Rozdział 1
Dzień był urodzinami Charlotte Spencer.
Jej mąż, Alexander Forbes, zarezerwował elegancką restaurację i wziął na siebie zaproszenie jej przyrodniej siostry, Sabriny Spencer.
Powiedział: „Z całą rodziną jest jakoś raźniej, no nie?”
Ale ledwie Sabrina weszła, od razu złapała Alexandra za rękaw i zaczęła się do niego łasić, słodka jak cukierek. „Tak mi brakuje domowych obiadów Charlotte” — westchnęła.
Alexander natychmiast odwołał rezerwację i postanowił, że jednak będą świętować w domu.
Charlotte nie potrafiła ukryć rozczarowania.
No i proszę. Znowu to samo.
Odkąd Sabrina wróciła do kraju, działo się tak stanowczo za często. Zawsze znajdowała sposób, żeby wepchnąć się z butami w ich życie.
A Alexander tylko przytakiwał i szedł za tym jak po sznurku.
Kto by nie znał sytuacji, pomyślałby, że to Sabrina jest jego żoną.
Tak jak dzisiaj — wyglądało na to, że to nie urodziny Charlotte, tylko Sabriny.
Bo jej mąż i syn siedzieli teraz w salonie, śmiejąc się i gawędząc z Sabriną, jakby byli starymi znajomymi z jednej paczki. A ona — solenizantka — od rana uwijała się w kuchni.
Kiedy o tym myślała, spojrzała na garnek z zupą w swoich rękach i uśmiechnęła się do siebie gorzko, z drwiną.
To była ta zupa, o której Alexander co chwilę jej przypominał — żeby koniecznie ugotowała ją specjalnie dla Sabriny, „na powrót do sił”.
Kiedyś, gdy chciała, żeby cała rodzina była zdrowa, ponad rok uczyła się przepisów, a codziennie wstawała skoro świt i sama gotowała zupy.
Nie spodziewała się tylko, że kiedy Alexander dowie się, iż Sabrina ciężko chorowała za granicą i wróciła, żeby dojść do siebie, każe jej gotować zupę także dla Sabriny. Codziennie.
W końcu w ostatnim czasie traktował Sabrinę lepiej niż ją — własną żonę.
Teraz, kiedy Charlotte na to patrzyła z perspektywy, aż kłuło to ironią.
Z tą myślą wyniosła garnek zupy z kuchni.
Sabrina, która siedziała przy stole jak pani domu, pogadując i śmiejąc się z jej mężem i synem, wreszcie wstała, gdy zobaczyła Charlotte. „Charlotte, ostrożnie, gorące. Pomogę ci.”
„Nie trzeba. Nie chcę, żebyś się poparzyła albo to upuściła, a potem jeszcze miała do mnie pretensje.”
Charlotte próbowała odsunąć się, mówiąc to, ale z garnkiem w rękach była o ułamek sekundy za wolna.
Palce Sabriny ledwie musnęły garnek, kiedy ta nagle odskoczyła, jakby poraził ją prąd, wrzasnęła i runęła do tyłu.
Patrząc na tę scenę, Charlotte od razu poczuła, jak w głowie zaczyna jej pulsować ból.
No i proszę. Znowu.
Na szczęście była przygotowana. Gdy tylko zobaczyła, że Sabrina idzie w jej stronę, mocniej ścisnęła uchwyty, żeby gorąca zupa się nie rozlała.
I właśnie kiedy poczuła ulgę, znajoma sylwetka przemknęła obok niej i złapała spadającą Sabrinę. Jego głos był pełen troski, jakiej Charlotte nigdy wcześniej u niego nie słyszała: „Sabrina! Nic ci nie jest?”
Twarz Sabriny pobladła, a w oczach od razu stanęły jej łzy, gdy pokręciła głową z żałosną miną. „Wszystko w porządku...”
Celowo schowała dłonie za plecami.
Alexander bez wahania złapał jej ręce i ostrożnie ujął je w swoje dłonie, przyglądając się im z bliska, po czym wypuścił powietrze z ulgą. „Dzięki Bogu, to nic poważnego.”
Pięcioletni Owen Forbes też odłożył zabawki i podbiegł, nadął policzki i zaczął dmuchać Sabrinie na dłonie.
Sabrina uśmiechnęła się przez łzy, z kropelką wciąż zawieszoną na rzęsach — wyglądała tak bezradnie, że aż serce ściskało.
Odwróciła się do Alexandra i błagalnie, ostrożnie powiedziała: „Alexander, nie miej żalu do Charlotte. Ona naprawdę nie zrobiła tego specjalnie.”
Dopiero wtedy wzrok Alexandra w końcu padł na Charlotte, którą przez cały czas kompletnie pomijał.
Ale w jego oczach nie było ani krzty ciepła, a głos miał lodowaty. „Charlotte, przeproś.”
Owen natychmiast uniósł swoją małą buzię i dorzucił słodkim głosikiem: „Mamusiu, oparzyłaś Sabrinę. Musisz powiedzieć: przepraszam.”
No i proszę. Znowu to samo.
Za każdym razem, gdy tylko pojawiał się jakiś zgrzyt z Sabriną, to Charlotte musiała przepraszać.
Jak jedzenie Sabrinie nie smakowało — Charlotte przepraszała.
Jak zupa była spóźniona o parę minut — Charlotte też przepraszała...
W tej chwili Charlotte jakby nie czuła palącego żaru, tylko jeszcze mocniej zacisnęła palce na garnku.
W oczach Sabriny mignęła iskra triumfu. „Alexander, daj spokój. Nie utrudniaj Charlotte.”
Alexander zmarszczył brwi. „Charlotte...”
Nie zdążył dokończyć, bo Charlotte nagle z hukiem odstawiła garnek na stół.
Uniósła głowę i spojrzała prosto na Alexandra, a w jej oczach była czysta, bolesna nieufność i rozczarowanie. „To ja trzymałam ten gorący garnek przez cały czas. To nie ja powinnam być oparzona?”
Alexander znieruchomiał, a jego wzrok mimowolnie zsunął się na dłonie Charlotte; poruszył lekko wargami.
„To moja wina!” Sabrina od razu się zachwiała, a jej oczy znów zaszkliły się czerwienią. „To wszystko moja wina! Nie powinnam była prosić o zupę.”
Jednym zdaniem Alexander natychmiast zapomniał, co miał powiedzieć Charlotte. „Sabrina, to nie twoja wina.”
Owen też zsunął się z krzesła i objął nogę Sabriny. „Nie płacz! Babcia mówiła, że moja mama nie boi się oparzeń.”
Patrząc na tę scenę, Charlotte nagle poczuła, jak uchodzi z niej cała siła; nawet stanie wydawało się wysiłkiem.
Okazało się, że cokolwiek by zrobiła, i tak to ona kończyła na straconej pozycji — przegrywała do zera.
„W kuchni są jeszcze inne dania.”
Wciągnęła głęboko powietrze, po czym odwróciła się i wróciła do kuchni, nie oglądając się za siebie.
Drzwi zatrzasnęły się z głuchym trzaskiem, od razu odcinając wszystko, co na zewnątrz — łącznie z uspokajającymi słowami Aleksandra i Owena kierowanymi do Sabriny.
Dopiero wtedy drżące dłonie Charlotte wreszcie puściły swój kurczowy uścisk.
Na jej dłoniach widać było przerażająco czerwony obrzęk, a piekący ból dopiero teraz, jakby spóźniony, zaczął się rozlewać.
Wsadziła ręce pod kran, pozwalając, żeby zimna woda spływała po skórze. Ból w dłoniach jakby trochę zelżał, ale serce dalej bolało ją tępym, głuchym bólem — takim, co nie puszcza, choćby człowiek chciał.
To ona się poparzyła. Jasne jak słońce.
A jednak jej mąż i jej syn obaj pierwsi rzucili się do Sabriny.
A na nią? Nawet spojrzenia. Nawet jednego: „Nic ci nie jest?”. Ani słowa troski.
No ale trudno.
Przez te sześć miesięcy, odkąd Sabrina wróciła do kraju, takie sytuacje stały się chlebem powszednim. Czy nie powinna już dawno się do tego przyzwyczaić?
Aleksander zawsze powtarzał, że Sabrina od zawsze była „taka wątła” i że za granicą tyle wycierpiała, więc oni, jako rodzina, powinni jej to wynagrodzić.
Tyle że Charlotte nie chciała wynagradzać jej niczego. Ani trochę.
Bo Sabrina była jej przyrodnią siostrą, a jednocześnie tylko o rok młodszą.
Kiedy jej matka była z nią w ciąży, ojciec Charlotte już miał romans.
Później, kiedy wszystko wyszło na jaw, jej matka umarła z żalu i wściekłości, a dosłownie następnego dnia Sabrina wraz ze swoją matką wprowadziły się do domu Spencerów.
A co dopiero doprowadziło Charlotte do szału? Na pogrzebie jej mamy Sabrina podeszła do niej z uśmiechem i wyszeptała:
— Super! W końcu twoja mama zdechła.
Do końca życia nie potrafiła wyrzucić z pamięci tej złośliwej twarzy z uśmiechem, jakby to była najlepsza wiadomość świata.
A Aleksander? Był ich sąsiadem z dzieciństwa.
Kiedy jej matka odeszła, stał cicho obok niej — był wtedy jedynym ciepłem, jedyną jasną plamą w tym całym koszmarze.
Potem dziadek zabrał ją z powrotem do rodziny Talbotów i rozdzielili się, trzymając kontakt już tylko przez listy.
Ale z czasem tych listów było coraz mniej.
Dopiero później, gdy rodziny Forbesów i Spencerów ustaliły małżeństwo, spotkali się znowu.
Tyle że wtedy Aleksander, wbrew jej woli, uparł się, że będzie zajmował się Sabriną.
Tłumaczył to tym, że przed śmiercią jej ojciec powierzył mu Sabrinę, a on uważał, że Sabrina też jest ofiarą.
Nawet Owena przeciągnął na swoją stronę.
Ze względu na Owena i przez wzgląd na to rzadkie ciepło, które Aleksander kiedyś potrafił jej dać, Charlotte na razie ustąpiła. Czekała tylko na właściwy moment, żeby obnażyć prawdziwą naturę Sabriny.
W końcu była jedyną osobą, która naprawdę wiedziała, czy Sabrina jest niewinna, czy tylko świetnie udaje.
Ale sprawy potoczyły się inaczej, niż zakładała.
Minęło pół roku i nie dość, że Aleksander faworyzował Sabrinę…
To jeszcze stopniowo nawet dziecko, które z takim trudem wywalczyła, żeby przyszło na świat, robiło się wobec niej coraz chłodniejsze — i całymi dniami trzymało się Sabriny, jakby Charlotte była tylko kimś obcym w ich własnym domu.
Być może nadszedł czas, żeby wreszcie podjąć decyzję.
Charlotte zakręciła wodę, w pośpiechu wytarła ręce i ruszyła z powrotem w stronę jadalni.
Kiedy tylko doszła do rogu korytarza, usłyszała głos Owena.
— Czemu mama jeszcze nie wychodzi? Ale ona robi dramę!
Sabrina pstryknęła go lekko w nos.
— Owen, tak się o mamie nie mówi.
Niedaleko Alexander po cichu przyglądał się Sabrinie — delikatnej, ułożonej — a w jego oczach mignęła nuta aprobaty.
Sabrina udawała, że tego nie widzi, i dalej pouczała Owena.
Ale Owen nie zamierzał odpuścić.
— Tak mówi babcia! I babcia mówi też, że mama to bezużyteczna kura domowa, co tylko umie wydawać kasę taty!
Alexander skarcił go cicho:
— Owen!
Tyle że w jego głosie nie było prawdziwej nagany — raczej obowiązek niż złość.
Sabrina od razu stanęła w obronie chłopca.
— Alexander, nie możesz tak traktować Owena. Trzeba pozwalać dzieciom się wypowiadać, bo inaczej łatwo dorobią się problemów z głową.
Alexander natychmiast zamilkł.
Mając kogoś po swojej stronie, Owen poczuł się jeszcze pewniej i podniósł głos:
— Sabrina ma rację. Mama jest za ostra, strasznie mnie wkurza.
— Sabrina jest dużo lepsza. Ona pozwala mi robić, co chcę.
Nagle wyciągnął rysunek.
— Miałem to dać mamie, ale ona cię gnębiła i nawet nie przeprosi. Nienawidzę jej!
Po tych słowach wcisnął rysunek w ramiona Sabriny.
— Sabrina, to dla ciebie. Będziesz moją mamą?
Serce Charlotte nagle poczuło się tak, jakby ktoś wyrwał z niego wielki kawał — została tylko pusta, bolesna dziura, która pulsowała tępym bólem.
Syn, którego urodziła, ryzykując życie… naprawdę chciał, żeby ktoś inny był jego mamą?
A tą osobą była Sabrina!
W jadalni Sabrina uśmiechała się i już miała coś powiedzieć, gdy nagle dostrzegła sylwetkę w rogu.
Jej spojrzenie drgnęło, po czym uśmiechnęła się jeszcze szerzej i pogłaskała Owena po głowie.
— Owen, to może zapytajmy o to tatę?
Owen pokiwał głową z entuzjazmem, aż mu się oczy zaświeciły.
Sabrina odwróciła się, chwyciła Alexandra pod ramię i lekko nim potrząsnęła, jakby to była niewinna zabawa. Jej głos zabrzmiał miękko i słodko:
— Alexander, mogę ci zadać pytanie?
Alexander jakby się tego spodziewał. Odwrócił głowę, zakaszlał niezręcznie, ale w jego tonie pobrzmiewała pobłażliwość i czułość, jakiej Charlotte nigdy wcześniej u niego nie słyszała.
— Pytaj.
Sabrina przygryzła wargę, a jej mokre oczy wpatrywały się w niego tak, jakby zebrała w sobie całą odwagę świata.
— Gdyby babcia wtedy nie zmusiła cię do ślubu i gdybym nie wyjechała za granicę… wybrałbyś mnie? — zapytała.
Powietrze momentalnie stężało.
Charlotte wstrzymała oddech, słuchając własnego serca, które waliło jak młot. Nie umiała nawet powiedzieć, czy bardziej czeka na odpowiedź, czy się jej boi.
W końcu usłyszała ten znajomy głos — niski i wyraźny…
