę do swojego pokoju. W środku osunęłam się na podłogę, oparłam plecy o ścianę i przyciągnęłam kolana do piersi. Niepowstrzymane łzy spływały mi po policzkach, a całe ciało trzęsło się z bólu. Myślałam, że zniosę każdą obelgę, że jestem silna i potrafię wytrzymać każdy cios i każdy ból, ale coś takiego, wypowiedziane przez moją rodzinę — jedyną grupę ludzi, która powinna mnie kochać i chronić — było czymś, czego nie umiałam znieść.
—W porządku. Weź się w garść. Musimy być na ceremonii łączenia w pary. Kończy nam się czas — odezwała się moja wilczyca.
Spojrzałam na zegar. Została jedna godzina.
—Mam dobre przeczucia co do ceremonii łączenia w pary — powiedziała w mojej głowie moja wilczyca, Lucy, z pewnością w głosie.
—Na pewno? — zapytałam sceptycznie, wycierając twarz grzbietem dłoni.
—Tak. Czuję, że Bogini Księżyca szykuje dla nas coś wyjątkowego — łut szczęścia.
Na tę myśl na mojej twarzy pojawił się nikły uśmiech. Ceremonia łączenia w pary odbywała się tylko raz na pięć lat. Wszystkie wilki, które osiągnęły dojrzałość — osiemnaście lat lub więcej — brały udział w rytuale, by połączyć się ze swoimi przeznaczonymi partnerami, jeśli ci byli obecni.
Byłam spięta, pełna wątpliwości i przerażona. A jeśli nie mam partnera? Albo gorzej — jeśli mój partner odrzuci mnie w chwili, gdy tylko mnie zobaczy? A jeśli mój partner okaże się wyrzutkiem? A jeśli będzie kimś złowrogim?
—Przestań w siebie wątpić, Olivia. Każdy miałby szczęście, mając cię przy sobie — skarciła mnie łagodnie Lucy, ale prychnęłam. Po prostu próbowała poprawić mi humor i nie mogłam powiedzieć, żeby to naprawdę działało.
—Wstawaj, Olivia. Musimy iść — ponagliła mnie moja wilczyca.
Niechętnie podniosłam się, ścierając z twarzy ostatnie ślady łez, i podeszłam do szafy. Nie miałam nastroju, żeby się stroić, ale słowa Lucy wciąż odbijały mi się echem w głowie — Bogini Księżyca szykuje dla nas coś wyjątkowego. Mimo ciężaru w piersi chciałam jej uwierzyć, choćby ten jeden raz.
Wyciągnęłam prostą, zwiewną białą sukienkę — taką, która nie była ani zbyt obcisła, ani zbyt wyzywająca. Zakrywała moje kształty w skromny sposób i opadała do kolan. Kiedy ją włożyłam, znów spojrzałam w lustro. Patrzyły na mnie opuchnięte oczy, ale musiałam iść dalej, mimo wszystko. Szybko nałożyłam lekki makijaż, żeby ukryć ślady płaczu, zaczesałam włosy w gładki kok i wzięłam głęboki oddech.
To wszystko. Bez względu na to, co dziś się wydarzy, poradzisz sobie. Zmierzę się ze wszystkim, co stanie mi na drodze, spokojnie i z jasnym umysłem — powiedziałam sobie, próbując zahartować nerwy i emocje.
Zeszłam po schodach; w domu panowała upiorna cisza. Rodzice i Sophia już wyszli. Nie byłam zaskoczona. Pewnie pojechali, nawet nie fatygując się, żeby mi powiedzieć, a mama najpewniej wolałaby, żebym w ogóle się nie pojawiła i nie zawstydziła jej wśród tych kilku znajomych, którzy wiedzieli o moim istnieniu. Tak było od zawsze — jakbym w ogóle dla nich nie istniała.
Chwyciłam małą torebkę i wyszłam z domu, czując, jak chłodna wieczorna bryza uderza w skórę, aż lekko zadrżałam. Droga na teren ceremonii nie była daleka, więc postanowiłam iść pieszo. Każdy krok ciążył, ale wciąż przypominałam sobie, że ta ceremonia niczego nie zmieni, a ja nadal będę silna — dla samej siebie.
