Elfka i jej Alfa

Pobierz <Elfka i jej Alfa> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 3

Lirael

– Ja… – zaczęłam, ale mój głos wyszedł ledwie szeptem; gardło miałam ściśnięte ze strachu, a trzy lata świadomie pielęgnowanej ciszy sprawiały, że mowa wydawała się obca i dziwna. Przepraszam, nie… ja uciekałam… nie widziałam…

– Dlaczego? – powiedział, a coś w jego wyrazie twarzy drgnęło; zmrużył oczy, gdy po raz pierwszy naprawdę przyjrzał się mojemu wyglądowi – mojej podartej białej sukience i bosym stopom, splątanym srebrnym włosom i delikatnym rysom, których nawet trzy lata niewoli i głodowych racji nie zdołały całkiem zatrzeć. – Przed czym, dokładnie?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, do polany wpadli strażnicy.

Było ich czterech, dyszeli po pościgu, a ich pałki ogłuszające trzaskały elektrycznością, kiedy rozeszli się, by mnie otoczyć. Dowódca – ogromny mężczyzna z blizną przecinającą lewą brew – zatrzymał się gwałtownie, gdy zobaczył nieznajomego, i patrzyłam, jak jego mina zmienia się z drapieżnej satysfakcji w coś, co przypominało nerwowość.

– Proszę pana – powiedział tonem pełnym szacunku, od którego krew mi zamarzła. Znają go. Wiedzą, kim jest, i boją się go. – Przepraszamy za zakłócenie spokoju. Ten okaz uciekł z Eden Base podczas aktualizacji systemu. Natychmiast przywrócimy ją do aresztu i znikniemy panu z drogi.

Okaz. Słowo zawisło w powietrzu jak klątwa, a ja obserwowałam, jak oczy nieznajomego przeskakują ze strażników na mnie i z powrotem; jego twarz pozostała nieodgadniona.

– Okaz – powtórzył cicho i w jego głosie było coś, co sprawiło, że dowódca niespokojnie przeniósł ciężar ciała. – Jaki rodzaj okazu?

– Klasa S, proszę pana – odparł strażnik, a ja usłyszałam niechęć w jego głosie, świadomość, że zdradza informacje, których pewnie nie powinien. – Księżycowy Elf. Niezwykle wartościowa. Fundacja przetrzymuje ją od trzech lat – jest kluczowa dla kilku trwających projektów badawczych. Naprawdę musimy natychmiast ją odzyskać.

Patrzyłam na twarz nieznajomego, gdy przetwarzał te informacje, patrzyłam, jak za jego bursztynowymi oczami pojawia się coś drapieżnego i wyrachowanego, kiedy znów na mnie spojrzał – tym razem naprawdę, dostrzegając srebrny pieprzyk w kąciku prawego oka, to, jak światło księżyca zdawało się przylegać do mojej skóry jak drugi cień, ostre końcówki uszu ledwie widoczne spod splątanych włosów.

Księżycowy Elf.

Widziałam dokładny moment, w którym zrozumiał, ile jestem warta, co by znaczyło posiadanie mnie. Było to w lekkim rozszerzeniu oczu, w minimalnej zmianie postawy – z wściekłej na zainteresowaną – jak u kolekcjonera, który właśnie natknął się na arcydzieło w sklepie z rupieciami.

Nie. Nie, nie…

– Rozumiem – powiedział powoli, nie odrywając ode mnie wzroku. – A ten… okaz… tak się składa, że zniszczył prywatny pomnik. Taki, który ma znaczną wartość osobistą.

Twarz dowódcy stężała. – Proszę pana, rozumiemy, że to niefortunne, ale Fundacja oczywiście zrekompensuje panu wszelkie…

– Nie.

To jedno słowo przecięło powietrze jak ostrze – ostre i ostateczne. Strażnicy wymienili nerwowe spojrzenia, a ja poczułam, jak żołądek mi się zapada.

—Proszę pana? — spróbował jeszcze raz dowódca strażników. — Z całym szacunkiem, ona jest własnością Fundacji. Mamy do niej prawne roszczenie—

—Zniszczyła coś, czego nie da się zastąpić — powiedział nieznajomy, a jego głos opadł do tonu niemal przypominającego mruczenie, i z narastającą grozą patrzyłam, jak podchodzi bliżej, tam gdzie wciąż klęczałam pośród rozsypanych kwiatów. — Coś, co należało do mojego zmarłego brata. Powiedz mi… czy wasza Fundacja ma jakąś politykę rekompensowania tego rodzaju straty?

Strażnicy spojrzeli po sobie, wyraźnie niepewni. Dłoń dowódcy powędrowała ku radiu, pewnie żeby wezwać wsparcie albo poprosić o instrukcje, ale oczy nieznajomego drgnęły w jego stronę z tak ostrą intensywnością, że ręka zastygła w pół ruchu.

—Tak właśnie myślałem — ciągnął nieznajomy, schylając się, by ująć mnie za podbródek i zmusić, żebym uniosła twarz do jego spojrzenia. Jego dotyk był zimny, opanowany i przerażający w swojej łagodności. — Myślę, że zamiast tego ją zatrzymam. Uznajcie to… za zadośćuczynienie za moją stratę.

—Proszę pana, nie możemy tak po prostu… — zaczął dowódca, ale nieznajomy uciął go spojrzeniem, które mogłoby zmrozić krew.

—Zamierzasz mi powiedzieć — odezwał się cicho, niebezpiecznie — że nie mogę domagać się odszkodowania za szkody wyrządzone na mojej własnej ziemi? Bo o ile pamiętam, cały ten północny klif należy do Blackwoodów. A to znaczy, że wtargnęła na moje terytorium, zniszczyła mój pomnik i w związku z tym jest moim problemem, którym mam się zająć.

Blackwood. To nazwisko uderzyło mnie jak fizyczny cios. O, Chryste. O, kurwa. To nie jest byle jaki Alfa — to jeden z Triady. Jedna z trzech najpotężniejszych wilkołaczych rodzin na Zachodnim Wybrzeżu. A ja właśnie wpakowałam się na kapliczkę jego zmarłego brata jak pieprzona kula do wyburzeń.

Twarz dowódcy strażników pobladła i wiedziałam, że oboje właśnie zdaliśmy sobie sprawę z tego samego: Fundacja mogła być potężna, mogła mieć pieniądze, kontakty i prawników, którzy potrafiliby dyskutować o legalności nadprzyrodzonego handlu ludźmi, aż wszyscy zaangażowani umarliby ze starości, ale nie miała takiej siły, jaka płynęła z bycia jedną z rodzin Triady. Taka siła nie fatygowała się sądami, prawem ani uprzejmymi negocjacjami.

Taka siła po prostu brała.

—Oczywiście, proszę pana — powiedział w końcu dowódca, a jego głos był starannie neutralny. — My… poinformujemy Fundację o sytuacji. Jestem pewien, że będą chcieli omówić z panem bezpośrednio odpowiednią rekompensatę.

—Jestem pewien, że tak — odparł nieznajomy — Sebastian, przypomniałam sobie z szarpnięciem, Sebastian Blackwood — a jego dłoń wciąż trzymała mnie za podbródek, utrzymując moją twarz uniesioną ku jego. — A do tego czasu przejmuję nad nią pieczę. Możecie iść.

To nie była prośba.

Strażnicy odeszli, a ich kroki rozpłynęły się z powrotem w dżungli, i zostałam sama z drapieżnikiem, który teraz dokładnie wiedział, czym jestem, i dokładnie wiedział, ile jestem warta. Jego kciuk musnął moją dolną wargę w geście, który powinien być czuły, ale brzmiał jak groźba; a kiedy się uśmiechnął, nie sięgnęło to jego oczu.

—No proszę, mała Elfko — mruknął. — Wygląda na to, że mamy kilka spraw do omówienia. Zaczynając od tego, jak dokładnie zamierzasz spłacić wobec mnie swój dług.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział