Rozdział 8 Może wiedział i po prostu go to nie obchodziło.
Punkt widzenia: Elara
— Dobrze. — Nie straciłam panowania nad sobą, nie zażądałam odpowiedzi, nawet nie pozwoliłam, by choćby drgnienie emocji dotknęło mojego głosu.
Odwróciłam się i ruszyłam prosto do garderoby, zostawiając go stojącego tam samego.
Damian wyraźnie nie spodziewał się, że zgodzę się tak łatwo.
Kiedy zamykałam drzwi garderoby, kątem oka dostrzegłam go w polu widzenia — stał jak wryty, z ściągniętymi brwiami, a po jego twarzy przemknął rzadki błysk dezorientacji.
Pół godziny później wyjechaliśmy.
Konwój czarnych Maybachów wyruszył z posiadłości w szyku, pędząc wzdłuż wybrzeża.
Siedziałam w ostatnim samochodzie, obserwując opancerzony wóz prowadzący przed nami.
W środku byli Damian, Vivian i Caleb.
To oni byli prawdziwą rodziną.
Dotarliśmy do Emerald Bay akurat wtedy, gdy słońce wspięło się na sam szczyt.
Cała prywatna plaża została oczyszczona przez ochronę Montgomerych.
Dziesiątki mężczyzn w czarnych garniturach i okularach przeciwsłonecznych stały w równych odstępach, a spod marynarek rysowały się kontury kabur na ramieniu.
Vivian siedziała na specjalnie przystosowanym plażowym wózku inwalidzkim, okryta ciemnym płaszczem Damiana.
Miała na głowie słomkowy kapelusz z szerokim rondem; twarz bladą, ale oczy lśniące szczęściem.
— Damian, ocean jest tu piękny. — Uniosła głowę do mężczyzny stojącego obok.
Damian trzymał jedną dłoń w kieszeni i patrzył na nią z góry.
Te lodowoniebieskie oczy — te, które budziły grozę w każdym, kto mu się naraził — były wypełnione czułością, jakiej nigdy nie widziałam skierowanej do mnie.
— Jeśli ci się podoba, będziemy tu często przyjeżdżać — powiedział cicho.
— Tatusiu! Mamusiu Vivian! Patrzcie, co znalazłem! — Caleb przebiegł boso po piasku, unosząc różową muszlę, po czym rzucił się Vivian w ramiona.
Vivian uśmiechnęła się, dotykając jego głowy. — Caleb, jesteś taki bystry. Ta muszla jest piękna.
— Chcę ją dać mamusi Vivian! — oznajmił dumnie Caleb.
Damian stał i patrzył na nich, a kącik jego ust uniósł się w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.
Stałam dziesięć metrów dalej, pod plażowym parasolem, jak duch, który tu nie pasuje.
Wiatr był zimny, przeszywał mój cienki dzianinowy sweter, ale nic nie czułam.
Po prostu patrzyłam.
Patrzyłam na nich razem nad oceanem.
Patrzyłam, jak mój syn nazywa inną kobietę mamą.
Patrzyłam, jak mój mąż składa obietnice komuś innemu.
Moje emocje były skomplikowane.
Nie rozdzierająca zazdrość, nie histeryczna złość.
Tylko głębokie zmęczenie i poczucie absurdalności.
Spojrzałam na wysoką sylwetkę Damiana, na jego włosy rozwiane wiatrem, na ostrą linię szczęki z profilu.
Wciąż wierzył, że pięć lat temu, w tamtym kasynie w Las Vegas, spotkaliśmy się po raz pierwszy.
Myślał, że był moim wybawcą — wykupił mnie od tych handlarzy narkotyków za trzydzieści milionów dolarów i tytuł pani Montgomery.
Zakładał, że przez te pięć lat byłam uległa z wdzięczności i ze strachu.
Ale Damian nie wiedział.
Może nigdy się nie dowie.
Na długo przed tamtą chaotyczną nocą w Vegas już go znałam.
Wtedy nie był jeszcze nietykalnym donem mafii.
Wtedy już wyryłam tego mężczyznę głęboko w swoich kościach.
Byłam na tyle naiwna, by wierzyć, że jeśli tylko zostanę u jego boku, jeśli będę go kochać całym sercem, w końcu ten lód stopnieje.
Myślałam, że to wzajemne ocalenie.
Okazało się, że to było morderstwo z premedytacją.
Fale rozbijały się o skały z ogłuszającym hukiem.
Vivian wyglądała na zziębniętą, lekko kaszlała.
Damian natychmiast się pochylił, szczelniej otulając ją płaszczem.
Potem odwrócił głowę, a jego spojrzenie wbiło się we mnie ponad piaskiem — chłodne i rozkazujące.
— Elara. — Podniósł głos; w tonie nie było miejsca na sprzeciw. — Chodź tu. Przesuń Vivian gdzieś, gdzie nie będzie wiało.
Spojrzałam na niego; morski wiatr rzęził i rwał jego słowa.
Otrząsnęłam się z błądzących myśli, wsunęłam dłonie do kieszeni i ruszyłam w ich stronę z twarzą pozbawioną wyrazu.
Jeden krok, drugi.
Każde stąpnięcie po miękkim piasku grzebało starą Elarę — tę głupią, żałosną — odrobinę głębiej w mojej głowie.
Teraz już dobrze.
Patrzyłam na chłodną twarz Damiana i mówiłam sobie w milczeniu.
Wkrótce nie będziesz już potrzebował mojej troski.
A ja nie będę potrzebowała ciebie.
Doszłam do wózka inwalidzkiego i ujęłam zimne, metalowe rączki.
Damian stał obok; jego wzrok prześlizgnął się po moich dłoniach.
— Pchaj ostrożnie. Omijaj skały i nierówne miejsca.
Nic nie powiedziałam, tylko nacisnęłam przycisk zwalniający blokadę i zaczęłam pchać Vivian w stronę osłoniętego miejsca przy skalnych formacjach.
Wiatr przywiewał włosy Vivian na moje dłonie, niosąc ze sobą zapach drogiej perfumy.
Mój wzrok powędrował ponad jej głową ku falującym w oddali szaroniebieskim falom.
To samo wybrzeże.
Ten sam szum fal.
Pięć lat temu, na innej plaży w Kalifornii, podjęłam decyzję, która odmieniła moje życie.
Wtedy nie wiedziałam nic o rodzinie Montgomery ani o tym, co znaczy być donem mafii.
Byłam tylko nowicjuszką, która wyrabiała sobie nazwisko w losangeleskim środowisku gemmologów.
To był najbardziej pełen nadziei okres w moim życiu — dostałam posadę w czołowej firmie zajmującej się wyceną i zaczęłam pracować z klientami, którzy mieli rezydencje w Beverly Hills.
Myślałam, że wreszcie uciekłam od toksycznej rodziny i mogę zacząć własne życie.
Rzeczywistość dość szybko zadała mi śmiertelny cios.
Moi biologiczni rodzice narobili ogromnych długów hazardowych w podziemnym kasynie w Vegas.
Kiedy lichwiarze pojawili się pod moimi drzwiami z wekslami, zrozumiałam, w jakie piekło zostałam wciągnięta.
Wyczyściłam konta bankowe, nawet sprzedałam samochód, i spłaciłam ich dług.
Myślałam, że to koniec.
To był dopiero początek bezdennej otchłani.
W ciągu kilku miesięcy pojawił się drugi dług, potem trzeci.
Kiedy odmówiłam dalszego płacenia za ich chciwość, zrobili coś, co roztrzaskało mnie na kawałki.
Namierzyli mojego największego klienta i urządzili awanturę w domu rzeczoznawczym, tarzając się po podłodze i oskarżając mnie, że kradnę biżuterię, żeby ją sprzedawać.
Moja kariera legła w gruzach.
Dom rzeczoznawczy mnie zwolnił.
Branża wpisała mnie na czarną listę.
Wszystko, co tak ciężko budowałam, zniknęło w jeden dzień.
Wyczerpana i bez nadziei — tak właśnie czułam się wobec świata pięć lat temu.
Szłam wzdłuż wybrzeża przez wiele godzin, aż woda sięgnęła mi do kolan, potem do pasa.
Myślałam, że jeśli zrobię jeszcze kilka kroków i pozwolę, by zimny ocean mnie pochłonął, to będzie po wszystkim.
W chwili, gdy miałam zamknąć oczy, fala popchnęła coś ciemnego na moje nogi.
Mężczyznę.
Miał na sobie podartą czarną koszulę, połowa jego ciała była zanurzona w wodzie, a klatkę piersiową i brzuch pokrywały przerażające rany postrzałowe.
Krew zabarwiła wodę wokół na ciemną czerwień.
Miał zamknięte oczy, twarz białą jak papier, a oddech ledwie wyczuwalny.
To był Damian, umierający.
Stałam po pas w wodzie, patrzyłam na tego obcego stojącego na progu śmierci i poczułam dziwną więź.
Oboje zostaliśmy porzuceni przez świat, oboje zawisnęliśmy na krawędzi śmierci.
Nie wiem, skąd wzięłam siłę, ale chwyciłam go za ramiona i zaczęłam ciągnąć w stronę brzegu.
Był ciężki, sam twardy mięsień.
Zużyłam każdą odrobinę siły, żeby wciągnąć go na suchy piasek.
Uklękłam obok niego, przyciskając dłonie do jego przesiąkniętej krwią klatki piersiowej, i zaczęłam resuscytację.
— Jeśli ty dasz radę przeżyć, to ja też będę żyła — obiecałam sobie, nie przestając.
To była moja ostatnia szansa na życie.
Jeśli kogoś tak bliskiego piekła można było wyciągnąć z powrotem, to może i ja zdołam przetrwać w tym zgniłym świecie.
Na szczęście jego oddech wrócił.
Przeżył.
Zadzwoniłam po karetkę z budki telefonicznej i opuściłam plażę, zanim przyjechała.
Potem już nigdy nie sprawdziłam, co się z nim stało.
Ale dotrzymałam obietnicy.
Nie próbowałam umrzeć po raz drugi.
Przeprowadziłam się do nowego miasta, znalazłam zwyczajną pracę biurową i próbowałam zakopać przeszłość oraz zacząć od nowa.
Wierzyciele z Vegas nie dali mi jednak spokoju.
Kilka miesięcy później dopadli mnie po pracy w zaułku.
Zaciągnęli mnie do kasyna.
Wytatuowani faceci z nożami próbowali w ten sposób spłacić dług.
Szamotałam się rozpaczliwie, pewna, że to już koniec.
Wtedy pojawił się Damian.
Miał na sobie nienagannie skrojony czarny garnitur, a za nim szły dziesiątki uzbrojonych ochroniarzy.
Wyglądał jak ucieleśniona śmierć — jedno jego spojrzenie sprawiło, że ci brutalni lichwiarze drżeli, klęcząc.
Po raz pierwszy zobaczyłam wtedy absolutną władzę patriarchy rodu Montgomerych.
Kazał swoim ludziom połamać wierzycielom nogi i wyrzucić ich za granicą Kalifornii jak śmieci.
Potem podszedł do mnie i zarzucił mi na ramiona swój płaszcz — pachniał cedrem.
— Elara, przyszłem po ciebie — powiedział, a jego lodowoniebieskie oczy utkwiły we mnie z intensywnością, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam.
Później posprzątał cały ten trzydziestomilionowy bałagan, który zostawili po sobie moi rodzice.
Zabrał mnie do posiadłości, zapewnił mi dostęp do najlepszej opieki medycznej, żebym odzyskała zdrowie, traktował mnie z troską, a nawet uklęknął, by mi się oświadczyć.
Byłam wtedy potwornie naiwna.
Myślałam, że pamięta tę plażę.
Myślałam, że mafijni mężczyźni mają obsesyjne kodeksy spłacania długów.
Myślałam, że cała jego życzliwość, cała jego łagodność, bierze się z wdzięczności za to, że wyrwałam go ze szponów śmierci.
Myślałam, że mnie kocha.
Przez to założenie z własnej woli przyjęłam jego oświadczyny i nosiłam pierścionek, który oznaczał mnie jako panią Montgomery.
Z własnej woli zrezygnowałam z szansy na odbudowanie kariery i uwięziłam się w tej posiadłości, gotując mu posiłki i rodząc mu dziecko.
Myślałam, że to wzajemne ocalenie.
Dopiero gdy zobaczyłam tamten raport o zgodności i usłyszałam, jak przyznaje, że poślubił mnie wyłącznie dla mojego serca, zrozumiałam, że od początku było to zaplanowane morderstwo.
On mnie nie kochał.
Pewnie nawet nie wiedział, że to ja uratowałam go na tamtej plaży pięć lat temu.
A może wiedział i po prostu go to nie obchodziło.
Dla niego jedyną moją wartością było to, że moje serce idealnie pasowało do Vivian.
Podmuch wiatru uderzył w mój kołnierz i mimowolnie zadrżałam.
Moje myśli gwałtownie wróciły do teraźniejszości.
Koła wózka inwalidzkiego chrzęściły po muszlach w piasku.
Spojrzałam w dół na Vivian, otuloną płaszczem Damiana, jak przyglądała się różowej muszelce, którą dał jej Caleb.
