Od kłamstw do lojalności

Pobierz <Od kłamstw do lojalności> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 1 Warunkowa feministka

Rozdział 1: Feminista Warunkowy

Lizzie

Mam na imię Lizzie i jeśli już mam mieć za coś karę, to wolę więzienie. Byle nie to.

Dziesięć randek w ciemno w jeden miesiąc. Dziesięciu różnych facetów wybranych przez moją matkę, jakbym była przejrzałym jabłkiem na bazarku, które trzeba szybko wcisnąć, zanim pójdzie w siną plamę.

Moja jedyna wina?

Skończyłam dwadzieścia trzy lata i nie „przyszłam w pakiecie” z mężem.

~~~

— Kiedy przyjmuję kolegów — powiedział mężczyzna siedzący naprzeciwko, składając serwetkę z ceremonialną dokładnością, jak na jakimś durnym bankiecie — oczekuję, że moja żona będzie trzymała się w cieniu, chyba że akurat coś podaje.

Kenneth Greene. Dziesiąty i najgorszy w tym miesiącu. I wszystko wskazuje na to, że ulubieniec mojej matki.

Mrugnęłam.

Nie dlatego, że nie usłyszałam. Tylko dlatego, że chciałam się upewnić, czy to zdanie naprawdę padło — i czy wyszło z ust żywego człowieka, a nie z podręcznika dobrych manier z czasów prababek.

Kenneth uśmiechnął się znad stołu z dobroduszną cierpliwością faceta, którego nikt w życiu ani razu nie postawił do pionu.

— Wygląda pani na osobę, która rozumie swoje miejsce. Jestem pewien, że nie będziemy mieć na tym polu żadnych problemów.

— Och… rozumiem.

Dziesięciu mężczyzn. Dziesięć restauracji. Dziesięć wersji tej samej rozmowy, podanych z innym akcentem, innym zegarkiem, innym kontem w banku — ale z identycznymi oczekiwaniami.

Dziesięć przypomnień, że moja matka kocha ideę mojego małżeństwa znacznie bardziej, niż kocha moją radość. Pielęgnowała wizję bogatego zięcia i „porządnego” nazwiska.

I jak zwykle w ostatnich dniach moje myśli wróciły do Reese’a Blackwooda. Do brata mojego kuzyna od strony żony. Ostatniego przyzwoitego faceta, jakiego spotkałam.

I do mężczyzny, któremu oddałam dziewictwo podczas jednonocnej przygody prawie dwa lata temu.

Do mężczyzny o szerokich, twardych barkach, które wcisnęły mnie w prześcieradła i sprawiły, że wszystkie te moje sprośne książki nagle przestały być tylko fantazją.

Do mężczyzny, którego oczy były bardziej zielone niż pierścień na palcu wskazującym Kennetha.

To była szalona noc, o której tysiąc razy kazałam sobie zapomnieć. A jednak za każdym razem, gdy matka paradowała przede mną z kolejnym kandydatem, mierzyłam go Reese’em.

Uśmiech Kennetha był zbyt zarozumiały. Szczęka zbyt miękka. Głos zbyt zadowolony z siebie. Barki zbyt… rozlazłe.

Żaden z nich nie był Reese’em. Żaden nigdy nie będzie.

Jak zareagowałaby moja matka, gdybym przyprowadziła do domu jako męża syna byłego prezydenta? Blackwood to było znacznie mocniejsze nazwisko niż Greene. Więc pewnie byłaby zachwycona.

Wtedy przynajmniej nie musiałabym tkwić w tym piekle z Kennethem. Tyle że sprawy z Reese’em skończyły się dość paskudnie.

Naprzeciwko mnie Kenneth znów mówił. Właściwie mówił bez przerwy. Podejrzewałam, że gadałby dalej nawet wtedy, gdyby ktoś wyssał z sali całe powietrze.

— Pani matka wspomniała, że lubi pani pisać — powiedział, wyraźnie ośmielony tym, co uznał za uważne milczenie. — Urocze hobby. Ale naturalnie, po ślubie moja żona nie będzie musiała zaprzątać sobie głowy ambicjami zawodowymi. Moje dochody są więcej niż wystarczające. Skupienie na domu tworzy harmonię.

Matka opisała go jako tradycyjnego. Najwyraźniej oznaczało to, że zamierza mnie poślubić, uciszyć i odstawić równo na półkę obok garnków.

Wyobraziłam sobie, jak delikatnie wkładam jego głowę do koszyka na pieczywo i zamykam wieko. Harmonia, jasne.

Uśmiechaj się. Łyk. Oddychaj. Jeszcze chwila, Lizzie.

Uśmiechnęłam się uprzejmie.

— Nie wygląda na to, żeby lubił pan inteligentne kobiety, Kenneth — zauważyłam.

Nawet nie drgnął.

— Podziwiam inteligentne kobiety, Lizzie. O ile wiedzą, kiedy z tej inteligencji nie korzystać.

Aha. Rzadki okaz. Feminista warunkowy.

Wyprostował się lekko, jakby miał zaraz wygłosić szczególnie olśniewające objawienie.

— Nasze matki rozmawiały dziś rano znowu.

Odstawiłam kieliszek ostrożnie.

— Tak?

— Powiedziała o pani coś godnego podziwu.

Kręgosłup mi zesztywniał. Z doświadczenia wiedziałam, że cokolwiek moja matka nazywała „godnym podziwu”, zwykle było dobre dla wszystkich, tylko nie dla mnie.

Twarz Kennetha zmiękła w coś, co on najwyraźniej brał za nabożny zachwyt.

— Powiedziała, że zachowała się pani dla mnie. Że jest pani dziewicą.

Te słowa opadły na stół jak coś nieprzyjemnego i lepkiego.

Patrzył na mnie wyczekująco, z błyskiem satysfakcji w oczach — jak kolekcjoner, który właśnie potwierdził autentyczność cennego nabytku.

— Zawsze zamierzałem poślubić kobietę czystą — oznajmił z dumą. — Sama myśl o żonie, która była z innymi mężczyznami, jest… odpychająca, szczerze mówiąc. Człowiek oczekuje nieskalania, bo doświadczenie u żony sugeruje brak rozsądku. Trudno mi szanować kobiety, które przychodzą z historią.

Coś w mojej klatce piersiowej nagle zamarło na kość.

Znów uniosłam kieliszek, przyglądając się winu, jakbym oceniała próbkę w laboratorium.

– Jakie ciekawe – powiedziałam spokojnie. – A ty jesteś dziewicą, Kenneth?

Mrugnął. Potem się roześmiał – nie nerwowo, tylko z pewnością siebie. To był śmiech faceta, któremu ani razu nie przyszło do głowy, że jego własne „zasady” mogłyby dotyczyć też jego.

– No chyba nie – prychnął. – Jestem facetem.

Skinęłam raz głową, biorąc łyk, jakby właśnie potwierdził drobny szczegół w jakimś formularzu.

A potem splunęłam winem prosto w jego twarz.

– Co do cholery, Lizzie! – ryknął, podrywając się do połowy z krzesła. – Zwariowałaś?!

Zanim zdążył się pozbierać, uniosłam kieliszek jeszcze raz i wylałam resztę wina na jego głowę. Czerwone kropelki przylgnęły mu do rzęs. Cienka strużka Cabernet spłynęła po grzbiecie nosa z tragiczną godnością.

Restauracja ucichła. Rozmowy urwały się w pół zdania. Gdzieś w oddali brzęknął widelec.

Kenneth wpatrywał się we mnie oszołomiony, mrugając przez wino.

Odstawiłam pusty kieliszek delikatnie na stół. – Ty – powiedziałam równo – jesteś świnią. Nadzwyczaj pewną siebie, spektakularnie zadufaną w sobie świnią.

Jego usta otworzyły się i zamknęły, ale nie wydobył z siebie ani dźwięku.

– Jak na kogoś tak przejętego „czystością” – ciągnęłam, wstając i wygładzając sukienkę – zadziwiająco wygodnie ci w hipokryzji. Chcesz własności, nie partnerstwa. Chcesz posłuszeństwa, nie szacunku. I chcesz standardów, które obowiązują kobiety, ale ulatniają się w sekundę, kiedy robi się tobie niewygodnie.

Mój głos przez cały czas pozostał spokojny i aż mnie to zaskoczyło.

– Wolałabym już poślubić doniczkę – dodałam z namysłem. – Przynajmniej paprotka produkuje tlen.

Podniosłam torebkę.

– A tak na przyszłość – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy – moja przeszłość nie jest towarem do twojej oceny. I nie jest też żetonem przetargowym mojej matki.

Pochyliłam się odrobinę, dając mu ten luksus, żeby wszystko dotarło bez zniekształceń.

– Ale skoro musisz wiedzieć – wyszeptałam – nie jestem dziewicą. Więc tak: według twoich standardów jestem odrażająca. I w związku z tym nic z tego nie będzie.

Kolor zalał mu twarz pod warstwą wina. Dłonie zacisnął na blacie tak mocno, że knykcie mu zbielały.

– Twoja matka gada o „tradycyjnej kobiecie” dla swojego synka – dodałam cicho – ale to też ta sama kobieta, która latem nosi golfy, żeby ukryć to, co robi jej twój ojciec.

– Zamknij się – syknął, głosem niskim i drżącym ze wściekłości. – Jeszcze cię za to dopadnę.

Uśmiechnęłam się uprzejmie. – Miłego wieczoru, panie Greene.

Potem odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia.

Za moimi plecami jego głos podniósł się w oburzonym wrzasku. Kelner pośpiesznie podbiegł. Ktoś sapnął. Szkło zadzwoniło.

Zaśmiałam się.

Na zewnątrz nocne powietrze uderzyło mnie w twarz i wciągnęłam je głęboko, czując, jak napięcie schodzi mi z barków.

Dziewięć okropnych randek było udręką. Dziesiąta była lekcją.

– Nigdy więcej – mruknęłam do siebie.

Wyciągnęłam telefon i otworzyłam wiadomości do mamy. Kciuki zawisły nad ekranem, gotowe stworzyć arcydzieło słusznego gniewu.

Potem się zatrzymałam. Skasowałam szkic. Wyłączyłam telefon.

Po co ją informować, skoro i tak zaraz dowie się od oburzonej siatki matek, które wierzą, że małżeństwo to sport wyczynowy, najlepiej z tabelą wyników?

Gdzieś w tym mieście – postanowiłam – musi istnieć choć jeden mężczyzna, któremu nie trzeba tłumaczyć podstaw człowieczeństwa jak instrukcji obsługi czajnika.

Myślami wróciłam do Reese’a. Ciekawe, co teraz robi. Ma dziewczynę? Nadal jest sam? Wciąż jest na mnie wściekły za to, co zrobiłam?

Westchnęłam. – Zamknij już ten rozdział, Lizzie. Reese pewnie już poszedł dalej – mruknęłam do siebie.

Ruszyłam pieszo do domu i nie obejrzałam się ani razu. Każdy krok w stronę domu był jak marsz w stronę czegoś, co na mnie poluje. Cisza rozciągała się, jakby miasto wstrzymało ze mną oddech.

Kiedy dotarłam na swoją ulicę, dom stał na jej końcu jak wyrok. Wszystkie światła były zapalone. Nawet z bramy widziałam jej sylwetkę za firanką – nieruchomą, wyprostowaną, wyraźnie czekającą na mnie.

Serce przyspieszyło mi w piersi.

To jeszcze się nie skończyło. To dopiero był początek. Sięgnęłam po klamkę. Ale coś we mnie drgnęło…

I wtedy… drzwi otworzyły się, zanim zdążyłam ich dotknąć.

Następny rozdział