Niemała Partnerka Trojaczków

Pobierz <Niemała Partnerka Trojaczków> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 6 Rozdział 6 - Zaczyna się pościg

Perspektywa Ayli

Las tamtego poranka był cichszy, jakby wszystko w nim zamarło, żeby patrzeć, jak odchodzę.

Szybko szłam przed siebie i ignorowałam to wrażenie. Wzięłam tylko to, co najpotrzebniejsze — ubrania, które miałam na sobie, i pieniądze, które odłożyłam, pracując na zmiany w kawiarni. Niewiele. Ale wystarczy, żebym przetrwała, dopóki nie znajdę jakiegoś bezpiecznego miejsca.

Przynajmniej zimno nie gryzło już tak samo. Nie po wczorajszej nocy. Nie po Tali.

Dziś rano była cicha, a to sprawiało, że wszystko robiło się jakieś cięższe. Martwiło mnie to bardziej, niż chciałam się do tego przyznać.

Myśl o trojaczkach wciąż krążyła mi po głowie — więź, co oznacza, co zrobią, kiedy się obudzą i pójdą tropem, który głupio zostawiłam, prosto pod ich drzwi. Musiałam dotrzeć do granicy, zanim do tego dojdzie.

— Jesteś głośna — mruknęła Tala. — To irytujące.

Nic nie powiedziałam — odparłam w myślach.

— Nie musiałaś — rzuciła. — Ta sama myśl biega ci w kółko po głowie od dziesięciu minut.

Wypuściłam powietrze i parłam dalej przez śnieg.

— Nie powinnam była tam iść — powiedziałam.

— Nie — odpowiedziała. — To było oczywiste w chwili, gdy to zrobiłaś.

— Nie weszłam do środka — powiedziałam, zatrzymując się na moment.

— Mhm — wymruczała Tala. — Tylko kręciłaś się pod ich drzwiami jak wyjątkowo zdeterminowana stalkerka. O wiele lepiej. Zupełnie co innego.

Zacisnęłam szczękę. — Ja nie—

— Tak, właśnie tak — weszła mi w słowo, niewzruszona. — Zatrzymałaś się. Zostałaś. To się liczy.

Odwróciłam wzrok, irytacja narastała — ale nie trzymała się mnie długo. Bo nie miała racji. To przyciąganie zeszłej nocy nie było czymś, co mogłam po prostu zagłuszyć. Moje ciało ruszyło, zanim mój umysł zdążył je dogonić, i nie potrafiłam tego zatrzymać.

— Nie chcę ich — powiedziałam. Zbyt szybko. W piersi poczułam ostry, zdradziecki skurcz.

— Mhm — odparła Tala. — Bardzo przekonujące. Powiedz to jeszcze raz. Może tym razem zaskoczy.

Mówię poważnie — rzuciłam ostro w myślach.

— Oczywiście, że mówisz — powiedziała. — Teraz. W tej dokładnie chwili. Prawie czuję, jak bardzo ich nie chcesz.

— Nienawidzę ich — powiedziałam, i to zabrzmiało z taką siłą, że Tala naprawdę zamilkła.

Cisza przeciągnęła się tylko na moment.

— Upokorzyli mnie — dodałam, a złość osiadła nisko i twardo w mojej piersi. — Raz za razem. Sprawili, że czułam się jak nic.

Na to Tala nie miała złośliwej riposty.

— Nie wrócę — powiedziałam. — Nie zaakceptuję tej więzi.

— Odważny plan — odezwała się w końcu.

— Czemu ciągle tak mówisz? — zapytałam, a w myśli wkradła się frustracja.

— Bo próbujesz się kłócić z czymś, co ma gdzieś twoje uczucia — odpowiedziała. — Ta więź nie będzie z tobą negocjować.

Pokręciłam głową i szłam dalej. — Mimo wszystko mogę spróbować.

— Och, absolutnie — powiedziała. — Walcz z przeznaczeniem. Bardzo dramatyczne. W pełni to popieram.

Już miałam jej odpyskować, kiedy przecięła wszystko inne jednym zdaniem.

— Idą.

Stanęłam jak wryta.

Tętno od razu mi skoczyło. — Co? Oni nigdy nie wstają tak wcześnie—

— Podeszłaś wczoraj w nocy do drzwi każdego z nich — powiedziała Tala, teraz ostrzej. — A potem zostawiłaś swój zapach wszędzie, jak ścieżkę z okruchów. To co twoim zdaniem miało się stać? Że wyślą ci liścik z podziękowaniami?

Żołądek mi opadł. — Jak blisko?

— Jeszcze nie — powiedziała. — Ale nie zrobiłaś im z tego szczególnego wyzwania.

Odwróciłam się i omiotłam wzrokiem drzewa. Nagle wszystko wydało się ciaśniejsze — przestrzeń między pniami, odległość do linii granicznej, luka między „teraz” a chwilą, kiedy mnie dogonią.

— Muszę iść szybciej — powiedziałam. — Muszę dotrzeć do granicy, zanim—

— Musisz myśleć — przerwała mi Tala. — Bieganie na oślep to nie jest strategia.

Dłonie zacisnęły mi się w pięści po bokach. — I tak mnie znajdą.

— Pewnie — odparła po prostu. — Pytanie brzmi, czy chcesz wpaść im w ramiona z wyczerpania, czy sprawić, żeby naprawdę musieli się postarać.

Zawahałam się.

— Jaka jest różnica? — zapytałam.

— Kontrola — powiedziała. — Nie możesz ich powstrzymać przed podążaniem za tobą. Ale to ty decydujesz, kiedy cię dopadną.

To trafiło we mnie tak, że miało już zostać.

— Nie jesteś zwierzyną — dodała, teraz ciszej. — Przestań poruszać się jak coś, co trzeba gonić. To wyciąga z wilków instynkt, a zaufaj mi — nie jesteś gotowa na to, jak to będzie wyglądało z ich strony.

Przełknęłam ślinę. Miała rację i nienawidziłam, że ma rację.

— Nie wiem, jak to zrobić — mruknęłam.

— To improwizuj — powiedziała Tala. — Utrzymałaś się przy życiu tak długo bez niczyjej pomocy. Najwyraźniej nie jesteś w tym beznadziejna.

Próbował wypłynąć jakiś błysk wspomnienia — ogień i krzyki, i dym. Wcisnęłam go z powrotem, zanim zdążył się rozlać. Nie miałam teraz luksusu, żeby w to wpaść.

Wyprostowałam kręgosłup i ruszyłam dalej. Tym razem wolniej. Bardziej świadomie. Las wyglądał inaczej, kiedy zwracałam na niego uwagę — mniej jak pułapka, a bardziej jak coś, przez co mogę przejść na własnych warunkach.

Przez chwilę niemal w to uwierzyłam.

— Stój — powiedziała nagle Tala, a jej głos przygasł.

Zastygłam. — Co? Co się dzieje?

— Są tutaj — wyszeptała, jakby dźwięk mógł jakimś cudem popłynąć przez więź i do nich dotrzeć.

— Już? — urwał mi się oddech.

— Ruszają się szybko — powiedziała. — I nie błąkają się. Tropią.

Stałam nieruchomo i poczułam to, zanim zdołałabym ich wywęszyć — ich obecność rozciągającą się między drzewami jak ciśnienie narastające przed burzą. Wyczułam coś ostrego i skupionego, zupełnie innego niż beztroski, okrutny sposób, w jaki odbierali ich w korytarzu.

— Skończyli z zabawą — powiedziała cicho Tala.

Przeszedł przeze mnie dreszcz, który nie miał nic wspólnego z zimnem. — Wiedzą, że to ja.

— Wiedzieli, zanim wyszli z domu watahy — odparła. — W zasadzie się podpisałaś.

Tętno skoczyło mi gwałtownie. Każdy instynkt krzyczał, żebym biegła — po prostu szybciej, nie zatrzymuj się i nie oglądaj się za siebie.

Nie ruszyłam się.

Głos Tali osiadł we mnie jak coś stałego: Nie jesteś zwierzyną.

Wciągnęłam powoli powietrze. Potem jeszcze raz.

Uniósłam podbródek.

— No proszę — powiedziała Tala. — Popatrz tylko. Rozwój postaci.

Prawie się uśmiechnęłam. Prawie. Ostry dowcip Tali powoli zaczynał mi się podobać — ale uczucie napierające na granice moich zmysłów nie słabło.

Byli blisko. Czułam to już wyraźnie — nacisk na skraju świadomości, trzy wyraźne punkty przesuwające się między drzewami i wcale nie zwalniające. Ani odrobinę.

Dokładnie wiedzieli, gdzie jestem.

I tym razem nie zamierzałam przed tym uciekać.


Poprzedni rozdział
Następny rozdział