Rozdział 3 3
CORA
Nadal stoję tam, gdzie ten dupak zostawił mnie wepchniętą w kąt. Mam potargane, spocone włosy, a szczęka boli mnie od tak mocnego zaciskania zębów. Chciałabym stąd wyjść, ale utknęłam z dwóch głównych powodów.
Pierwszy jest taki, że mężczyzna, który właśnie uratował mnie przed Panem Oblechem z Łapskami, w tej chwili przypala mnie spojrzeniem. Wygląda tak, jakby testosteron miał twarz. Czysta, falująca męskość. Oczy jak zakonserwowany miód. Dłonie, które nawet teraz napinają się i rozluźniają, jakby były zdolne do o wiele więcej.
Drugi powód jest taki, że jeśli ruszę się z tego kąta, Książę Testosteron i wszyscy gapiący się ciekawscy zobaczą na własne oczy mój goły tyłek.
Bo kiedy ten oblech próbował mnie obmacać, rozdarł mi sukienkę na całej długości tylnego szwu. Czuję zimny powiew klimatyzacji tam, gdzie naprawdę wolałabym go nie czuć.
Nie najlepiej.
Więc w skrócie moja sytuacja wygląda tak: najgorętszy facet, jakiego w życiu widziałam, plus potężna wpadka garderobiana. Jestem kelnerką, nie matematyczką, ale nawet ja wiem, że z tego nie wyjdzie nic dobrego.
— Rozluźnij się — mruczy. — Nie musisz się martwić. Załatwiłem to.
— Jasne. Rozluźnić się. Pracuję nad tym. — Trudno mi mówić, biorąc pod uwagę, jak bardzo staram się nie ruszać, żeby nie rozerwać sukienki jeszcze bardziej.
Mam majaczący obraz w głowie: że po prostu zostanę przyklejona do tego miejsca do końca nocy. Mogą wieszać na moich ramionach płaszcze. Rano ekipa sprzątająca będzie musiała użyć łomu, żeby mnie wydłubać z kąta.
— Radziłbym zacząć od wdechu — sugeruje. — Wdech nosem, wydech ustami. Tego typu rzeczy. — W jego głosie pobrzmiewa nuta mrocznego rozbawienia.
Marszczę nos. — Co w tym jest dla ciebie śmiesznego?
Wygląda na to, że wcale nie przeszkadza mu mój ostry ton. — To, że wyglądasz, jakbyś miała dostać tętniaka, jeśli w najbliższym czasie nie nabierzesz powietrza.
Ma rację — naprawdę zaciskam się niebezpiecznie mocno. Choćby ze względów medycznych wzdycham i nabieram porządny haust powietrza.
I w tej samej chwili czuję, jak puszcza kolejny ścieg w szwie.
Idzie świetnie.
— Wiesz, wyglądasz na zapracowanego, ważnego człowieka — mówię, robiąc wszystko, żeby nie dopuścić do głosu narastającej desperacji. — Jestem pewna, że inni zapracowani, ważni ludzie bardzo chętnie zobaczyliby cię gdzieś indziej na tym przyjęciu, prawda?
Wzrusza ramionami. — Może. Trudno powiedzieć.
— Ale łatwo się przekonać! Mógłbyś pójść… tam, na przykład! — Wskazuję brodą w stronę tylnego trawnika. — Albo tam. Albo tam. W zasadzie gdziekolwiek. Mnóstwo osób na pewno umiera z ciekawości, żeby cię zapytać o, eee, politykę światową albo gospodarkę, albo kto twoim zdaniem wygra w tym sezonie Naked & Afraid.
Niestety Książę Testosteron nie korzysta z żadnej z moich sugestii. — To mogą poczekać. — Podchodzi odrobinę bliżej, czego naprawdę, naprawdę bym nie chciała. — Jak masz na imię?
– Kto, ja?
– Nie, ta druga dziewczyna, co kuli się w kącie.
Wymuszam śmiech. – Och, jestem nikim. Wcale nie jestem zajęta ani ważna, i nawet nie oglądam „Naked & Afraid”!
Mam wrażenie, jakby ściany się zacieśniały. W myślach składam ciche przysięgi i mam nadzieję, że jakieś bóstwa na górze słuchają i okażą mi łaskę. Będę nosić tylko spodnie do końca życia, jeśli mnie z tego wyciągniecie. Tylko proszę, na litość boską, pomóżcie mi!
Jeśli ktoś tam na górze słyszy, nie daje po sobie żadnego znaku.
On podchodzi jeszcze bliżej. Teraz czuję jego wodę kolońską. Drzewo cedrowe i szałwia. Kręci mi się od tego w głowie.
Ponad jego ramionami widzę, że większość pozostałych gości wróciła do swoich rozmów, choć wciąż czuję kilka zabłąkanych spojrzeń, które tu i tam suną w naszą stronę. Trudno patrzeć gdziekolwiek indziej niż na niego. Ma w sobie tę pewność, ten magnetyzm, który raz po raz ściąga mnie z powrotem do jego spojrzenia.
On natomiast zdaje się nie mieć najmniejszego problemu z odcięciem całego świata, żeby skupić się wyłącznie na mnie. – Jesteś dziwna.
– Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo – zapewniam go. – Serio. Na twoim miejscu bym uciekała.
Na moim też bym uciekała, dodaję w myślach.
Wciąż się nie uśmiecha ani nie zdradza żadnych oznak, że zamierza zaraz odejść. – Zapytam cię jeszcze raz: jak masz na imię?
Jeśli chodzi o kłamstwa i odwracanie uwagi, zdarłam już dno beczki. A do tego to łaskotanie zimnego powietrza na gołej skórze i to tik-tik-tik: dźwięk-slash-uczucie, jak puszczają kolejne szwy, oraz narastający strach, że jakoś, w jakiś sposób, ten przerażający facet wie, kim jestem – kim naprawdę jestem – sprawiają, że jestem o krok od powiedzenia mu prawdy.
A może po prostu mam dość kłamania. Ukrywania się. Uciekania. To już trwa lata i zaczyna mi się przejadać.
Więc otwieram usta. Moje prawdziwe imię mam na końcu języka. – Jestem—
Wtedy ktoś klepie mężczyznę w ramię.
On prostuje się i odwraca, z grymasem na ustach. Osoba, która nam przerywa, jest szczupła i wysoka, o żylastej sylwetce i burzy brązowych włosów. Na jego twarzy widać ten sam rodzaj poważnego opanowania co u Księcia Testosteronu. Takie: lepiej mnie, kurwa, nie ruszaj.
Nowy mężczyzna szepcze mu coś pilnego do ucha. Obu pogłębiają się grymasy. Ich spojrzenia uciekają w stronę trawnika.
Widzę to tym, czym jest.
Okienkiem możliwości.
Z ostatnią modlitwą do niebios, na wypadek gdyby któryś z tych niebiańskich dupków jednak postanowił się włączyć, zaciskam połówki zrujnowanej sukienki, jak tylko potrafię, obracam się na pięcie i ruszam kaczym truchtem w dół najbliższego korytarza, zanim ci dwaj zdążą się odwrócić i zorientować, że zniknęłam.
Mój plan jest prosty: znajdę jakieś ciche miejsce, żeby doprowadzić sukienkę do porządku. Potem znajdę Jorden i wyniesiemy się stąd do diabła.
Przy odrobinie szczęścia już nigdy więcej go nie zobaczę.
