Zrujnowane 6
Avery
Dom.
Z każdą kolejną sekundą spędzoną w domu mojego ojca coraz bardziej czułam, że to dom. Co było dziwne, bo kiedy tu dorastałam, nigdy nie miałam takiego wrażenia. Przynajmniej nie po śmierci mamy.
Ale teraz? Po całym tygodniu szorowania i sprzątania dekady brudu po facecie, który powinien być już na tyle stary, żeby umieć zadbać o siebie, zaczynało to wyglądać i pachnieć jak dom.
Zmienił się też mój ojciec. Jadł więcej, pił mniej i, szczerze mówiąc, wyglądał, jakby cieszył się, że jesteśmy w domu. Bardziej Parkerem niż mną, ale mogłam z tym żyć. Chciałam, żeby mój syn znał moją rodzinę. Spodziewałam się jakichś konsekwencji po tym, jak wyszłam z klubowego grilla, ale jak dotąd nic się nie wydarzyło.
Nie było też żadnego śladu Ruina. Co zaskakiwało. Ale dawało mi to szansę, żeby złapać oddech i zebrać myśli. Nigdy nie powinien był wyrywać mi telefonu. Miałam to całkowicie pod kontrolą. Wiedziałam, jak postępować z Deanem. Do diabła, znosiłam jego huśtawki nastrojów przez dziesięć lat. Ruin zrobił tylko jedno: pogorszył sprawę.
Wściekły Dean nie pozwoliłby mi zostać tu samej, a jeśli by przyjechał, nie miałabym żadnej drogi ucieczki. A taki był plan. Upewnić się, że z ojcem wszystko w porządku, że ktoś o niego dba i że nie umrze, bo mieszka w wylęgarni salmonelli, a potem zniknąć, zanim Deanowi doręczą papiery rozwodowe. To był dobry plan. Dopóki Ruin nie poszedł i… cóż, nie zrujnował go.
Dean przyjedzie, bo uzna wtrącanie się innego faceta do naszej rozmowy za osobiste zagrożenie.
Moją jedyną nadzieją było zniknąć, zanim wróci do domu i zobaczy na biurku papiery rozwodowe. A to znaczyło, że nie mam tu dużo czasu.
A wciąż musiałam porozmawiać o wszystkim z Parkerem. Już i tak był wystarczająco zdruzgotany, że spędzamy tu święta — jak zareaguje, kiedy powiem mu, że nie wracamy do domu?
— Chcesz mi powiedzieć, dlaczego naprawdę tu jesteś? — głos ojca sprawił, że podskoczyłam; woda zachlapała mi ręce i spłynęła po przodzie bluzki.
— Jestem tu, żeby się tobą zająć. — Nie odwróciłam się do niego.
— Gówno prawda, Avery, to stek bzdur. Uciekasz.
Odwróciłam się do niego z warknięciem.
— Nie waż się udawać, że cokolwiek wiesz o moim życiu. — Woda z kranu rozprysnęła się w powietrzu, kiedy gwałtownie się poruszyłam.
— Wiem, kiedy ktoś ucieka. Wiem, że jesteś mężatką, a nie nosisz obrączki. Wiem, że nie włączyłaś telefonu od grilla, a dzieciak też nie. — Jego pomarszczone oczy zwęziły się. — Wiem, że Ruin wściekał się na twojego dupka męża, kiedy wychodziłaś z grilla w zeszłym tygodniu. Ty i Ruin macie romans? Dlatego zostawiłaś męża i teraz wróciłaś do domu?
Teraz? Mrugnęłam na niego ze zdziwieniem.
— Nie sądziłam, że wcześniej byłam tu mile widziana. Wyrzuciłeś mnie, pamiętasz?
— I zostałaś z dala. A teraz ty i Ruin? Jak długo to trwa?
Dlaczego tak go interesowało to, co rzekomo jest między mną a Ruinem? Nie żeby cokolwiek było, ale jednak.
— Ruina zobaczyłam po raz pierwszy od trzynastu lat w zeszłym tygodniu, nie ma między nami nic poza historią. Odeszłam od męża, bo jest zdradzającym, emocjonalnie znęcającym się dupkiem. A po dorastaniu wśród takich mężczyzn… — Pozwoliłam, by mój wzrok opadł na jego twarz, a on szybko odwrócił spojrzenie. Winny jak nic. — Postanowiłam, że chcę dla mojego syna czegoś więcej.
— Bił cię? Ruin uważa, że cię uderzył…
I znowu wracaliśmy do Ruina.
— Ruin powinien zająć się swoimi sprawami, ty też…
Ojciec parsknął mrocznym śmiechem.
— Wygląda na opiekuńczego wobec ciebie i dzieciaka. Może to poczucie winy.
Spojrzałam na niego. Było jasne, że nie wie, iż Ruin jest ojcem Parkera. Gdyby wiedział, nie byłby taki spokojny, a to mi pasowało. Im mniej osób wie, tym lepiej.
— Ale przez jego zachowanie cały klub gada, Avery. Zaznaczył, że jesteś jego — może nie słowami, ale czynami. Jeśli planujesz wyjechać, pewnie powinnaś to z nim omówić.
Omówić to z nim? Ruin był obcym człowiekiem — jasne, obcym, z którym mam dziecko, ale wciąż obcym. Nie musiałam z nim niczego omawiać.
— Dopilnuję, żeby zrozumiał. — Rzuciłam ścierkę na blat. — Możesz dziś wieczorem popilnować Parkera?
Skinął krótko głową.
— Dokąd idziesz?
— Na zewnątrz. — Wyszłam obok niego z podniesioną głową, nie oglądając się za siebie.
— No proszę, a co my tu mamy? —
Powietrze obok mnie poruszyło się, gdy ktoś wsunął się między mój stołek a wolne miejsce obok. Moje zmysły zaatakował zapach skóry i dymu.
Motocyklista. Ale czy nie po to tu byłam? Żeby raz na zawsze udowodnić wszystkim, że między mną a Ruinem nic nie ma. A wiedziałam, że najlepszym miejscem, żeby to zrobić, jest Cooks.
— Cześć. — Uniosłam do niego brodę, z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Ale uśmiech natychmiast ze mnie spłynął. — Wicked? — Zmarszczyłam brwi. Jeśli Ruin ostrzegł wszystkich, żeby trzymali się ode mnie z daleka, to co Wicked robił, podchodząc do mnie? To nie miało najmniejszego sensu.
— Truth, mała. — Wielki facet oparł się ciężko o bar, z szerokim uśmiechem na twarzy. — Poznałaś mojego brata?
Brata? To miało sens. Kiedy przyjrzałam się uważniej, dostrzegłam między nimi drobne różnice.
Wicked był większy — wyższy i masywniejszy. Truth miał tyle samo tatuaży co jego brat, ale zdawał się preferować kolor. Pozwoliłam, by mój wzrok powędrował po tuszu na jego ramionach. Studiowałam historie, które jego tatuaże bez wątpienia opowiadały. — Przelotnie. — Upijając łyk drinka, dodałam: — Podoba mi się twój tusz.
To było absolutnie właściwe, co mogłam powiedzieć. Jego uśmiech się poszerzył.
— Naprawdę?
— Tak. — Przesunęłam palcami po jego przedramieniu. Flirtowanie nie było moją mocną stroną, ale wyglądał na zadowolonego. Może jednak nie byłam w tym aż taka beznadziejna.
— Jesteś tu z kimś?
Pokręciłam głową.
— A chcesz tu być z kimś?
Przez chwilę pozwoliłam, by cisza rozciągnęła się między nami. Jego spojrzenie powoli wędrowało po moim ciele, kiedy czekał na odpowiedź.
Nie był brzydki — wręcz przeciwnie, był diabelnie przystojny. Jeśli chodzi o mój plan, mogłam trafić dużo gorzej. Cholera, byłabym pochlebiona, gdyby do mnie podszedł, nawet gdybym żadnego planu nie miała.
— Tak naprawdę chcę, żebyś przyniósł mi kolejnego drinka. — Lekko stuknęłam go w ramię, a jego chichot wypełnił przestrzeń między nami. — Masz to. A jak mam do ciebie mówić? Jestem Truth. — Z łatwością usiadł na stołku obok, salutem dając znak barmanowi.
To było pytanie, prawda? Jeśli podam mu swoje imię, a on o mnie słyszał, będzie po wszystkim.
— Ava. Mam na imię Ava. — Technicznie to nie było kłamstwo. Byłam Avą od lat; tylko tutaj, w moim rodzinnym mieście, ludzie mówili do mnie Avery.
— No to za ciebie, Ava…
Okej, więc Truth był naprawdę w porządku. Potrafił rozmawiać i wydawał się inteligentny oraz elokwentny. Właściwie dobrze się bawiłam. To, co zaczęło się jako plan, by klub wiedział, że jestem swoją własną kobietą, szybko przerodziło się w zwyczajne cieszenie się jego towarzystwem. Nawet kiedy jego dłoń wsunęła się na moje kolano, nie odsunęłam się.
Minęło dużo czasu, odkąd jakiś mężczyzna interesował się mną jako kobietą. Jak dużo dokładnie — nie byłam pewna, ale nawet nie pamiętałam, kiedy ostatnio jakiś mężczyzna mnie dotknął.
— Odpłynęłaś, mała? — Jego dłoń przesunęła się o cal wyżej po mojej nodze; mogłabym równie dobrze mieć na sobie spódnicę albo sukienkę — moje ciało zareagowało tak, jakby dotykał nagiej skóry, a nie dżinsu.
— Tak. — Ściszyłam głos, a rzęsy musnęły mi policzek. — Przepraszam.
— Nie przepraszaj… — podszedł bliżej, a jego biodra uderzyły o moje kolana. Jakby domagał się dostępu. — Zatańczysz ze mną?
Rozejrzałam się. Było tłoczniej, odkąd zaszło słońce, ale jeszcze nie na tyle, żeby tańczyć. Przynajmniej nie teraz. Za godzinę czy dwie zacznie się zapełniać.
— Truth!
Jego imię rozdarło się od strony drzwi, a ja znieruchomiałam, gdy Ruin i Wicked weszli do środka, z ramionami przerzuconymi przez kobiety ubrane w ciuchy wyglądające na o rozmiar za małe. Odwróciłam się plecami, zaciskając kciuki, żeby tu nie podeszli.
— Hej, bracie. — Truth uniósł rękę, a jego sylwetka zasłoniła mnie przed ich wzrokiem. Dłoń, która spoczywała na mojej nodze, powędrowała na moją talię, jakby chciał, żebym trzymała się blisko niego.
— Drink? — Bez trudu rozpoznałam głos Ruina.
— Później, jestem zajęty.
Ruin i Wicked roześmiali się.
— Przyjdź do nas, jak skończysz.
— To jak z tym tańcem? — Cała uwaga Trutha wróciła do mnie.
— Może idź pogadać chwilę ze swoimi znajomymi… — Przygryzłam wargę. Pojawienie się Ruina nie było częścią planu. — Albo możemy się stąd urwać? — Sięgnęłam do jego twarzy. Moje palce przesunęły się po jego szczęce i po szorstkim zaroście.
Truth ani na moment nie stracił rytmu.
— Dokończ drinka, kochanie. — Jego dłoń objęła moją talię, przyciągając mnie do samej krawędzi krzesła. — Ale szybko, bo nie mogę się doczekać, aż będę miał cię sam na sam. — Pochylił głowę, a jego usta zawisły tuż nad moimi.
