Rozdział 6
Perspektywa Eleanor
Sala szpitalna pachniała środkiem odkażającym i kłamstwami.
Isabella krążyła przy oknie, z telefonem przyciśniętym do ucha, a jej głos był ostry jak szkło.
— Zadzwoniłam pod 911. Ale twój brat nie… — urwała w pół zdania, a dłoń poleciała jej do ust.
Zastygłam.
— Nie wezwał karetki — te słowa smakowały jak popiół. — Prawda?
Isabella odwróciła się, spięta w ramionach. Dłoń mamy zacisnęła się na mojej, jej uścisk był rozpaczliwy, ale nie powiedziała nic. Cisza była wystarczającą odpowiedzią.
— Myślał, że udaję. — Wpatrywałam się w sufit, w jarzeniówki, które nagle wydały się zbyt jasne. — Zostawił mnie nieprzytomną na podłodze, bo Selena wróciła, a mój wstrząs mózgu był po prostu… niewygodny.
Głos mamy zadrżał.
— Eleanor…
— Proszę, zabierzcie mnie do domu. — Nie mogłam znieść ani sekundy dłużej, patrząc, jak próbują go bronić. — Nie chcę, żeby mnie tu widział. Nie chcę patrzeć, jak odgrywa troskę, której nie czuje.
W samochodzie kazałam im obiecać.
— Nie wtrącajcie się do mojego małżeństwa. To ja mam je zakończyć. — Dotknęłam opatrunku na skroni. — Kiedy stan taty się ustabilizuje, kiedy stypendium Sebastiana zostanie przyznane — wtedy odejdę. Bez awantur. Ostatecznie.
Dłoń mamy zacisnęła się na mojej.
— Nie powinnaś cierpieć przez nas.
— Nie cierpię przez was. Wybieram odpowiedni moment. — Kłamstwo przychodziło mi teraz łatwo. — To różnica.
Zostały do wieczora — mama gotowała zupę, której nie potrafiłam zjeść, Isabella pod nosem mamrotała groźby pod adresem swojego brata. Kiedy w końcu przekonałam je, żeby wyszły, cisza wpadła do środka i wypełniła całą przestrzeń.
Poszłam do głównej łazienki i zobaczyłam swoje odbicie — blada skóra, zabandażowana skroń, oczy starsze, niż powinny. Sięgnęłam po kryształową szklankę Tiffany na blacie, tę zrobioną na zamówienie na naszą pierwszą rocznicę. Dwie twarze wytrawione w szkle — rzadki uśmiech Arthura, moja głowa na jego ramieniu.
Przypomniałam sobie, jak płakałam godzinami, żeby przekonać go do używania tych szklanek. W końcu się zgodził, po czym nigdy nie tknął swojej.
— Bo dla niego nigdy nie było „nas” — wyszeptałam.
Szklanka wysunęła mi się z palców. Uderzyła o marmur krystalicznym trzaskiem, rozpryskując się na niezliczone odłamki, a ten dźwięk był jak otwierające się we mnie drzwi. Zamaszystym ruchem zmietłam wszystko z blatu — druga, pasująca szklanka roztrzaskała się, świece Diptyque runęły, a za nimi jego nieotwarty zestaw do golenia Hermès. Zerwałam ze ściany zdjęcie ślubne, zniszczyłam wszystko, co udawało, że budujemy coś razem.
— Dlaczego to trzymałam? — Mój głos odbił się echem od marmuru. — Dlaczego udawałam, że kiedykolwiek byliśmy szczęśliwi?
Śmiech zaczął się gdzieś w mojej piersi — gorzki, połamany, przechodzący w szloch. Stałam w ruinach swojego małżeństwa, śmiejąc się i płacząc, aż przestałam rozróżniać, co jest czym.
W końcu wściekłość się wypaliła. Osunęłam się przy wannie, otoczona odłamkami kryształu i rozbitymi marzeniami. Zimne płytki przycisnęły się do mojego policzka, kiedy zamknęłam oczy, a łzy popłynęły swobodnie.
To jest moje małżeństwo. Nie do naprawienia. Poza możliwością odbudowy.
Nie wiem, jak długo tam leżałam. Wystarczająco długo, by płytki wyssały ze mnie całe ciepło. Wystarczająco długo, by łzy ustały. Wystarczająco długo, by usłyszeć, jak otwierają się drzwi wejściowe, jego kroki na korytarzu, cichy pomruk jego głosu — miękki, czuły, kierowany do kogoś, kto nie był mną.
— Słuchaj lekarza. Zostań jeszcze kilka dni. — Pauza. — Jak wyjdziesz, zabiorę ciebie i małego Jacka do Central Parku.
Drzwi łazienki się otworzyły. Trzymałam oczy zamknięte, zbyt wyczerpana, by się poruszyć.
— Eleanor?
Jego dłoń dotknęła mojego ramienia. Zmusiłam się, by otworzyć oczy — puste, nieobecne. Łzy spływały bezgłośnie po skroniach.
Sprawdził mi temperaturę, wyczuwając, że jestem lodowata. Jego głos pozostał rzeczowy, podszyty wyrzutem.
— Nawet jeśli jesteś nieszczęśliwa, nie możesz tak narażać swojego zdrowia. Wiesz, jakie niebezpieczne jest wychłodzenie?
Nie odpowiedziałam. Po prostu dalej płakałam tymi cichymi, niekończącymi się łzami. Myśli, że robię sobie krzywdę dla uwagi. Nigdy nie zrozumie… ja po prostu jestem tak strasznie zmęczona.
Zaniósł mnie do łóżka, a potem usłyszałam, jak sprząta łazienkę — zamiata roztrzaskany kryształ, rozbite marzenia. Kiedy wrócił, usiadł na brzegu materaca.
— Wiem, że jesteś teraz emocjonalnie niestabilna. Ale musimy się uspokoić i porozmawiać racjonalnie.
Miałam do niego odwrócone plecy. — O czym mamy rozmawiać? O tym, dlaczego zostawiłeś mnie nieprzytomną na podłodze przez sześć godzin? Czy o tym, dlaczego byłeś z nią, kiedy ja leżałam w szpitalu?
— Myślałem, że udajesz chorobę. Już wcześniej stosowałaś tę sztuczkę—
— Czyli nawet kiedy krwawię z rozciętej głowy, zakładasz, że gram przedstawienie? — Odwróciłam się do niego, z oczami płonącymi gniewem. — Gdybym naprawdę umarła, też byś pomyślał, że udaję?
Między nami rozciągnęła się cisza, zimna i bezkresna.
— Nie jesteś wystarczająco spokojna na tę rozmowę. — Wstał. — Prześpię się w pokoju gościnnym. Kiedy się uspokoisz, porozmawiamy.
Drzwi cicho kliknęły, zamykając się. Wpatrywałam się w sufit, a łzy spływały mi we włosy. Nawet nie potrafił zostać. Bo mój ból to po prostu kolejny problem, który musi „ogarnąć”.
Ciemność mnie pochłonęła, ale tym razem z nią nie walczyłam. Nie miałam już nic do stracenia.
Następnego dnia Isabella wyciągnęła mnie z domu, nalegając na brunch i zakupy, próbując tchnąć we mnie życie. Pozwoliłam jej ciągnąć mnie przez kolejne punkty programu — restauracja, kawa, Fifth Avenue. W Bergdorf Goodman ochrona zablokowała wejście.
— Budynek został zarezerwowany na prywatne wydarzenie.
Isabella zadzwoniła do kierownika sklepu, po czym się rozłączyła, blada jak ściana. — Eleanor… Arthur zarezerwował cały sklep.
Serce mi runęło. Jest tutaj. Z nią.
Isabella machnęła rodzinną czarną kartą. — Jestem Sterling. Wpuśćcie nas.
Drzwi windy otworzyły się na trzecim piętrze i tam, pośrodku lśniącego salonu z butami, stał mój mąż w nieskazitelnym garniturze Tom Forda, klęczący na jednym kolanie przed blondynką i z namaszczeniem zapinający pasek jej szpilek Manolo Blahnik. Selena siedziała na aksamitnej sofie do przymiarek, uśmiechając się słodko, z pięcioletnim chłopcem na kolanach. Wyraz twarzy Arthura był czuły w sposób, którego nigdy nie widziałam skierowanego do mnie.
Twarz mi pobladła. Przycisnęłam dłoń do piersi, zachwiałam się. Nigdy nie kupił mi butów. Nigdy nawet nie podał mi pary kapci. A dla niej uklęknie. Zarezerwuje cały dom towarowy, żeby mogła robić zakupy w spokoju.
Isabella ruszyła do przodu jak burza, unosząc torebkę Hermèsa jak broń. — Ty suko!
Arthur zareagował natychmiast, wpychając Selenę do pobliskiej przymierzalni i zastawiając drzwi własnym ciałem. Odwrócił się, zobaczył mnie stojącą nieruchomo i zmarszczył brwi. — Eleanor, śledzisz mnie?
Wzięłam drżący oddech. — Arthur Sterling, jest jedenasta rano, we wtorek. W godzinach twojej pracy. — Wskazałam przymierzalnię. — Więc to jest twoje „pilne spotkanie”?
— Zabierz Isabellę i wyjdź. Nie jesteście tu mile widziane.
— Niemile widziane? — Isabella roześmiała się ostro, wściekle. — To jest Bergdorf Goodman, a nie twoja prywatna posiadłość!
— Zarezerwowałem cały budynek. Więc tak, wchodzicie tu bezprawnie.
Podeszłam w stronę przymierzalni, a mój głos był nienaturalnie spokojny. — Chcę ją zobaczyć.
— Nie. — Zastąpił mi drogę.
— Chcę zobaczyć kobietę, przed którą klękasz. Kobietę, dla której rezerwujesz domy towarowe. Kobietę, dla której zostawiasz swoją żonę krwawiącą na podłodze.
Jego cierpliwość pękła. Wyciągnął telefon i wybrał numer ochrony. — Na trzecim piętrze są dwie kobiety, które weszły na prywatne wydarzenie bez upoważnienia. Proszę je wyprowadzić.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. — Wzywasz ochronę na mnie?
— Możesz wyjść sama albo każę cię wyprowadzić. Wybieraj.
W końcu puściły mi nerwy i łzy wyrwały się na wolność. — Bardzo bym chciała wiedzieć, Arthur Sterling — jak daleko się posuniesz dla kobiety, którą kochasz? Każesz ochronie wywlec mnie stąd? Upokorzysz mnie publicznie? Pozwolisz, żeby cały Nowy Jork się dowiedział, że pani Sterling to żart?
Nic nie powiedział, ale nie opuścił telefonu.
Przygryzłam wargę tak mocno, aż poczułam smak krwi. — Arthur Sterling, nie każ mi żałować, że za ciebie wyszłam.
Jego odpowiedź była lodowata, ostateczna: — Eleanor, zmuszasz mnie, żebym to powiedział — nie każ mi żałować, że się z tobą ożeniłem.
Odwróciłam się i pobiegłam, a moje obcasy w panice stukały o marmurową posadzkę — dźwięk serca pękającego w czasie rzeczywistym. Za mną rozległ się głos Isabelli: — Jeśli moja bratowa kiedykolwiek cię zostawi, kupuję kawę dla całego Nowego Jorku, żeby to uczcić!
Nie obejrzałam się. Nie mogłam znieść widoku, jak tam stoi, chroniąc ją, wybierając ją, kochając ją na wszystkie sposoby, na które nigdy nie kochał mnie.
Drzwi windy się zamknęły i wreszcie pozwoliłam sobie się rozsypać.
