Lunarna Królowa

Pobierz <Lunarna Królowa> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 6 Rozdział 6

POV Lyric

Kiedy docieram do szpitala watahy, dr Grant nawet nie zadaje pytań — i to samo w sobie mówi mi, jak bardzo źle się zrobiło, jak bardzo przywykła do oglądania mnie w takim stanie. Oczyszcza ranę i zakłada szwy. Mimo że jestem wilkołakiem, jeszcze się nie przemieniłam, więc nadal goję się wolno — szybciej niż człowiek, ale wolniej niż wilk po przemianie.

Obwiązuje mi bok i każe przez najbliższe dwa dni odpuścić, aż dojdę przynajmniej do połowy gojenia.

— Lyric, kochanie, wiem, że obiecałam, że nic nie powiem, ale to zaczyna wymykać się spod kontroli — mówi dr Grant.

— W zeszłym miesiącu było pęknięte żebro, miesiąc wcześniej złamana ręka — dodaje ciszej.

Gdy słyszę to na głos, brzmi gorzej, niż kiedykolwiek brzmi w mojej głowie — i nienawidzę tego, że ma rację.

— Spokojnie, pani doktor, ogarniam to. Mam plan — mówię, zeskakując z kozetki, choć te słowa są jakieś… za cienkie, jakby nie miały w sobie tyle pewności, ile powinny.

— Obyś zdążyła, zanim stracisz życie — odpowiada.

To uderza mocniej niż cokolwiek, co powiedziała wcześniej.

— Nie martw się, przysięgam, wszystko jest okej — rzucam i ruszam do drzwi, bo powiedzenie tego na głos to jedyny sposób, żebym mogła udawać, że to prawda.

Kiedy wychodzę, Winter krąży nerwowo pod drzwiami gabinetu.

— Wszystko w porządku? — pyta, gdy mnie widzi.

— Jest okej, powiedziała, żebym trochę odpuściła — odpowiadam.

„Jest okej” jest łatwiejsze niż tłumaczenie. „Jest okej” jest bezpieczniejsze.

— Lyric, musimy pogadać o tym, co się stało — szepcze Winter, pilnie, jakby bała się, że zaraz zniknę.

Rozglądam się, zanim odpowiem, kiedy już wychodzimy na zewnątrz.

— Nie ma o czym gadać. Ona po prostu chce, żebym trzymała się z dala od Masona. To powinno być proste — robiłam to przez ostatnie osiem lat. Co to jest jeszcze jeden? — mówię, wzruszając ramionami, idąc w stronę domu watahy i próbując zabrzmieć, jakby to była błahostka, chociaż już dawno przestało nią być.

— Lyric, widziałaś go dzisiaj w szkole? Mason nie zamierza trzymać się od ciebie z daleka — mówi i staje przede mną, zagradza mi drogę.

— No właśnie nie wiem, co mu odbiło… czemu teraz? — pytam, zamierając, bo mój mózg sam odpowiada na to pytanie.

To olśnienie nie przychodzi powoli — wali we mnie naraz, ciężkie i nie do podważenia.

— Jest moim partnerem — mówię na głos.

Te słowa brzmią jednocześnie źle i właściwie, jakby coś we mnie przestawiło się bez ostrzeżenia.

— O Boże. Nie. Ona mnie zabije — szepczę.

Patrzę na Winter i czuję, jak panika oblewa mnie falą, szybką i przytłaczającą, jakbym nie była w stanie jej wyprzedzić choćby o krok.

— Uspokój się, Lyric — odzywa się Nova.

— On jest naszym partnerem. Ona— ona mnie zabije — mówię do Novy.

Oddech mi przyspiesza, obraz zaczyna się rozmazywać, świat przechyla się, jakby ciężar tego wszystkiego spadł na mnie naraz.

— Nie mogę oddychać — mówię.

Słyszę głos Winter, ale jest przytłumiony, jakbym już odpływała od wszystkiego dookoła.

Nagle czuję, jak się uspokajam — jakby coś sięgnęło do środka i przytrzymało mnie w pionie, zanim kompletnie się rozsypię — i kiedy obraz mi się wyostrza, mówię:

— Mason.

Jego imię wymyka mi się, zanim zdążę je zatrzymać, jakby moje ciało rozpoznawało go wcześniej niż mój umysł nadążał.

„Wszystko w porządku?” — pyta.

„Tak, nic mi nie jest” — odpowiadam cicho, prawie szeptem.

Dźwięk jego głosu coś we mnie uspokaja — i to przeraża mnie bardziej niż przed chwilą ta panika.

Nie.

Odsuwam się od niego gwałtownie, jakbym się sparzyła, bo mózg wreszcie dogania to, co się dzieje.

Rzeczywistość wraca z hukiem, ostra i bezlitosna.

„Dzięki, ale muszę iść” — rzucam i pędzę w stronę siedziby watahy.

„Będzie dobrze. Może się nie dowie” — odzywa się Nova.

„Kogo ty chcesz oszukać? Widziałaś go dzisiaj?” — warczę do niej, bo udawanie niczego mi nie załatwi.

„Po prostu muszę trzymać się od niego jak najdalej przez następny rok, unikać Summer, a potem go odrzucić” — mówię jej.

Brzmi jak plan — ale już teraz czuję, że to mission impossible.

Nova skomle w mojej głowie, urażona i roztrzęsiona.

„Wiem, że nie chcesz tego słyszeć, Novo, ale ona mnie zniszczy, jeśli dowie się przed moimi urodzinami w przyszłym roku” — mówię.

I po raz pierwszy to nie brzmi jak przesada — to brzmi jak pewnik.

„Musimy trzymać się od niego z daleka” — upieram się.

Ona skomle jeszcze bardziej, po czym cofa się na tył mojego umysłu, odgradza się ode mnie, jakby trzaskała drzwiami.

Nawet ona wie, że to nie będzie takie proste, jak próbuję to sobie wmówić.

Jest wściekła i rozbita przez swojego partnera, ale wiem, że rozumie dlaczego.

POV Masona

Kiedy Winter łączy się ze mną i każe mi przyjechać do szpitala watahy, bo z Lyric jest coś nie tak, żołądek spada mi gdzieś do pięt — ostry, natychmiastowy odruch, którego nawet nie próbuję kontrolować. Kane wymusza przemianę, zanim zdążę to w ogóle przetrawić.

W jednej sekundzie jeszcze myślę — w następnej już jestem w ruchu.

Kiedy docieram na miejsce, są na parkingu, a Lyric wygląda, jakby miała zaraz zemdleć od hiperwentylacji.

Słyszę, jak mówi, że nie może oddychać, więc od razu wracam do ludzkiej postaci i dopadam do niej, a cała reszta świata znika — zostaje tylko ona.

Obejmuję jej twarz dłońmi, czuję pod palcami ciepło policzków, i każę jej się uspokoić.

W końcu jej oddech się wyrównuje.

W tej samej chwili coś we mnie też się uspokaja — i nie podoba mi się, jak bardzo to jest ze sobą połączone.

To, jak wypowiada moje imię, kiedy mnie zauważa, odbiera mi oddech i sprawia, że natychmiast twardnieję — reakcja jest szybka, bezczelnie oczywista i nie do zignorowania.

Wygląda na to, że dociera do niej w pełni, że to ja stoję przed nią, bo dziękuje mi, a potem ucieka.

I tak po prostu znowu jej nie ma — a ja czuję to od razu.

Odwracam się do Winter, oczy mi płoną, a moja aura uderza w nią jak taran.

Zmiana jest natychmiastowa — z troski w wściekłość, tak szybko, że ledwo to wygląda na kontrolowane.

„Co ty, do cholery, tu robiłaś?” — warczę do niej.

Spuszcza głowę w geście uległości.

„Ktoś dźgnął Lyric dzisiaj w szkole” — cedzi przez zęby.

„Co?” — warknę.

Jedno słowo ledwo mieści to, co mnie właśnie zalewa.

Moje ciało zaczyna drżeć, kiedy szarpię się z Kanem o kontrolę.

Wściekłość uderza mocno, szybko i głębiej, niż powinna.

„Kto?” — wypluwam.

„Nie wiem, alfa. Powiedziała, że nie widziała kto” — odpowiada.

„Masz się dowiedzieć” — syczę, puszczam ją i w trakcie przemiany ruszam biegiem w las.

Nie czekam. Nie myślę. Po prostu się ruszam.

Kto mógł jej to zrobić?

Bo ktokolwiek położył na niej ręce…

nie tylko przekroczył granicę —

właśnie zrobił z siebie mój problem.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział