Zrujnowane 4
Ruina
Okej, więc nie powiedziała tego na głos, nie wprost, ale nie musiała. Jej syn, Parker. Był mój.
A ona trzymała go z dala ode mnie. Nawet, kurwa, mi nie powiedziała. To było niewybaczalne.
Ale wiedziałem, że też nie jestem w tym wszystkim bez winy. Straciła wszystko, a to było przeze mnie. Musiała się czuć tak cholernie samotna — na ulicy i w ciąży, bez nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić — a jednak jakoś zdołała wyciągnąć się z tego piekła.
Mój syn wydawał się porządnym, dobrze ułożonym młodym człowiekiem. Miał więcej manier niż ja, to na pewno. Dobrze go wychowała.
I zrobiła to sama.
Ale była jedna rzecz, którą powiedziała, zanim odmaszerowała, żeby usiąść w samochodzie.
Powiedziała, że on ma ojca.
Nie byłem głupi — widziałem jasną obwódkę na jej palcu. Była mężatką albo była nią do niedawna. Ktoś inny odgrywał tatusia dla mojego dzieciaka. Ktoś inny leżał obok jej nagiego ciała. Z jakiegoś powodu zacisnęły mi się zęby. Ale kimkolwiek był ten tajemniczy facet, ja miałem coś, czego on nigdy nie mógł mieć.
Byłem jej pierwszym. To ja wsadziłem jej dziecko do brzucha. Ja.
To, że wróciła do miasta, było komplikacją — taką, której się nie spodziewałem — a timing nie mógł być gorszy, ale… „No ja pierdolę”. Ściągnąłem bandanę z twarzy, rzuciłem kask na ziemię, żeby móc szarpnąć się za włosy.
To była katastrofa.
— Problemy z kobietą?
Dopiero wtedy zauważyłem wielką, masywną sylwetkę, gdy odkleił się od ściany.
— Mało powiedziane. — Przekręciłem kark, delektując się trzaskiem, jaki wydał. Byłem spięty. Co nie dziwiło przy tym wszystkim, co się działo. — Ale tak, problemy z kobietą.
— Słyszałem, że stara miłość wróciła do miasta. — Wicked wyszczerzył zęby. — Ktoś wyjątkowy? — Przechylił głowę. Wicked był moim dobrym kumplem przez lata, zanim dostałem barwy. Dorastając, byliśmy ja i on, a potem dołączył do nas jego młodszy brat.
Nie mieliśmy przed sobą tajemnic.
— No, kurwa. — Wyprostował się do pełnej wysokości, a jego spojrzenie śmignęło mi ponad ramieniem i dopiero wtedy dotarł do mnie odgłos podjeżdżającego samochodu.
— To ta dziewczyna, którą zrujnowałeś tyle lat temu? — Jego oczy utkwiły w kobiecie za kierownicą, gdy ja odwróciłem się, żeby spojrzeć. — To Avery Waters? Cholera, bracie.
— Chcesz znać najlepsze? Ten dzieciak obok niej? Jestem prawie pewien, że jest mój.
— Żartujesz?
Czułem na sobie jego wzrok, ale już się do niego nie odwróciłem — byłem zbyt zajęty patrzeniem, jak wysiada z samochodu.
Jezu, jej tyłek.
Wicked wydał z siebie aprobujący pomruk. A moje oczy błysnęły w jego stronę, zanim zdołałem się powstrzymać.
— Nawet o tym nie myśl. — Wysyczałem te słowa przez zaciśnięte zęby.
— Nawet bym o tym nie pomyślał, bracie. — Wicked uniósł ręce, jakby chciał ogłosić niewinność, ale nie potrafił ukryć uśmiechu.
O, myślał o tym — do diabła, on wciąż o tym myślał. Widziałem to po tym idiotycznym wyrazie jego twarzy.
— Jasne, że byś pomyślał, ale ona jest nietykalna.
— Bo jest matką twojego dzieciaka? Czy dlatego, że…
Nie pozwoliłem mu dokończyć — walnąłem go w ramię.
— Bo jest mężatką, kretynie, a ostatnie, czego klub potrzebuje, to jej mąż, który się tu zjawia, bo nie umiałeś utrzymać kutasa w spodniach. — To była wymówka, której używałem, i zamierzałem się jej trzymać.
— Chcesz z nią pogadać sam, bracie? — Wicked dalej zerkał na mnie spode łba. Był różny, i niewiele z tych rzeczy było dobre, ale jedno na pewno: nie był głupi. Niewiele umykało jego uwadze.
Skinąłem lekko głową.
— Jak ma na imię dzieciak? — Zmarszczył czoło. — Cholera, dziwnie myśleć o tobie jako o ojcu.
Tak, nie mogłem się z tym nie zgodzić. To było dziwne. — Parker — powiedziałem na głos.
Skinął raz. Zrobił krok do przodu i wyszczerzył się, a Avery wyprostowała się, jej spojrzenie przeskakiwało ze mnie na niego, potem na klub za nami. Omiotła wzrokiem okolicę: od ogrodzenia z siatki po niski, ceglany budynek za nami, który kiedyś był fabryką butów. Na jej twarzy pojawił się grymas, ściągając brwi.
— Myślałam, że mówiłeś, że będzie… — uniosła brodę, a bunt sprawił, że w jej oczach zapłonął ogień.
— Grill później.
Wicked zrobił kolejny krok i jej oczy lekko się rozszerzyły, kiedy ogarnęła jego masywną sylwetkę. Ale nie odwróciła wzroku.
Łatwo było zapomnieć, patrząc na nią, że wychowała się w tym życiu. Właśnie w tym klubie.
— Jestem Wicked. — Wyciągnął rękę, a przez sekundę ona tylko się w nią wpatrywała. Potem kąciki jej ust uniosły się. — Wicked? — Jej uśmiech się pogłębił. — Czy ja w ogóle chcę wiedzieć, skąd masz taką ksywę?
Wicked parsknął śmiechem. — Raczej nie, ale jak kiedyś będziesz chciała posłuchać tej historii, to tylko daj znać. — Puścił do niej oko, a ona zaśmiała się cicho.
Flirtowała. Uświadomiłem to sobie nagle. I nie podobało mi się, że flirtuje — nie tak, nie tuż przed moją twarzą. Nie była moja; była moja tylko przez jedno lato, wiele, wiele lat temu. A jednak nie podobało mi się, że uśmiecha się do tego wielkiego dupka.
— A ty musisz być Parker?
Chłopiec skinął głową. Miał wielkie oczy. Nie chował się za ciałem matki, ale przysunął się do niej bliżej. I wtedy do mnie dotarło: myślałem, że się boi, ale on się nie bał. Podszedł do boku matki, żeby ją chronić. Moje usta wygięły się w uśmiechu.
Dobry chłopak.
— Lubisz gry wideo?
Kolejne skinienie.
— To musisz przyjść i zobaczyć nasz pokój z grami, jest tu już kilka innych dzieciaków, więc nie będziesz sam.
Parker rzucił spojrzenie na mamę. — Mamo?
— W porządku, Parker, idź i zobacz. Nie mieliśmy pokoju z grami, kiedy tu dorastałam, więc będziesz musiał mi powiedzieć, jak tam jest.
— Wiele się zmieniło, odkąd wyjechałaś — dorzuciłem niepotrzebnie i natychmiast poczułem się jak idiota. Oczywiście, że się zmieniło. Ona się zmieniła, a minęło mnóstwo czasu.
— Dasz sobie radę, mamo?
Uśmiechnęła się do niego. — Będę okej, Parker. — Potargała mu włosy. — Idź się pobaw… Wicked? — W jej oczach było pytanie i coś na kształt paniki.
— Będę na niego uważał, nie martw się.
— Nie chcę cię zostawiać, jeśli będziesz mnie potrzebować… — Parker wyglądał na niepewnego.
— Parker, idź. Nikt tutaj mnie nie skrzywdzi, obiecuję. — Pocałowała go delikatnie w czoło.
Patrzyłem, jak Wicked odprowadza mojego syna, zostawiając mnie z Avery. — Dlaczego on cię chroni? — Może powinienem zacząć od czegoś bardziej swobodnego, ale sposób, w jaki zachował się chłopak, był dziwny. Jakby już nie raz w swoim krótkim życiu musiał stawać na wysokości zadania. Ta myśl sprawiła, że palce mimowolnie mi się zacisnęły.
— Bo jesteście wielkimi, strasznymi motocyklistami. — Jej spojrzenie uciekło gdzieś za mnie.
– Nie wciskaj mi kitu, Avery. Poznałem go i wcale się nie bał, więc może mi powiesz… – wyciągnąłem do niej rękę, a ona odsunęła się, nie zostawiając mi wyboru, jak tylko opuścić dłoń wzdłuż ciała. – Twój mąż cię…
– Moje życie nie ma z tobą nic wspólnego, Ruin. Absolutnie nic. Jestem tu tylko dlatego, że nie dałeś mi innego wyjścia, więc przejdźmy do rzeczy, żebym mogła stąd wyjść. – Odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem do samochodu, a ja owinąłem palce wokół jej ramienia. Pisnęła, ale jej nie puściłem. Przycisnąłem ją między drzwiami auta a swoim cielskiem.
– Puść mnie, Ruin.
Dłoń, która ściskała jej ramię, przesunęła się; musnąłem kostką palca jej policzek, obserwując, jak jej usta lekko się rozchylają.
– Twój mąż cię uderzył? – zapytałem cicho.
– Daj spokój, Ruin. – odwróciła twarz.
– A Parkera? Biję Parkera? – Kosztowało mnie każdą odrobinę samokontroli, żeby jej nie potrząsnąć i nie wytrząsnąć z niej odpowiedzi.
– Nie, Boże, nie. On kocha Parkera… – zabrzmiała panicznie.
– Ale ciebie… – Chryste, co było w tej kobiecie, że doprowadzała mnie do takiego stanu?
– Ja… –
Nie zdążyła dokończyć. Za naszymi plecami rozległ się głośny krzyk:
– Avery pieprzona Waters, to ty?!
Avery wyrwała się i w pośpiechu pokonała dzielącą ją od tamtej kobiety odległość.
A potem były łzy, kiedy rzuciły się sobie w ramiona.
Tak, Avery wróciła do domu. Wygnana księżniczka klubu była z powrotem. Sprowadzenie jej tutaj było błędem, bo teraz nie było szans, żebym porozmawiał z nią na osobności.
Następnym razem, gdy ją zobaczyłem, stała w kuchni, opierając tyłek o niskie szafki, i miałem sekundę, żeby jej się przyjrzeć, kiedy była odwrócona plecami.
Te krągłości… schudła trochę od naszego pierwszego spotkania, ale nie wyglądała przez to chorowicie. Wyglądała na silną. A jej talia była drobniutka – taka, której pozazdrościłyby dwudziestolatki.
– Przesuń się.
Uniósłem gwałtownie głowę, mrużąc oczy, gdy jedna z dziewczyn z klubu stanęła przed nią. Zapadła cisza i już miałem wkroczyć, kiedy Avery się wyprostowała.
– Słucham? – wyciągnęła się do pełnego wzrostu, który nie mógł mieć więcej niż metr sześćdziesiąt pięć, i posłała jej mordercze spojrzenie.
– Powiedziałam: przesuń się.
– A ty niby do kogo tak mówisz, kochanie? – głos Avery był cichy. Ale wszystkie spojrzenia były wlepione w nią. – Zejdź mi z oczu. – Złość biła od niej falami. Mogła wyglądać jak mama z boiska piłkarskiego, ale pozory bywały mylące. Można było zabrać dziewczynę z klubu, ale nie dało się zabrać klubu z dziewczyny.
Uśmiechnąłem się szeroko.
– Kim ona, kurwa, jest, Ruin? – oczy klubowej dziewczyny przemknęły ponad ramieniem Avery i spotkały się z moimi. Jeśli liczyła, że przyjdę jej na ratunek, to srogo się przeliczyła.
W pewnym sensie podobało mi się, jak Avery jedzie po bandzie. Była cholernie seksowna, kiedy się wkurzała.
– To córka Cuttera. – nie mogłem oderwać wzroku od twarzy Avery. – Traktuj ją z szacunkiem. To nie jest jakaś klubowa dziwka – dodałem.
Może nie powinienem był stawać w jej obronie; świetnie potrafiła sama postawić na swoim, ale powiedziałem to bez zastanowienia. Ktoś sapnął i wiedziałem dlaczego. Nigdy wcześniej nie ująłem się za kobietą. Nawet wtedy, gdy z nią sypiałem.
Właśnie powiedziałem całemu pomieszczeniu, że Avery jest dla mnie ważna. A nie ma większych plotkarzy niż motocykliści.
To wcale nie było tak, jak oni sobie myśleli. Wymagałbym, żeby ją szanowali, wyłącznie dlatego, że jest matką mojego syna. Nie mówiąc już o tym, że jest córką Cuttera. To było aż tak proste.
— Myślałem, że już jej nie ma…
— Wygląda na to, że wróciłam, co? — Avery przewróciła oczami. — Proszę, chcieliście, żebym się przeniosła? To się przenoszę. Ktoś mi pokaże, gdzie jest pokój gier? Ktoś tutaj wylał na siebie zdecydowanie za dużo Eau De szmata.
Roześmiałem się głośno. Miała w sobie wredną stronę. To było seksowne.
— Ja cię zaprowadzę.
— Dobrze sobie tam poradziłaś. — Schody prowadzące do pokoju gier były puste. Gdzieś w oddali słyszałem śmiech, ale stłumiony.
Wzruszyła ramionami.
— Nie jestem już tą nieśmiałą dziewczyną, którą byłam…
— Nigdy nie byłaś nieśmiała, Avery. — Zatrzymałem się jak wryty przed nią i odwróciłem tak, żebyśmy stali twarzą w twarz. — Zdaje mi się, że pamiętam czas, kiedy byłaś całkiem głośna w kwestii tego, czego chcesz.
Pokręciła głową.
— Ruin, przestań z tymi wycieczkami w przeszłość. Jestem tu dwa dni i tylko to słyszę. Zaliczyliśmy numer. Spieprzyłeś mi życie, a ja musiałam zbudować nowe…
Poruszyłem się bez zastanowienia, przyciskając ciało do jej ciała.
— To nie musi być przeszłość, Avery, to…
— Mamo? — głos Parkera dobiegł z dołu, a ja natychmiast się odsunąłem. Za cholernie blisko. Musiałem zacząć pamiętać, że Avery nie była przypadkową przygodą; była matką mojego dziecka. Przespanie się z nią znowu tylko skomplikowałoby wszystko jeszcze bardziej.
— Co jest?
— Tata dzwoni.
No, cholera.
— Halo. — Avery odezwała się cicho. Jej głos był niski, kiedy odeszła ode mnie, przykładając telefon do ucha. Po tym, jak spięły się jej ramiona, było widać, że jest niespokojna. A mnie od tego zjeżyły się włosy na karku.
— Mówiłam ci, że mój tata jest chory… — mówiła cicho, prawie szeptem, ale widziałem, że Parker usłyszał. Zgarbił się.
— Przestań, Dean. Mówiłam ci, że… — ciężko westchnęła. — Ja nie… przestań na mnie krzyczeć.
Gdzie się podziała ta ognista Avery sprzed kilku sekund? Ta kobieta była złamana.
— Wracaj do pokoju gier, Parker. — Moja dłoń opadła na jego ramię i chłopak podskoczył, odwracając się do mnie; miał mokre oczy. — On zawsze na nią krzyczy i doprowadza ją do płaczu — wymamrotał, ze złością ocierając twarz. — Nienawidzę tego.
— Wiem, synu, ale ja już tu jestem, okej? Dopilnuję, żeby z mamą było dobrze.
— Obiecujesz…?
— Obiecuję… — skinąłem głową w stronę pokoju gier, a on powlókł się tam. Dopiero kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłem Avery przodem do siebie.
Miała zaszklone oczy, ale łzy nie popłynęły.
— Daj mi telefon — powiedziałem bezgłośnie. Pokręciła głową. A ja uśmiechnąłem się, wyrywając jej aparat z ręki.
— Dean, tak? Nie wiem, do kogo ty, kurwa, wrzeszczysz. — Mój głos był spokojny, gdy facet po drugiej stronie nadal krzyczał, nie zdając sobie sprawy, że to nie jego biedna żona jest po drugiej stronie. — Ale Avery jest z wizytą u rodziny.
— Kim ty, do cholery, jesteś?
— Jestem rodziną. I to ja przyjadę do ciebie z wizytą, jeśli jeszcze kiedykolwiek usłyszę, że odzywasz się do niej w ten sposób. — Zakończyłem połączenie, zanim zdążył mi odpowiedzieć. — Wszystko w porządku? Naprawdę nie musisz znosić tego gówna, Avery… zasługujesz na coś lepszego…
Jej policzek zaskoczył mnie. Głowa odskoczyła mi do tyłu.
— Nikt cię nie prosił, żebyś się wtrącał, Ruin. Właśnie sprawiłeś, że wszystko jest dziesięć razy gorsze.
