Narzeczona, którą kupił

Pobierz <Narzeczona, którą kupił> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 1

ALERA

Czym jest głupota? Głupota to decyzja, żeby skonfrontować się z nemezis swojego ojca, zamiast być w jedynej pracy, dzięki której w domu świeci się światło. Głupota to wmaszerowanie do Moretti Towers z niczym poza wściekłością i garścią odwagi, która bierze się z tego, jak bardzo odpalił cię jeden post. Właśnie tam teraz jestem — głupia, nierozważna — i wyrzuciłam przez okno konsekwencje tego, co zaraz zrobię.

W tej chwili wciąż stoję przed budynkiem i zadzieram głowę, patrząc na wysoki wieżowiec. Nadal mam czas, żeby odpuścić tę głupotę i po prostu iść do pracy. Ale nie odpuszczę. Zaszedłam za daleko, żeby się teraz wycofać.

Wygładzam koszulę i wchodzę do środka.

Ledwie przechodzę przez obrotowe drzwi, a od razu uderza mnie, jak zimno tu jest. Dreszcz przebiega mi po plecach; lekko się trzęsąc, kieruję się do recepcji.

— Cześć — mówię, ledwie ponad szeptem. — Chciałabym zobaczyć się z panem Morettim.

Recepcjonistka, aż nazbyt wypolerowana, podnosi wzrok znad biurka. Ocenia mnie spojrzeniem, zatrzymuje je na moich butach, a potem na moich niesfornych lokach.

— Ma pani umówione spotkanie?

— Nie. Ale on wie, kim jestem.

To kłamstwo. Nie wie, kim jestem, ale powinien znać mojego ojca.

Jej uśmiech jest czystą protekcjonalnością.

— Pan Moretti nie przyjmuje osób z ulicy.

— Potrzebuję tylko pięciu minut.

— W takim razie proszę wysłać maila do jego biura.

— Ja… proszę posłuchać. Proszę mu tylko powiedzieć, że jest tu Alera Vance. Będzie wiedział, co zrobić.

— Proszę pani. — Jej uśmiech znika. — Ma pani wyjść. Natychmiast.

Zamieram.

Kątem oka dostrzegam mężczyznę w garniturze, który zwalnia przy windzie, i kobietę w niebieskim stroju, stojącą przy strefie wypoczynkowej. Oboje odwracają się i gapią.

Od spojrzeń utkwionych we mnie robi mi się dziwnie, nieznośnie nieswojo. Znowu patrzę na recepcję.

— Proszę, proszę pani. To bardzo pilne, muszę go zobaczyć. Po prostu… może mu pani wysłać powiadomienie. On będzie wiedział, kim jestem? — błagam.

Nie odpowiada. Zamiast tego widzę, jak naciska coś pod biurkiem.

Ochrona.

Cofam się o krok, akurat gdy podchodzi do mnie dwóch mężczyzn w mundurach.

— Tędy, proszę pani.

— Nie przyszłam robić problemów — mówię szybko, próbując się uśmiechnąć. — Ja tylko… proszę, czy możecie mu po prostu powiedzieć…

Ale już mnie wyprowadzają. Nie ściskają mnie brutalnie, a jednak czuję się, jakby mnie wypychano.

W chwili, gdy drzwi zamykają się za mną, napływają łzy. Mrugam gwałtownie, odmawiając im prawa, by spłynęły.

Powinnam była po prostu iść do pracy.

Wycieram skórę pod oczami i zmuszam się do oddechu. Żołądek skręca mi się, kiedy myślę o godzinie.

— Co za strata czasu.

Ocieram oczy jeszcze raz, pociągając nosem i unikając spojrzeń, które zaczynają się na mnie skupiać.

Robię krok do przodu, potem znowu się cofam; kilka osób rzuca w moją stronę przekleństwa, a ja szepczę przeprosiny, ale oni już idą dalej. Drapię się po boku ucha. Chyba powinnam po prostu wrócić do domu. Nie ma mowy, żebym dziś zdążyła do sklepu. Powiem jej, że jestem chora.

Kiedy właśnie układam to sobie w głowie, drzwi znów zaczynają się poruszać. Odwracam się i staję twarzą w twarz z grupą mężczyzn w garniturach wychodzących na zewnątrz.

Dwóch idzie przodem, ale ja skupiam się na trzecim — idzie za nimi, patrząc w telefon.

To Dante Moretti.

Nie wierzę własnym oczom. Jego bezczelnie chamska recepcjonistka właśnie mnie wyrzuciła, bo nie mam umówionego spotkania z tym wszechmocnym draniem. Nie mogę uwierzyć w swoje szczęście.

On i jego ludzie ruszają w stronę eleganckiego samochodu, dając mi do zrozumienia, jak szybko mogę stracić tę szansę, jeśli nie zadziałam natychmiast.

Złość na widok, jak porusza się, jakby był właścicielem całego świata, pcha mnie do przodu i bez zastanowienia mój cichy głos woła: „Halo!”

„Panie Moretti?”

„Panie Moretti!”

Najpierw odwraca się dwóch mężczyzn i podchodzą do mnie, po czym natychmiast nie pozwalają mi zbliżyć się do Dantego.

— Hej! Puśćcie!

Wyrywam ramię, ale garnitury, które mnie trzymają, mają to gdzieś. I tak napieram do przodu, krzycząc ponad ich ramionami:

— Muszę tylko z nim porozmawiać! On mnie zna!

Jeden z nich odpycha mnie do tyłu.

— Proszę się odsunąć, panno.

— Powiedziałam… — Głos mi się łamie, ale brnę dalej. — …chcę tylko z nim porozmawiać!

Nawet na mnie nie patrzą. Skupiają się na tym, żeby usunąć mnie z pola widzenia, zanim on mnie zauważy.

Więc robię jedyną rzecz, jaka mi została. Czyli najgłupszą rzecz, jaką dziś zrobiłam.

— Ty pieprzony złodzieju! — słowa wyrywają mi się, zanim zdążę je powstrzymać. — Odpowiedz mi!

Wszystko wokół zamiera. Ochroniarze zastygają, a kilka osób na chodniku zwalnia, żeby popatrzeć, jak się kompromituję.

Ta uwaga natychmiast osłabia moją determinację, ale jest już za późno, by się wycofać, bo Dante Moretti, mężczyzna, który trzy lata temu zniszczył firmę mojego ojca, powoli odwraca się w moją stronę.

A mnie momentalnie wysycha w gardle.

Zdjęcia w internecie mnie na to nie przygotowały. Nawet w najmniejszym stopniu. Tak samo jak moje wspomnienie z czasu, gdy był w moim pobliżu, nie oddaje sprawiedliwości mężczyźnie, który stoi teraz przede mną. Jest o wiele wyższy, niż pamiętałam — a może to ja jakoś się skurczyłam? Zdecydowanie jest też szerszy w barach. I tak przystojny, że to rozprasza do tego stopnia, iż prawie zapominam, po co tu jestem.

Prawie.

Unosi jedną dłoń, porusza palcem, a mężczyźni, którzy mnie powstrzymywali, natychmiast mnie puszczają. Wyrywam ramię, pocierając obolałe miejsce, w które jeden z nich wbił mi palce.

Ale kiedy rusza w moją stronę, zamieram. Zmuszam nogi, żeby się poruszyły, ale odmawiają posłuszeństwa, trzymając mnie przykutą do jednego miejsca. Cała odwaga, z którą tu maszerowałam, znika jak ręką odjął.

Jest już blisko. I patrzy na mnie z góry, jakbym była jakimś owadem, który zabłąkał się do jego idealnego świata.

A jego oczy — lodowato błękitne, tak zimne, że przechodzą mnie dreszcze — przygważdżają mnie do ziemi. Chcę uciec, ale nie potrafię. Nie kiedy patrzy na mnie w ten sposób.

Nie mówi ani słowa. Po tym, jak na mnie spogląda, nie umiem stwierdzić, czy jest w jego oczach rozpoznanie, czy kompletnie nic.

Wtedy nagle jego uwaga się zmienia. I spogląda mi ponad ramieniem.

Instynkt każe mi się odwrócić, ale zanim zdążę się ruszyć, jego dłonie lądują stanowczo na moich ramionach. Unieruchamiają mnie.

Kciuk zahacza pod moim podbródkiem, zmuszając mnie, żebym uniosła głowę. Na ten dotyk rozszerzają mi się oczy.

— Spokojnie — przeciąga swoim głosem z włoskim akcentem.

— Co…?

Nie pozwala mi dokończyć i przyciska swoje usta do moich.

Ta ruchliwa ulica na Manhattanie nagle cichnie.

Mój mózg się zawiesza, przestaję oddychać. I jedyne, o czym potrafię myśleć, to…

O. Cholera.

Dante Moretti mnie całuje, na oczach przypadkowych przechodniów.

I w całej mojej dzisiejszej głupocie nic nie mogło mnie przygotować na ten absurdalny zwrot wydarzeń.

Następny rozdział