Zrujnowane 5
Avery – Wtedy
Jeszcze jedno lato, tylko tyle mi zostało. Jeszcze jedno lato wolności, zanim będę musiała wrócić do domu. Mój ojciec oficjalnie wezwał mnie z powrotem do stada. Nie obchodziło go, że będę musiała rzucić szkołę, ale z drugiej strony nic go tak naprawdę nie obchodziło, jeśli nie miało związku z The Black Aces. Tym cholernie szemranym klubem motocyklowym, którego był prezesem. Klubem, w którym najwyraźniej wydawało mu się, że jestem jego własnością.
Rok wolności, tylko tyle mi dano, a ten rok właśnie błyskawicznie dobiegał końca. Będę musiała pożegnać się z przyjaciółmi, z zajęciami. Nawet z moim „tak jakby” chłopakiem. Nie żebym kiedykolwiek mogła powiedzieć tacie, że mam chłopaka. Był idiotycznie staroświecki jak na faceta, który przez lata zdradzał moją mamę z każdą klubową dziewczyną, na którą zdołał położyć swoje spocone łapy. Ale tak było od zawsze. Faceci mogli robić, co chcieli i z kim chcieli, a kobiety? Cóż, kobiety, zwłaszcza córki, trzymano na jakimś błyszczącym piedestale. Nie wolno ich było tknąć.
W wieku osiemnastu lat byłam jedyną dziewicą w paczce przyjaciół i oczekiwano, że tak zostanie. Wiedziałam, co mój ojciec zaplanował, wiedziałam od miesięcy. Byłam jego najlepszym narzędziem do targów. Śliczną, małą panną młodą dla jego wrogów, żmudnym sposobem, by utrzymać żelazny uścisk na klubie.
Właśnie dlatego nie zamierzałam wracać do rodzinnego miasteczka z dziewictwem wciąż na miejscu. Tak naprawdę przestało mi już zależeć, kto mi je zabierze. A przynajmniej próbowałam sobie wmówić, że nie ma to znaczenia. A jednak wlokłam nogami.
Mogłam stracić je ze sto razy, sądząc po tym, jak mój chłopak od „razem–nie razem”, Dean, naciskał, ale zawsze coś sprawiało, że mówiłam mu „nie”. To nie tak, że nie był przystojny — był, i wiedziałam, jakie mam szczęście, że udało mi się znaleźć chłopaka tak różnego ode mnie. Po prostu zawsze było w tym coś, co kazało mi się zatrzymać, co sprawiało, że go odpychałam. Tylko nie wiedziałam, co.
A jednak kończył mi się czas. Lato prawie się skończyło i jak diabli nie będę miała okazji, kiedy wrócę do domu.
— Dzisiaj wieczorem. — Nie chciałam powiedzieć tego na głos i na pewno nie chciałam niemal tego wykrzyczeć. Każda para oczu przy stole obróciła się w moją stronę.
— Co dzisiaj wieczorem? — Kiera próbowała ukryć uśmiech, ale jej nie wyszło. — W końcu zdecydowałaś, że stracisz dziewictwo dzisiaj wieczorem? — Jej głos był głośny, dużo głośniejszy, niż mi odpowiadało, ale taka właśnie była Kiera. Głośna i bezczelna tam, gdzie ja byłam cicha i powściągliwa. Byłyśmy kompletnymi przeciwieństwami, a jednak zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami od pierwszego dnia, kiedy zostałyśmy współlokatorkami.
— Będziesz, do cholery, cicho? Chociaż ścisz trochę głos. — Syknęłam, a już czułam, jak gorąco wspina mi się na policzki. Nikt się na mnie nie gapił, wątpiłam, żeby ktokolwiek w ogóle podsłuchiwał, a jednak byłam śmiertelnie zawstydzona.
W odpowiedzi tylko roześmiała się jeszcze bardziej.
— To masz kogoś na oku czy…?
— Na tym etapie myślę, że każdy się nada, to nie tak, że ja… — Urwałam, a tok myślenia kompletnie mi się rozsypał, kiedy para najpiękniejszych niebieskich oczu spotkała moje ponad jej ramieniem. I te oczy nawet nie były najlepsze. Były przyczepione do mężczyzny, który wyglądał, jakby właśnie zszedł z okładki magazynu — z artystycznie potarganymi ciemnymi włosami i hollywoodzkim, śnieżnobiałym uśmiechem, gdy rozglądał się po małej restauracji.
Uśmiech lekko mu zbladł, kiedy przyłapał mnie na gapieniu się, ale nie zniknął całkiem — zamiast tego stał się leniwy i jakoś… to było jeszcze bardziej seksowne.
— Na tym etapie co? — Kiera naciskała, a ja… zatrzasnęłam usta, odrywając wzrok od przystojniaka przy barze i wracając do przyjaciół.
Czy ja naprawdę gapiłam się na niego z otwartą buzią jak jakaś idiotka? To było jeszcze bardziej żenujące niż to, że mógł usłyszeć, że jestem dziewicą. — Na tym etapie nie sądzę, żeby miało znaczenie, kto mi je zabierze, byleby zniknęło. — Wzruszyłam ramionami, próbując udawać, ŻE MNIE TO NIE OBCHODZI.
Brwi Kiery niemal zniknęły w linii włosów.
— Nie denerwujesz się?
— Jasne, że tak. — Prawda była taka, że srałam ze strachu na samą myśl, ale przynajmniej robiąc to w ten sposób, miałam jakąś kontrolę nad własnym ciałem. Nie było mowy, żebym oddała tę część siebie jakiemuś bikerowi, którego mój ojciec dla mnie wybierze. Chciałam czegoś więcej.
Nie chciałam skończyć jak moja mama.
Chciałam czegoś więcej.
— Dlatego uważam, że upicie się dziś do nieprzytomności to najlepszy plan na przyszłość.
Rozległy się okrzyki radości, dokładnie tak, jak wiedziałam, że będzie.
Jeśli w jednej sprawie zawsze potrafiliśmy się dogadać, to w naszej wspólnej miłości do ostrego imprezowania.
— Ja… — Zerknęłam w dół na dłoń, która oplotła moje biodro, i przełknęłam ślinę. Nie powinnam była brać tego ostatniego shota. To nie tak, że nie umiałam pić i dlatego robiło mi się niedobrze — chodziło raczej o faceta przyczepionego do tej dłoni.
Co ja sobie w ogóle myślałam? Jasne, chciałam stracić dziewictwo i powiedziałam, że może być ktokolwiek. Ale nie taki ktokolwiek… Chyba powinnam przynajmniej uważać tę osobę za atrakcyjną seksualnie, prawda? A ten gość… po prostu nie. Nawet po tym, jak postawił kolejkę shotów. Wątpiłam, żeby na świecie było dość alkoholu, żeby mnie do niego przekonać. A fakt, że uznał, iż kupienie mi jednego marnego drinka oznacza, że należę do niego na całą noc, odpychał mnie jeszcze bardziej.
— Dzięki za drinka. — Czknięcie uwięzło mi w dłoni, gdy próbowałam odsunąć się od jego obmacujących rąk, nie robiąc sceny. — Ale powinnam wrócić do przyjaciół…
Rozejrzałam się nerwowo. Do przyjaciół, których nigdzie nie było widać. Typowe.
— Hej, myślałem… — jego dłoń zacisnęła się trochę mocniej. — Kupiłem ci drinka.
Zmarszczyłam brwi. — A ja powiedziałam „dziękuję”, więc…
Nie zdążyłam dokończyć. Druga para rąk objęła mnie od tyłu w talii i bez wysiłku obróciła.
— No jesteś, kochanie.
Głos był niski, a akcent dziwnie znajomy, kiedy mocne palce uniosły mój podbródek. Miałam może sekundę, by zastanowić się, kto, do cholery, mnie tak łapie, a potem miękkie usta pochwyciły moje. Nie mogłam zrobić nic poza staniem z rękami bezwładnie opuszczonymi wzdłuż ciała jak idiotka.
— Przepraszam, że się spóźniłem.
Błękitne oczy patrzyły na mnie spod ciemnych rzęs i z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że to mężczyzna sprzed chwili. Ten, w którego gapiłam się jak kretynka.
— Tęskniłaś? — Jedna muskularna dłoń objęła mój policzek, a kciuk przesunął się tam i z powrotem po kąciku moich ust.
Nie potrafiłam zrobić nic poza wpatrywaniem się w niego.
— Ja… — Dlaczego mój mózg nie działał? Nie umiałam wydusić z siebie słów. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Nie znałam tego faceta. Nawet z nim nie rozmawiałam, a jednak pocałował mnie tak, jakby robił to tysiąc razy.
— Nadal tu jesteś? — Jego ciemnoniebieskie oczy zwęziły się i przez sekundę nie miałam pojęcia, do kogo mówi, aż w końcu do mnie dotarło. Nie mówił do mnie. Mówił do faceta, który jeszcze chwilę temu próbował mnie poderwać.
— Kupiłem jej drinka… ona nie wspomniała, że…
— Nie wspomniała o chłopaku? Serio. — Dłoń, która obejmowała moją talię, zsunęła się niżej, aż objął mnie za tyłek. Ścisnął tak mocno, że pisnęłam, odruchowo wspinając się na palce, żeby się odsunąć. — No to ja wspominam teraz… więc…
— Ona nawet nie wygląda, jakby cię znała…
Wtedy podjęłam decyzję. Był na tyle miły, że przyszedł mi z pomocą i udawał mojego chłopaka; najmniej, co mogłam zrobić, to odegrać swoją rolę.
Unosząc ręce, objęłam go za szyję. Palce wplotły mi się w ciemne włosy, które podziwiałam kilka godzin wcześniej.
— Przepraszam, kochanie. — Przyciągnęłam jego głowę w dół i tym razem to ja go pocałowałam. Na początku delikatnie, ale szybko przestało takie być.
Jego język obrysował linię moich warg, a moje niemal natychmiast się rozchyliły.
— Chyba już poszedł — wyszeptałam, kiedy w końcu się od siebie oderwaliśmy. Brakowało mi tchu. Kręciło mi się w głowie w sposób, który nie miał nic wspólnego z wypitym alkoholem.
— Poszedł już dawno. — Mój udawany chłopak zaśmiał się cicho. A to było najseksowniejsze, co kiedykolwiek słyszałam. Coś głęboko we mnie zacisnęło się z potrzeby. — Taka dziewczyna jak ty nie powinna być z takim typem jak on…
— Nie? Cóż, dziękuję, że przyszedłeś mi na ratunek. Ale możesz już mnie puścić.
Jego oczy błysnęły, gdy zacisnął ramię mocniej wokół mojej talii.
— Mógłbym, ale chyba jeszcze nie chcę. Jestem Colton, tak w ogóle.
