Niemała Partnerka Trojaczków

Pobierz <Niemała Partnerka Trojaczków> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 8 Rozdział 8 - Złapany między instynktem a wyborem

Perspektywa Ayli

Poczułam ich, zanim ich zobaczyłam.

Ich obecność napierała przez drzewa przed nimi — dominująca, ciężka, niemożliwa do zignorowania. Przycisnęłam się do szorstkiej kory starej brzozy i zastygłam w bezruchu.

„To ciekawe” — pomyślałam. — „Zawsze drżałam pod aurą Kaela”.

„Bo teraz jesteś im równa” — odezwała się Tala, a w jej głosie pobrzmiewała cicha satysfakcja. — „Witaj w wielkiej lidze, kochanie”.

Oddech mi się uspokoił, kiedy nasłuchiwałam. Las ucichł w chwili, gdy do niego weszli — ta szczególna martwa cisza, która oznaczała, że wszystko dookoła zwraca uwagę.

„Zatrzymali się” — pomyślałam ze zdumieniem. — „Dlaczego mieliby się zatrzymać? To w ogóle do nich nie pasuje”.

„Bo nie są kompletnymi idiotami” — odparła Tala. — „Tylko niewiele brakuje”.

Serce waliło mi jeszcze mocniej. Byli zdecydowanie za blisko, jak na mój gust. Las nagle wydał się mniejszy, ciaśniejszy, jakby zaciskał się wokół mnie — ich obecność nacierała ze wszystkich stron naraz. Dusiła mnie.

Gdzieś przed nami trzasnęła gałąź. Cicho. Kontrolowanie. Nie niechlujnie.

„To było celowe” — powiedziałam, mrużąc oczy. — „Zwykle poruszają się bezszelestnie”.

„Tropią cię” — odparła Tala. — „I dają o tym znać. Bardzo dramatycznie. Typowe zachowanie Alfy”.

„Nie przyspieszają” — zauważyłam, a mój głos brzmiał pewniej, niż się czułam.

„Nie” — powiedziała Tala. — „Polują mądrze. Szokujące, wiem”.

To jakoś tylko pogorszyło sprawę. Czułam się jak zwierzyna, a to uczucie było na tyle upokarzające, że wbiłam palce mocniej w korę, aż zabolało.

Powinnam już dawno zniknąć.

„Za późno na to” — stwierdziła Tala. — „Więź to w zasadzie sygnał naprowadzający. Mogłabyś przejść przez trzy terytoria, a i tak by cię znaleźli. Równie dobrze mogłaś założyć neon”.

W piersi osiadła mi lodowata pewność. Ucieczka niczego nie rozwiąże. Nie wtedy, gdy wciąż jestem na ich terytorium. Nie wtedy, gdy między nami brzęczy ta więź, jak coś, co już przesądziło wynik bez względu na to, czego chcę.

— Wyjdź.

Głos Kaela przeciął drzewa, a moje serce z łoskotem uderzyło o żebra.

„Brzmi inaczej niż w twoich wspomnieniach” — powiedziała Tala. — „Może przez noc wyhodował sobie sumienie. Choć nie stawiałabym na to”.

„Wciąż rozkazująco” — pomyślałam w odpowiedzi. Zawsze rozkazująco.

— Wyjdź, Ayla — zawołał ponownie.

Moje imię. Moje prawdziwe imię — nie „przybłęda” i nie „niema”. Poruszyło coś w mojej piersi, czego nie chciałam poruszać, więc przycisnęłam się jeszcze mocniej do pnia, żeby uspokoić oddech.

„Wiedzą, że to ty” — powiedziała cicho Tala. — „Nie ukryjesz się przed nimi. Nie tutaj. Uwierz mi, chociaż dałabym ci punkty za wysiłek”.

Wiedziałam. Przymknęłam na chwilę oczy.

Wspomnienia przepłynęły przeze mnie bez pytania o pozwolenie — śmiech i okrucieństwo i lata bycia omijaną wzrokiem, jakbym nie była warta wysiłku, by mnie dostrzec. Zimne słowa. Zimne oczy. Życie spędzone na tym, by zrobić się jak najmniejszą i jak najbardziej niewidzialną, tylko po to, żeby przetrwać w tych samych miejscach co oni.

„Nie wyjdę tam” — zdecydowałam. — „Nie wyjdę do nich”.

„Nie boisz się ich” — odparła Tala. — „Już nie. Boisz się tego, co się stanie, jeśli naprawdę postawisz na swoim. A to jest zupełnie inny problem”.

„Jestem przerażona” — zaprotestowałam.

„Nie” — powiedziała spokojnie. — „Boisz się tego, co się stanie, jeśli nie uciekniesz. To różnica”.

„Nie chcę tej więzi” — powiedziałam twardo.

„To nie jest do końca twoja decyzja” — odparła. — „Wkurzające, wiem. Poskarż się Bogini Księżyca”.

„To jest moja decyzja” — upierałam się. — „Odeszłam wczoraj w nocy. Mogę to zrobić znowu”.

„Możesz spróbować” — powiedziała, a jej sarkazm odrobinę złagodniał. — „Ale więź nie negocjuje. Nie obchodzi jej, co czujesz ani jakie masz zdanie. Ona po prostu jest”.

„To co mam zrobić?” — zapytałam, a frustracja narastała.

— Przestań się łudzić — powiedziała po prostu Tala. — Najlepiej z większym stylem niż ostatnim razem.

Te słowa opadły we mnie ciężko i zostawiły w ustach gorzki posmak.

Wyjrzałam ostrożnie zza krawędzi pnia.

Byli bliżej, niż się spodziewałam.

Kael na przedzie — zawsze na przedzie. Szczęka miał zaciśniętą i napiętą, ale jego oczy nie były lodowate tak, jak do tego przywykłam. Wyglądały niemal na zmartwione.

Ryker stał po jego prawej. Był zbyt spięty, dłonie miał zaciśnięte w pięści przy bokach, a ciało napięte jak sprężyna, jakby przegrywał walkę z samym sobą i dobrze o tym wiedział.

Soren po lewej stronie Kaela, cichy i prawie rozluźniony. Obserwował wszystko. Nic mu nie umykało.

Szybko cofnęłam się, zanim którykolwiek z nich mógł mnie dostrzec.

— Są tam — wyszeptałam, a panika mignęła we mnie jak iskra. — Są tam.

— Wiem — odparła Tala. — Mam zacząć nucić coś dramatycznego? Może motyw ze Szczęk?

— Nie odchodzą — powiedziałam.

— Nie — odpowiedziała. — Przyszli po ciebie. Nigdzie się nie wybierają.

Przełknęłam ślinę z trudem.

— Nie ufam im — powiedziałam. To była jedyna rzecz, co do której miałam absolutną pewność. Lata udręki sprawiały, że podjęcie tej decyzji było boleśnie łatwe.

— Nie musisz — powiedziała Tala. — Ale nie możesz ich też ignorować. Nie na zawsze.

Mogę spróbować — pomyślałam uparcie.

— Możesz — zgodziła się. — Ale obiecuję ci, że to się tylko źle skończy. Ja oczywiście będę tu stała i patrzyła, jak to się źle kończy. Popieram twoje prawo do podejmowania wątpliwych życiowych decyzji.

Spojrzałam jeszcze raz — naprawdę spojrzałam.

Szczęka Kaela była napięta, ale w oczach miał niepewność.

Ryker walczył sam ze sobą.

Soren czekał z cierpliwością kogoś, kto zawsze był gotów pozwolić rzeczom przyjść do niego.

— Nie wiem, jak mam stanąć z nimi twarzą w twarz — przyznałam szczerze.

— W takim razie nie stawaj przed nimi jako dziewczyna, którą pamiętają — powiedziała Tala. — Tamtej dziewczyny już nie ma. Nie jesteś już wycieraczką. Jesteś co najwyżej dywanikiem z charakterem.

Coś we mnie na to osiadło, jakby znalazło swoje miejsce.

— Stań przed nimi jako ta, kim jesteś teraz — ciągnęła. — Pokaż im, że nie przyjmiesz tego, co dali ci wcześniej. A jak trzeba, będę cię dopingować z boku, rzucając złośliwe komentarze.

Prawie się uśmiechnęłam.

— Zranili mnie — powiedziałam.

— Wiem — odparła Tala i po raz pierwszy nie było w tym ani odrobiny ostrości. — I nie musisz tego wybaczać. Nie dziś. Nigdy, jeśli nie chcesz. Mogę nawet żywić urazę w twoim imieniu. Jestem świetna w urazach.

— Nie zapomnę — powiedziałam.

— I dobrze — odpowiedziała. — Popieram pełny pakiet urazy. Ale nie pozwól, żeby kazała ci uciekać. Ucieczka daje im władzę nad tobą. Stanie w miejscu odbiera ją z powrotem.

Coś we mnie drgnęło — powoli, pewnie i cicho.

— Nie ucieknę — powiedziałam.

— Dobrze — stwierdziła Tala. — A teraz idź. I postaraj się nie potknąć, wychodząc.

Wciągnęłam powoli powietrze. Potem jeszcze raz. Ich zapachy wsiąkały we mnie przez mroźne powietrze i jakoś moje serce zaczęło się uspokajać.

I wyszłam zza drzewa.

Zimno uderzyło we mnie natychmiast — tak samo jak ich spojrzenia.

Wszyscy trzej skupili na mnie wzrok w tej samej chwili, a więź między nami napięła się do granic — ostra, niepodważalna i potwornie niewygodna.

Przez moment nikt się nie poruszył.

Stałam twardo i patrzyłam im w oczy, a gniew równym, stałym żarem buzował tuż pod powierzchnią. Nie ten cichy, zakopany, który przez lata przełykałam. Coś stabilniejszego od tego. Coś, co nie cofało się ani o krok.

— Czują twoją złość — powiedziała Tala, a w jej głosie pobrzmiewała satysfakcja. — Nareszcie.

Serce na chwilę mi się zacięło, ale nie cofnęłam się. Nie uciekłam. Po prostu stałam w zimnie i pozwoliłam im patrzeć — naprawdę patrzeć — po raz pierwszy, jak mi się wydawało, od wieków.

Spojrzenie Kaela przykuło się do mojego.

Ryker znieruchomiał całkowicie.

Soren obserwował z tą cichą intensywnością, którą nosił w sobie wszędzie.

I po raz pierwszy, odkąd pamiętam, żaden z nich nie patrzył przeze mnie.

Patrzyli prosto na mnie — jakbym była kimś wartym zobaczenia.


Poprzedni rozdział
Następny rozdział