Jego Nieświadoma Narzeczona

Pobierz <Jego Nieświadoma Narzeczona> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 2 Ostatnia słoma

W ogóle nie spałam.

Nie dlatego, że się bałam. Strach sprawia, że człowiek zastyga — a ja nigdy nie miałam na to luksusu.

Nie dawał mi zasnąć pewien rodzaj lodowatej złości, która osiada w kościach i nie chce odejść — nie ta, co pali gorąco i głośno, tylko taka, co siedzi cicho z tyłu głowy i ostrzy się, kiedy czekasz na poranek.

W mojej głowie w kółko odtwarzał się głos Geralda.

Kiedy tylko ją wydamy za mąż, wszystko, co zbudował jej ojciec, będzie należało do Vivienne. Taki był plan od zawsze.

Nie od niedawna. Nie od chwili, kiedy w grę wszedł Douglas Fitch. Zawsze. Od samego początku Gerald pracował nad tym… powoli, cierpliwie, krok po kroku, każdy mały ruch starannie umieszczony we właściwym miejscu.

Jedenaście lat zarządzania majątkiem mojego ojca. Jedenaście lat legalnego dostępu do wszystkiego, co zbudował David Callum. A teraz, dzięki jednemu aranżowanemu małżeństwu, zamierzał to utrwalić na stałe.

Kiedy szare światło zaczęło przeciskać się przez zasłony, podjęłam decyzję.

Nie zamierzałam tego zaakceptować.

Potrzebowałam planu.

Gerald siedział już w gabinecie, kiedy zeszłam na dół. Drzwi zamknięte. Ta specyficzna cisza człowieka, który wczoraj powiedział wszystko, co zamierzał powiedzieć, i uznał sprawę za zamkniętą.

W tym się mylił.

Margaux była w kuchni i parzyła herbatę. Podniosła wzrok, gdy weszłam, i po jej twarzy przemknęło coś… ulga i niepokój pojawiające się dokładnie w tej samej chwili, jak zawsze, kiedy widziała mnie po jakichś trudnych przejściach.

— Mało zjadłaś na kolacji — powiedziała. Jakby to było najważniejsze.

— Muszę porozmawiać z Geraldem.

Jej dłonie znieruchomiały na kubku. — Seraphine.

— Nie. — Utrzymałam łagodny ton, bo nie była moim wrogiem. Nigdy nim nie była. Ale łagodnie nie znaczyło, że dam się odwieść od czegokolwiek. — Po prostu muszę z nim porozmawiać.

— On pracuje.

— On zawsze pracuje. A to nie przeszkadza mu podejmować decyzji o moim życiu.

Odstawiła kubek i odwróciła się do mnie przodem.

W jej oczach był ten wyraz… miłość spleciona z bezradnością, mieszanka, która definiowała moją relację z matką, odkąd pamiętam.

— Po prostu to zaakceptuj — powiedziała cicho. — Douglas Fitch jest dobrym człowiekiem. Stabilnym. Niczego by ci nie zabrakło.

Te słowa spadły na mnie jak coś płaskiego i ciężkiego.

Po prostu to zaakceptuj.

Ile razy mówiła mi jakąś wersję tych słów? Ile razy stała między decyzjami Geralda a moim oporem i wybierała drogę, która wymagała najmniej odwagi?

— Wiesz, czego by mi zabrakło, mamo? — Mój głos pozostał spokojny. — Firmy mojego ojca. Mojego spadku. Tego, co zostało mi zapisane, a co Gerald przez jedenaście lat zamieniał w swoje.

Coś zamigotało w jej oczach. Szybko — było i znikło. Jak światło zapalone w pokoju, który natychmiast znów zamknięto na klucz.

— Gerald odpowiedzialnie zarządzał tym majątkiem…

— Gerald planuje przepisać wszystko na Vivienne, kiedy tylko mnie wyda za mąż. — Uważnie obserwowałam jej twarz, kiedy to mówiłam. — Wiedziałaś o tym?

Cisza.

Nie cisza kogoś, kto słyszy to pierwszy raz. Coś bardziej skomplikowanego.

Coś, co niepokojąco przypominało ciszę kogoś, kto świadomie postanowił nie zadawać pytań, na które nie chce znać odpowiedzi.

— Powinnaś coś zjeść — powiedziała w końcu. — Zanim z nim porozmawiasz.

Podniosła kubek i wyszła z kuchni.

Przez chwilę stałam, patrząc na miejsce, gdzie przed momentem stała ona.

Potem podeszłam do gabinetu Geralda i raz zapukałam.

— Wejdź.

Siedział przy biurku. Marynarka już na nim. Dokumenty ułożone przed nim z precyzyjną, pedantyczną starannością człowieka, który lubił demonstrować kontrolę nawet w drobiazgach.

Podniósł wzrok, kiedy weszłam, a jego wyraz twarzy ułożył się w coś neutralnego i cierpliwego.

To zawsze była pierwsza broń Geralda.

Zamknęłam za sobą drzwi i zostałam w pozycji stojącej.

— Chcę porozmawiać o wczorajszym wieczorze — powiedziałam.

— Wydaje mi się, że wczoraj zostało powiedziane wszystko, co istotne.

— Nie przeze mnie.

Odchylił się lekko w fotelu. Złożył dłonie na blacie. Posłał mi to spojrzenie, które zachowywał na sytuacje, w których wynik już sobie ustalił.

— Seraphine.

— Nie poślubię Douglasa Fitcha.

— Już to omawialiśmy.

— Ty mówiłeś. Ja na nic się nie zgodziłam. — Podeszłam bliżej biurka. — I chcę, żebyś miał absolutną jasność… wiem, co robisz. Wiem o przepisaniu majątku. I wiem też, że to małżeństwo nie ma nic wspólnego z moim dobrem, a wszystko z usunięciem mnie z drogi, żeby Vivienne odziedziczyła to, co zbudował mój ojciec.

Coś poruszyło się w głębi jego oczu.

Nie poczucie winy. Gerald nie miewał poczucia winy. Tylko rekalkulacja — delikatna korekta, jak wtedy, gdy szachista ocenia sytuację na nowo, bo figura poruszyła się inaczej, niż przewidywał.

— Nasłuchiwałaś rzeczy, których nie rozumiesz do końca — powiedział ostrożnie.

— Rozumiem doskonale.

— Masz dwadzieścia trzy lata, nie masz żadnej legitymacji prawnej ani niezależnego dostępu do jakichkolwiek rejestrów finansowych związanych z majątkiem twojego ojca. — Powiedział to bez podnoszenia głosu. Bez okrucieństwa. Po prostu proste, precyzyjne fakty, podane jak wyrok. — Nie masz prawnika. Nie masz żadnych nacisków. I nie masz możliwości podważenia czegokolwiek, co zrobiłem, na drodze prawnej, bo wszystko, co zrobiłem, mieściło się w ramach umowy powierniczej, którą podpisał twój ojciec.

Zacisnęłam szczękę, raz.

— Co więcej — ciągnął — układ z Douglasem Fitchem idzie do przodu niezależnie od tego, co o nim czujesz. Twoja współpraca ułatwiłaby ten proces. Ale nie jest wymagana.

W pokoju panowała absolutna cisza.

Miał rację. I właśnie ta część sprawiała, że dłonie chciały mi zadrżeć — miał całkowitą rację. Nie miałam nic. Żadnej legitymacji. Żadnego dostępu. Żadnej drogi wejścia żadnymi konwencjonalnymi drzwiami. Gerald spędził jedenaście lat, upewniając się, że tak będzie.

— Nie ujdzie ci to na sucho — powiedziałam.

To nie była groźba. To była obietnica.

Gerald podniósł pióro. — Czy to wszystko?

Utrzymałam jego spojrzenie jeszcze przez sekundę.

Potem odwróciłam się i wyszłam.

Przedpołudnie spędziłam w bibliotece uniwersyteckiej.

Nie na zajęciach. Na researchu. Skoro Gerald chciał mi przypomnieć, że nie mam legitymacji prawnej, to najszybszym sposobem, żeby to zmienić, było zrozumienie dokładnie, jaką pozycję mogę zbudować — i jak szybko mogę to zrobić.

Trzy godziny. Cztery bazy danych prawniczych. Każdy publiczny dokument powiązany z Callum Corporation, którego nie zakopano albo nie utajniono.

To, co znalazłam, położyło mi lodowaty ciężar w żołądku.

Nieścisłości. Drobne — takie, które mają być niewidoczne, jeśli nie szuka się ich konkretnie.

Przeniesienie praw spółki zależnej, złożone osiem lat temu, z podpisem świadka, którego nie dało się powiązać z nikim figurującym w rejestrze prawniczym.

Klauzula o rozszerzeniu zarządu, zatwierdzona sześć lat temu, z dokumentacją odwołującą się do posiedzenia rady, po którym nie potrafiłam znaleźć żadnego śladu.

Gerald nie tylko odziedziczył kontrolę nad majątkiem mojego ojca przez małżeństwo. Po cichu poszerzał tę kontrolę, dokument po starannie złożonym dokumencie.

Fotografowałam wszystko i szukałam dalej.

Wczesnym popołudniem wiedziałam już dość, żeby zrozumieć, że coś jest głęboko nie tak. Za mało, żeby to udowodnić. Jeszcze nie. Ale wystarczająco, by wiedzieć, że potrzebuję prawnika… prawdziwego, całkowicie poza siecią Geralda — i potrzebuję go natychmiast.

I tu popołudnie się rozsypało.

Recepcjonistka w pierwszej kancelarii zatrzymała mnie, zanim skończyłam drugie zdanie.

W drugiej byli uprzejmiejsi, ale odpowiedź była taka sama.

Trzecia nawet nie pozwoliła mi porządnie przejść przez drzwi.

Kiedy w czwartej młodszy prawnik obdarzył mnie współczującym uśmiechem i wręczył wydruk z listą innych biur, do których mogłabym spróbować, stałam już na chodniku w centrum miasta, nie mając dokąd pójść, z tym szczególnym rodzajem wyczerpania, który bierze się nie z wysiłku, tylko ze ścian.

Gerald miał znajomości w tamtych biurach. Nie potrafiłam tego udowodnić, ale czułam to w każdym zbyt gładkim odesłaniu dalej, w każdej wyćwiczonej odmowie.

Przygotowywał się na ten moment od lat.

Znalazłam kawiarnię po drugiej stronie ulicy. Ciężko opadłam na pierwsze wolne krzesło, jakie zobaczyłam, i zamówiłam kawę, której nawet nie poczułam.

Za oknem popołudniowe światło bladło.

Przyciskałam dłonie do twarzy.

Mój ojciec zbudował coś prawdziwego i znaczącego. A człowiek śpiący w jego domu, noszący jego rolę, wydający jego pieniądze przez jedenaście lat rozmontowywał to kawałek po kawałku, podczas gdy moja matka parzyła herbatę i mówiła mi, żebym akceptowała rzeczy takimi, jakie są, a świat toczył się dalej, zupełnie niewzruszony.

Musiała istnieć inna droga wejścia.

Telefon zawibrował na blacie.

Gerald.

Asystent Douglasa Fitcha skontaktuje się z tobą jutro, aby rozpocząć wstępne formalności. Bądź dostępna.

Wpatrywałam się w wiadomość przez długi czas.

Jutro. Działał tak szybko. Co oznaczało, że to jedyne okno, jakie miałam, zamykało się szybciej, niż obliczyłam.

Odwróciłam telefon ekranem do dołu na stoliku.

Gdzieś za mną krzesło cicho zaszurało po podłodze.

— Wyglądasz jak ktoś, kto właśnie odkrył zasady gry, w którą gra od lat — odezwał się głos.

Odwróciłam się.

Starsza kobieta usadowiła się na krześle naprzeciwko mnie. Elegancka. O srebrnych włosach. Patrzyła na mnie wzrokiem ostrym w ten sposób, który bierze się z dziesięcioleci zauważania tego, co innym umyka.

Nie słyszałam, jak siada.

— Nie znam pani — powiedziałam ostrożnie.

— Nie. — Podniosła menu niespiesznie poruszając palcami.

— Ale znałam twojego ojca.

Wszystko we mnie znieruchomiało.

— Nazywam się Odette Morrow — powiedziała. Odłożyła menu i spojrzała mi prosto w oczy. — I myślę, że nadszedł czas, żebyśmy odbyły rozmowę, o którą twój ojciec poprosił mnie, żebym z tobą przeprowadziła.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział