Elfka i jej Alfa

Pobierz <Elfka i jej Alfa> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 5

Lirael

Wyciągnęłam jedną dłoń w górę, żeby łapać krople deszczu, patrząc, jak zbierają się w mojej dłoni jak maleńkie lustra odbijające światło księżyca, i poczułam, jak coś w mojej piersi pęka. Nie łamie się — otwiera. Jak drzwi, które przez trzy lata trzymałam zamknięte na klucz, wreszcie rozwarły się na oścież.

A wraz z tym przyszła wściekłość.

Zimna. Przejrzysta. Krystaliczna.

Jestem na zewnątrz — pomyślałam, a gniew, który podtrzymywał mnie przez trzy lata niewoli, skrystalizował się w coś ostrzejszego, czystszego, bardziej skupionego niż kiedykolwiek wcześniej. Jestem na zewnątrz i wszyscy, którzy mnie tam wsadzili, zapłacą. Victoria. Jej rodzice. Każdy strażnik, który odwracał wzrok. Każdy naukowiec, który robił notatki, kiedy mnie torturowali.

Wszyscy spłoniecie.

Ale pod wściekłością mój analityczny umysł już pracował, katalogując informacje, żeby później je wykorzystać.

Ktoś inny mnie chciał. Ktoś na tyle potężny, że nawet Genesis Foundation wykonywała jego rozkazy. Ktoś, kto chciał mnie zatrzymać do „badań” — co, znając to miejsce, oznaczało jeszcze gorsze tortury niż te, które już przetrwałam.

To było przydatne. To była dźwignia. To była groźba, którą potencjalnie mogłam wykorzystać przeciwko Sebastianowi, jeśli dobrze rozegram karty.

Myśl, Lirael. Myśl. Jeszcze nie umarłaś. Jeszcze nie wróciłaś do klatki. Zamieniłaś jednego porywacza na drugiego, ale ten nie wie, do czego jesteś zdolna. Ten cię nie docenia.

Wykorzystaj to.

Sebastian wniósł mnie po trapie na najdroższy jacht, jaki kiedykolwiek widziałam. The Obsidian — widziałam nazwę wymalowaną srebrnymi literami na burcie — był pływającą fortecą: smukłe czarne linie i przyciemniane okna odbijające burzowo-ciemne niebo. Załoga — bo oczywiście ktoś taki jak on miał całą załogę — stała na baczność na wypolerowanym pokładzie, z twarzami starannie obojętnymi, choć oczy rozszerzyły im się na mój widok.

Tak, właśnie tak — pomyślałam z goryczą. Napatrzcie się. Dziewczyna w więziennym uniformie, przemoczona do suchej nitki, z obrożą, która oznacza ją jako własność. Na pewno nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliście.

Ocena w ich spojrzeniach sprawiła, że miałam ochotę krzyczeć. Miałam ochotę powiedzieć im, że w głowie mam wiedzę wartą trzech zaawansowanych dyplomów, że zbudowałam międzynarodową siatkę czarnego rynku z wnętrza pieprzonej klatki, że potrafię włamać się do dowolnego systemu, jaki tylko wskażą, i rozwalić go w drobny mak.

Ale trzymałam usta zamknięte, a twarz bez wyrazu, bo to był mądry ruch. To było przetrwanie.

Przeniósł mnie przez labirynt korytarzy — tekowe podłogi, nastrojowe oświetlenie, ciche buczenie silników pod stopami — po czym bez ceremonii posadził mnie na skórzanej kanapie w czymś, co wyglądało na główną kabinę. Natychmiast spróbowałam odpełznąć na drugi koniec, zwiększając dystans między nami tak bardzo, jak tylko mogłam.

Dalej, dalej, dalej—

Blokada genetyczna aktywowała się w chwili, gdy znalazłam się dalej niż sześć stóp od niego.

Tym razem ból był gorszy. A może po prostu bardziej go odczuwałam, bardziej byłam świadoma tego, co się dzieje. Tak czy inaczej miałam wrażenie, jakby mój układ nerwowy był rozdzierany na strzępy, jakby każdy neuron w moim ciele odpalał naraz w wrzeszczącym chórze źle źle źle.

Usłyszałam, jak krzyczę — zduszony, zwierzęcy dźwięk, którego nie potrafiłam powstrzymać — zanim zdołałam go zatrzymać.

Nie. Cholera, nie. Nie pokazuj słabości. Nie—

Ból zepchnął mnie z powrotem na poduszki; ciało zwinęło mi się w kłębek, kiedy próbowałam oddychać mimo wstrząsów. Trzęsły mi się ręce. Obraz falował. I czułam, jak łzy — prawdziwe łzy, pierwsze, jakie uroniłam od trzech lat — zbierają mi się w oczach od samej, przytłaczającej agonii.

Nie płacz. Nie waż się płakać. On chce cię zobaczyć płaczącą, chce zobaczyć, jak pękasz. Nie dawaj mu tej satysfakcji. Nie—

— Sugerowałbym — powiedział łagodnie Sebastian, rozsiadając się w fotelu naprzeciwko, jakbyśmy pili herbatę zamiast tego, że torturuje mnie bólem nerwów wywołanym przez nanoboty — żebyś się rozgościła. Przed nami długa podróż, a walka z blokadą tylko unieszczęśliwi cię jeszcze bardziej.

Pierdol się — pomyślałam, wpatrując się w niego spode łba przez zasłonę mokrych włosów. Pierdol się ze swoimi wygodnymi radami, spokojnym głosem i tą swoją cholerną, idealną mordą.

Klatka piersiowa unosiła mi się gwałtownie. Całe ciało trzęsło mi się jak w febrze. I nie potrafiłam zebrać w sobie energii na nic poza nienawidzeniem go z całych sił, z każdym włóknem swojego istnienia.

Wyglądał na kompletnie niewzruszonego, jakby wynoszenie skradzionej własności i grożenie spaleniem międzynarodowych domów aukcyjnych było dla niego po prostu kolejnym wtorkiem.

Pewnie jest — pomyślałam z goryczą. Pewnie odwala to gówno cały czas. Bogaty, wpływowy, przystojny — założę się, że w swoim uprzywilejowanym życiu ani razu nie usłyszał „nie”.

Pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach, i przyglądał mi się z takim skupieniem, od którego pełzały mi ciarki po skórze. Potem, powoli i z premedytacją, wyciągnął rękę i przeciągnął jednym palcem w dół po moim policzku.

Wzdrygnęłam się. Nie umiałam inaczej. Jego dotyk sprawiał, że skóra mi cierpła, a każdy instynkt, jaki miałam, wrzeszczał, żebym uciekała, walczyła, zrobiła cokolwiek poza siedzeniem tutaj i pozwalaniem mu, żeby mnie dotykał.

Ale obroża oznaczała, że nie mogłam uciec. A walka przynosiła tylko więcej bólu.

Więc siedziałam i znosiłam to, nienawidząc siebie prawie tak samo, jak nienawidziłam jego.

— Zagrajmy w grę — powiedział cicho i, Boże, nie podobało mi się, jak to zabrzmiało. — Sprawdzę, czy uda mi się zmusić cię do mówienia. Żebyś wydała jakikolwiek dźwięk — słowa, popiskiwania, krzyki, nie jestem wybredny.

Chyba po moim trupie.

Jego kciuk musnął moją dolną wargę i musiałam dosłownie walczyć z odruchem, żeby go ugryźć. — Wiesz, dlaczego chcę usłyszeć twój głos, mały elfiaku?

Bo jesteś kontrolującym psychopatą, którego kręci łamanie ludzi?

Trzymałam usta uparcie zaciśnięte, ale nie potrafiłam powstrzymać urwanego wdechu, kiedy jego palce przesunęły się na mój nos, zaciskając go i odcinając mi dopływ powietrza.

Skurwysyn—

— Ponieważ — ciągnął, a jego głos opadł do szeptu — teraz do mnie należysz. Każda twoja część. Twoje ciało, twój czas, twoje milczenie. A ja zawsze biorę to, co moje. Więc pytanie nie brzmi, czy będziesz dla mnie mówić — to tylko kwestia, kiedy.

Nigdy — obiecałam w myślach, choć płuca zaczęły mnie palić. Wolę umrzeć, niż dać ci to, czego chcesz.

Trzymał mój nos zaciśnięty jeszcze przez kilka sekund — dość długo, by przed oczami zaczęły mi tańczyć plamki, dość długo, by panika zaczęła drapać mnie po gardle — po czym puścił mnie nagle.

Zachłysnęłam się powietrzem, nienawidząc tego desperackiego dźwięku, nienawidząc tego, że uśmiechnął się, jakby coś wygrał.

Wstał, poprawiając mankiety, jakbyśmy właśnie odbyli zupełnie uprzejmą rozmowę. — Oczyścić ją — rozkazał kręcącej się w pobliżu obsłudze. — Nakarmić. Znaleźć jej coś do ubrania, co nie sprawi, że będzie wyglądała jak zbiegła skazanka. I niech ktoś sprawdzi, czy elfy mają jakieś specjalne wymagania dietetyczne. Nie chciałbym, żeby mój nowy pupil zachorował przez nieodpowiednią opiekę.

Pupil. Znowu to słowo. Naprawdę, naprawdę go nienawidzę.

Odwrócił się w stronę prywatnej kajuty na końcu kabiny, po czym zatrzymał się i zerknął na mnie przez ramię. — Ach, i jeszcze jedno. Ta obroża? Nie zostanie zdjęta. Nie jutro, nie za tydzień, nigdy. Więc radziłbym ci pogodzić się z nową rzeczywistością, mała bestyjko. Jesteś teraz moja i nie oddaję swoich zabawek.

Drzwi kajuty zamknęły się za nim cichym kliknięciem, które zabrzmiało jak dzwon pogrzebowy.

Siedziałam na kanapie, przemoczona do suchej nitki i trzęsąca się ze zmęczenia, wściekłości oraz pierwszych poruszeń prawdziwego strachu, i pomyślałam: Nie masz pojęcia, co właśnie kupiłeś, Nightlordzie. Żadnego pojęcia.

Myślisz, że jestem pupilem? Zabawką? Przerażoną małą bestią, która się przewróci na grzbiet i będzie posłuszna?

Dobrze. Niech tak myśli. Niech mnie lekceważy. Od trzech lat udaję głupią — mogę to ciągnąć jeszcze trochę dłużej.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział