Niemała Partnerka Trojaczków

Pobierz <Niemała Partnerka Trojaczków> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 10 Rozdział 10 - Ten, kto nie klęczy

Punkt widzenia Ayli

Wszyscy patrzyli na mnie.

Nie przeze mnie. Nie obok mnie. Prosto na mnie, otwarcie, jakby widzieli coś, czego wcześniej nawet nie próbowali dostrzec. Ciężar tych spojrzeń napierał na moją skórę, obcy i dziwny, a jednak nie do końca niemile widziany, chociaż nie byłam jeszcze gotowa się do tego przyznać. Czułam coś — błysk ekscytacji splątany ze strachem.

Nie poruszyłam się. Oni też nie.

Las wokół nas wstrzymał oddech.

Trzech ich. Jedna ja. A jednak, stojąc tutaj na zimnie, z linią graniczną za plecami i ich wzrokiem wbitym w moją twarz, nie czułam się mała. Jeśli już, to wręcz przeciwnie — jakby cała siła tej chwili należała wyłącznie do mnie. W chwili, gdy przekroczę tę linię, będzie po wszystkim. Oni to wiedzieli. Ja to wiedziałam. I nie musiałam wypowiedzieć ani jednego słowa, żeby ta prawda istniała między nami. Nigdy więcej nie będą nade mną mieć przewagi.

— Czekają — powiedziała Tala. — Gdyby stali sztywniej, zapuściliby korzenie.

— Widzę — odparłam w myślach.

Mój wzrok powoli przesunął się po całej trójce, a palce lekko zwinęły mi się po bokach.

Kael stał pośrodku — zbyt nieruchomo, w taki sposób, który zdradzał, jak bardzo stara się utrzymać kontrolę, z której słynął. Ale teraz już umiałam przejrzeć tę fasadę. Niepokój kryjący się za opanowaniem był niemal namacalny. Lęk. Strach przed utratą czegoś, zanim zdążył to w ogóle objąć. Widziałam błysk w jego oczach, kiedy mnie obserwował, jakby próbował zrozumieć coś, czego nigdy wcześniej nie musiał rozumieć.

Ryker stał po jego prawej stronie, a z jego twarzy całkowicie zniknęła arogancja. Był napięty do granic, aż wyglądało to niemal boleśnie — powstrzymywał się wyłącznie siłą woli, ze zaciśniętą szczęką i dłońmi zwiniętymi po bokach. Więź między nami pulsowała czymś ostrym i zaborczym, co celowo ignorowałam. On będzie najtrudniejszy — tego byłam pewna. Gdybym uciekła, ścigałby mnie na koniec świata.

Soren był z całej trójki najbardziej nieruchomy i najbardziej skupiony. Jego więź nie napierała ani nie domagała się niczego. Po prostu tam była — cicha i cierpliwa, jakby czekała na autobus, który zawsze się spóźnia.

— Więź ciągnie coraz mocniej — zauważyła Tala. — Nawet ja czuję stąd to napięcie. O matko.

— Wiem — odpowiedziałam, trzymając się twardo mimo tego.

To nie było bolesne — ale nie było też łagodne. Ciągnęło mnie, przyzywało, ponaglało, żebym ruszyła w ich stronę, w sposób, któremu trzeba było aktywnie się opierać.

A jednak się opierałam.

— Możesz próbować — zachichotała Tala. — Ale mam nadzieję, że masz plan awaryjny. Mam już zacząć przyjmować zakłady?

— Dam radę — powiedziałam uparcie.

— Zobaczymy — odparła z bezczelnym uśmiechem. — Szczerze? To jest lepsze niż reality show.

Zrobiłam jeden powolny krok do przodu.

Cała trójka zareagowała natychmiast — nie ruszyli się, ale coś się zmieniło. Powietrze między nami. Napięcie. Sama przestrzeń jakby lekko się skurczyła.

Dobrze. Niech oni też to poczują.

Zatrzymałam się. Nie dość blisko, żeby dotknąć. Nie dość daleko, żeby uciec. Byłam dokładnie pośrodku, trzymając wszystkie karty w ręku, i wszyscy o tym wiedzieliśmy. Uniosłam brodę — nie wyzywająco, ale z decyzją. Pokazywałam im, że to ja kontroluję tę sytuację. Nie oni.

Oczy Kaela pociemniały w chwili, gdy to zrobiłam. Zrobił jeden krok naprzód, a ja mimowolnie się spięłam, kiedy dotarł do mnie zapach drzewa sandałowego — ciepły, uziemiający i potwornie irytujący przez to, jak natychmiast zareagowało na niego moje ciało.

— Wcale tego nie nienawidzisz — powiedziała Tala z zadowoleniem. — Uwielbiasz to. Przyznaj to. Witamy w klubie.

— Nienawidzę — burknęłam. — Nienawidzę tego, co to ze mną robi.

— Nie, ty nienawidzisz tego, że to czujesz — poprawiła mnie. — To duża różnica. Chociaż zaprzeczanie wygląda na tobie uroczo.

Nie odpowiedziałam jej, bo miała rację, a ja nie byłam jeszcze gotowa tego przyznać.

Kael zatrzymał się o włos od tego, co uznałabym za zbyt blisko.

— Ayla. — Moje imię zabrzmiało w jego ustach inaczej, niż byłam przyzwyczajona — ostrożnie, niemal jakby obchodził się z czymś, co może pęknąć. — Wiemy, że przyszłaś do nas zeszłej nocy. Wyczuliśmy twój zapach przed naszymi pokojami.

Moje palce lekko zacisnęły się po bokach. Nie zaprzeczyłam. Nie było sensu. Wszyscy wiedzieliśmy, że to prawda. Ale nie dałam mu też niczego więcej.

— Nie weszłaś do środka — powiedział Ryker, a jego głos był chropawy i pełen emocji. — Dlaczego?

Wytrzymałam jego spojrzenie. Pozwoliłam ciszy rozciągnąć się na tyle długo, by osiąść między nami czymś ciężkim.

Nie byłam im winna żadnego wyjaśnienia. Nie byłam im winna niczego. Niech sobie myślą. Niech ich to obciąża.

—Pytają — szturchnęła mnie Tala. — Założę się o pięć dolców, że Ryker pierwszy pęknie.

I wtedy Ryker się poruszył, a frustracja wreszcie przebiła się przez powściągliwość, którą dotąd trzymał.

—Tego właśnie nie rozumiem — powiedział, a w jego głosie pojawiło się napięcie i ostra krawędź. —Przyszłaś do naszych drzwi. Poczułaś więź. A potem po prostu… co? Postanowiłaś o świcie zwiać do lasu zamiast zrobić to, co oczywiste? — Wypuścił krótko powietrze. —Myślałaś, że co się tu stanie?

Te słowa uderzyły dokładnie tak, jak zawsze uderzały te niewłaściwe.

Cofnęłam się o krok.

Potem o kolejny.

Nie w stronę granicy — jeszcze nie — ale wystarczająco. Wystarczająco, żeby przekaz był jasny bez wypowiadania choćby słowa.

—Ryker. — Głos Kaela zabrzmiał twardo i nisko.

—Ja tylko mówię to, co wszyscy myślą—

—Nie. — Rozkaz w tonie Kaela uciął to całkowicie. — Przestań mówić.

Szczęka Rykera zacisnęła się. W policzku zadrgał mięsień. Odwrócił wzrok pierwszy, wpatrując się gdzieś poza moje ramię, a czerwień, która wpełzła na kark, była jedyną zewnętrzną oznaką tego, ile go to kosztowało.

Kael od razu zwrócił się do mnie. Ostrożny spokój, który trzymał, wciąż tam był — ale coś pod nim się przesunęło. Lekko popękało na brzegach.

—Przepraszam — powiedział. —Za to, co powiedział. I za wszystko, co było wcześniej. — Utrzymał mój wzrok, a każde słowo brzmiało tak, jakby było dobrane uważnie i celowo. —Przyszłaś do nas wczoraj w nocy, bo więź cię tam doprowadziła, i odeszłaś, bo daliśmy ci ku temu każdy powód. Obie te rzeczy są prawdziwe i żadna z nich nie jest twoją winą.

Nie ruszyłam się.

Soren zrobił cichy krok naprzód i stanął obok brata.

—Nie jesteśmy tu po to, żeby cię naciskać — powiedział równo. —Wiemy, co zrobiliśmy. Wiemy, kim dla ciebie teraz jesteśmy — a to nie jest nic dobrego. — Zamilkł na chwilę. —Nie prosimy o wybaczenie. Prosimy o szansę, żeby być kimś innym.

—Nie odchodź. — Głos Kaela opadł jeszcze niżej. Zniknęła z niego władczość — została całkiem obdarta, odsłaniając coś pod spodem, czemu o wiele trudniej było się przeciwstawić. —Proszę.

—Płaszczą się — mruknęła cicho Tala. — W lesie. Zanim ktokolwiek zdążył zjeść śniadanie. Naprawdę nie przewidziałam takiego finału.

Popatrzyłam na nich — na całą trójkę.

Kael utrzymywał mój wzrok z czymś, co wyglądało na szczery żal i gotowość, by w nim pozostać, zamiast zagadać sprawę i przejść nad nią do porządku.

Soren był cichy i spokojny, dawał mi przestrzeń, nie wycofując się z niej.

Ryker wpatrywał się w ziemię; ramiona miał opuszczone, szczękę zaciśniętą, i widać było w nim tę niepodrabialną minę kogoś, kto wie, że właśnie wszystko utrudnił, ale nie ma pojęcia, jak wybrnąć z tego z godnością.

Spotkałam ich spojrzenia — po kolei.

Potem powoli pokręciłam głową.

Nie odmowa. Nie zgoda.

Po prostu — jeszcze nie.

Resztę poniosła więź. Każde wspomnienie. Każda chwila, gdy patrzyli przeze mnie zamiast na mnie. Każde Boże Narodzenie. Każdy korytarz. Każde słowo, które rzucili, sprawiając, że czułam się, jakbym nie była warta wysiłku, by było cokolwiek lepiej.

Pozwoliłam im to poczuć.

Kael pobladł.

Szczęka Rykera zacisnęła się jeszcze mocniej i znów odwrócił wzrok — natychmiast.

Soren utrzymał moje spojrzenie i nie próbował uciec od tego, co przemknęło mu przez twarz, kiedy to do niego dotarło.

—Nie mam ci za złe — powiedział cicho Kael. —Nic z tego.

Słowa zawisły w powietrzu.

Nie zareagowałam — i jakoś to uderzyło mocniej niż cokolwiek, co mogłabym powiedzieć. Tego się nie spodziewali. To niemal pogarszało sprawę.

—Zmieniłaś się — powiedział cicho Soren. Nie jak oskarżenie. Raczej jak ktoś, kto rozpoznaje coś, co powinien był zauważyć wcześniej.

Odwzajemniłam jego spojrzenie i utrzymałam je. Niech patrzy. Niech rozpoznanie osiada w nim jak należy, aż w jego oczach pojawiła się jasność.

—Wie — zamyśliła się Tala. — Najwyższy czas, żeby ktoś w tej watasze zaczął używać mózgu. A braciom na pewno powie.

—Od teraz — powiedziałam cicho, równie mocno do siebie, co do niej — nie oni będą decydować, kim jestem.

Nie ruszyłam w ich stronę. Nie ruszyłam się też od nich.

Po prostu stałam tam — w zimnie, w ciszy, w przestrzeni między tym, jacy byli, a tym, kim prosili, żeby mogli się stać — i po raz pierwszy od trzynastu lat wybór należał całkowicie do mnie.


Poprzedni rozdział
Następny rozdział