Niechciana Luna Alfy

Pobierz <Niechciana Luna Alfy> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 4 - Popołudnie

Punkt widzenia Arii

Światło słoneczne przesączało się przez brzegi ciężkich zasłon, ale pokój wciąż spowijał mrok. Poruszyłam się powoli, a moje ciało było ciężkie od resztek snu i od tej całej trucizny, którą wlałam sobie w gardło zeszłej nocy. Głowa mi pulsowała, tępym bólem współgrającym z mgłą zalegającą w moich myślach.

Przez jedną błogą chwilę wszystko wydawało się... normalne. Ciepłe ramiona oplatające mnie, równy oddech muskający moją skórę. Ethan. To musiał być on. Zdrada, policzek, okrutne słowa... to wszystko musiało być koszmarem, wypaczonym snem wywołanym zbyt wielkim stresem i zbyt małym poczuciem własnej wartości.

Przytuliłam się mocniej, wtulając twarz w jego klatkę piersiową i głęboko wdychając powietrze. Jego zapach był inny, piżmowy i intensywny, ale zrzuciłam to na karb kaca.

— Mmm, Ethan — wymamrotałam głosem ciężkim od snu. — Cieszę się, że to był tylko zły sen.

Moja dłoń leniwie przesunęła się po jego ramieniu, wyczuwając twarde mięśnie. Ulgę zalała mnie słodka, choć ulotna fala spokoju. Mogliśmy to naprawić. Przegadać, jak zawsze.

Ale potem, gdy świadomość się wyostrzyła, zaczęły wkradać się wątpliwości. Coś było... nie tak. Był większy, szerszy, a jego sylwetka otaczała mnie w sposób, w jaki Ethan nigdy tego nie robił. Ethan był szczupły i wysportowany, ale to ciało przypominało ścianę mięśni — nieustępliwą i potężną.

I ten oddech był równy, cichy. Nie było znajomego pomruku chrapania, do którego zdążyłam przywyknąć, tego, które usypiało mnie przez niezliczone noce. Ethan chrapał jak lokomotywa po długim dniu — drobna cecha, z której bez końca się z nim drażniłam.

Otworzyłam szeroko oczy, a serce zaczęło mi walić. To nie był Ethan. Wczoraj nie było snem. Wspomnienia wracały powoli — najpierw bar, potem drinki, zataczanie się do jakiegoś pokoju. O bogowie, co ja zrobiłam?

Gwałtownie usiadłam, a prześcieradło zsunęło się, odsłaniając moją nagą skórę na chłodne powietrze.

Nagą.

My... Ja... Ciepło uderzyło mi do twarzy, a wstyd ścisnął mnie w żołądku. Mężczyzna obok mnie poruszył się, wyrwał mu się cichy jęk, ale nie czekałam, żeby zobaczyć jego twarz.

Wstrząśnięta — i to było mało powiedziane. Upokorzona, przerażona. Zeskoczyłam z łóżka, na komiczną sekundę plącząc nogi w prześcieradle; byłoby to zabawne, gdyby nie było tak żenujące. Chwyciłam sukienkę z podłogi i w pośpiechu naciągnęłam ją przez głowę, wdzięczna, że się nie rozdarła. Szpilki stały przy drzwiach, dzięki Bogini Księżyca, i porwałam je, nawet nie próbując ich założyć.

Spojrzałam za siebie tylko raz, gdy postać na łóżku poruszyła się. Kim on był? Jakimś przypadkowym facetem, na którego rzuciłam się w pijackim amoku?

Inteligentna Aria doprowadzona do tego.

Omal nie wyrwał mi się suchy śmiech — gorzki i pełen pogardy do samej siebie.

— Dobra robota, wszechświecie. Naprawdę, ironia najwyższej próby — wymamrotałam, uciekając z pokoju boso.

Drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem, którego ostateczność odbiła się echem w pustym korytarzu. Moje stopy uderzały o zimne płytki, gdy spieszyłam się po schodach, omijając windę, żeby nikt nie zobaczył mnie w takim stanie.

Mój samochód stał tam, gdzie go zostawiłam, a kluczyki cudem nadal były w mojej torebce. Wsadziłam się do środka, a ręce drżały mi, gdy odpalałam silnik. Droga do domu minęła jak przez mgłę, podczas gdy mój umysł gorączkowo przebiegał przez ruiny minionej nocy. To wydawało się dnem.

Kiedy wjechałam na podjazd naszego rodzinnego domu, słońce stało już wyżej, rzucając ciepły blask, który szydził z mojego wewnętrznego rozdarcia. Dom wyglądał tak samo — schludny trawnik, biały płot skrywający dysfunkcję w środku. Wsunęłam z powrotem szpilki, wygładziłam pogniecioną sukienkę i wzięłam głęboki oddech.

Nonszalancja. Maskowanie ran. Przez lata doprowadziłam to do perfekcji, znikając w tle, podczas gdy Camille lśniła.

Zawiasy drzwi wejściowych zaskrzypiały, gdy się otworzyły, a mnie uderzył zapach bekonu i kawy.

Śniadanie. Oczywiście.

Tata kochał swoje rutyny, te obrazkowo idealne rodzinne posiłki, podczas których mógł udawać, że wszystko jest w porządku. Z kuchni dobiegały głosy: jego głęboki baryton, oschłe odpowiedzi Vivian, lekki śmiech Camille. Żołądek ścisnął mi się w supeł.

Zignoruj ich. Po prostu idź do swojego pokoju, zmyj z siebie noc i to przetraw.

Wślizgnęłam się do środka i ruszyłam prosto w stronę schodów; po nagich ramionach przebiegł mi dreszcz. Ale zanim dosięgnęłam pierwszego stopnia, rozległ się donośny głos taty.

— Aria? To ty?

Zastygłam, w duchu przeklinając. Tak blisko. — Tak, tato. Idę tylko na górę.

— Najpierw wejdź tutaj. Musimy porozmawiać. — Rozkaz w jego tonie nie zostawiał miejsca na sprzeciw. Władza bety, nawet w domu.

Westchnęłam i odwróciłam się w stronę kuchni. Wszyscy tam byli: tata na czele stołu, z widelcem w dłoni; Vivian popijająca kawę, z makijażem jak zawsze perfekcyjnym; Camille smarująca tost masłem, świeża i niewinna w letniej sukience. Na jej twarzy nie było śladu po poprzedniej nocy. Jeśli już, wyglądała na… usatysfakcjonowaną.

Zatrzymałam się w progu, krzyżując ręce na piersi.

— W jakiej sprawie?

Tata odłożył widelec, z wyrazem twarzy surowym, choć pewnie wydawało mu się, że jest troskliwy. — Camille powiedziała nam, co się stało wczoraj w nocy. Z Ethanem.

Spojrzałam na nią. Odpowiedziała mi szerokimi, współczującymi oczami, tak samo fałszywymi jak jej pasemka.

Powiedziała im? Jaką wersję? Tę, w której była ofiarą — bez wątpienia.

— I? — Utrzymałam głos równy. W środku jednak kłębiły się wątpliwości. Co im powiedziała? Że przesadziłam? Że to ja robiłam dramat?

Tata pochylił się, splatając dłonie.

— Przykro nam, że tak się to skończyło, kochanie. Ale przedyskutowaliśmy to i podjęliśmy decyzję. Zorganizujemy małżeństwo między Ethanem a Camille.

Te słowa spadły na mnie jak cios, odbierając mi oddech.

Małżeństwo? Z nią? Po tym, co zrobiła?

Wpatrywałam się w niego, szukając żartu, ale jego twarz pozostawała poważna. Vivian ledwie kiwnęła głową, unikając mojego wzroku. Camille przygryzła wargę — obrazek skromnej skruchy.

— Wy… co? — Mój głos się załamał, maska opadła. Chciałam krzyczeć, przewrócić stół. Ale lata bycia tą cichą trzymały mnie w ryzach. Zamiast tego poczułam znajome ukłucie empatii; może tata nie znał całej historii.

— Tato, ty nie rozumiesz. Ona…

Uniósł dłoń. — Camille wyjaśniła. Ethan zrozumiał, że wy dwoje do siebie nie pasujecie. Tak będzie najlepiej. Ten sojusz wzmocni stado.

W tym momencie Vivian wstała od stołu, a jej krzesło zaskrzypiało o płytki. Podniosła kieliszek wina i bez słowa wypłynęła z pokoju. Obcasy stukały w korytarzu, aż w końcu ucichły.

Typowe. Nigdy nie mieszała się w rodzinne dramaty; tylko obserwowała z boku.

Tata chrząknął głośno i ciągnął dalej.

— Mam nadzieję, że zrozumiesz i nie będziesz robić zamieszania.

Powstrzymałam łzy, wpatrując się w ojca, który patrzył na mnie z tym samym zmęczonym rozczarowaniem, jakie nosił na twarzy od śmierci mojej mamy.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział