Zrujnowane 3
Avery
Jedno spojrzenie — tyle wystarczyło. Jedno przelotne zerknięcie i już wiedziałam, że to on. Nawet gdybym nie rozpoznała tych przeszywająco niebieskich oczu, ścisk w żołądku powiedziałby mi, że to on.
I od tamtej chwili jestem jak na szpilkach. Dosłownie chwiałam się na krawędzi.
Co, do cholery, on tu robił? To nie był jego dom, nie należał tutaj. A jednak wypchnął się z Cooks, jakby był właścicielem tego miejsca. Blizna na jego plecach wyglądała teraz na bardziej wygojoną. Ostatnim razem, kiedy go widziałam, dopiero co go pozszywali. Był jeszcze taki… świeży. Lśniący nowością. A teraz? Teraz wyglądał na stwardniałego.
I niebezpiecznego.
A przy tym wciąż tak cholernie seksownego, że słabły mi kolana od samego patrzenia na niego. Tak samo jak w dniu, kiedy go poznałam, tak samo jak w dniu, kiedy wbił mi nóż w plecy i zrujnował mi życie.
Myślałam, że wracając do domu, będę bezpieczna — w końcu jakie były szanse, że wpadnę na niego już pierwszego dnia?
To, że mnie zobaczył, było dodatkową komplikacją, której kompletnie nie potrzebowałam. W miasteczku tak małym jak to uniknięcie go będzie praktycznie niemożliwe.
Mój wzrok powędrował do Parkera.
Na pewno wpadnie też na Parkera, a na to po prostu nie mogłam pozwolić. Po moim trupie miał się zbliżyć do mojego dziecka.
— Mamo.
Ocknęłam się gwałtownie. Uniosłam brew, patrząc na syna na drugim łóżku.
— Możemy już iść coś zjeść?
Jedzenie, tak, będzie potrzebował jedzenia. Prawdziwego jedzenia z jakimś warzywem czy dwoma, ale sama myśl o opuszczeniu bezpiecznego pokoju wywoływała u mnie kołatanie serca. Nie potrafiłam go tam ochronić. Nie potrafiłam trzymać go z dala od brudu, który zatruł całe moje dzieciństwo. I nie chciałam tego dla Parkera. Nie chciałam, żeby w ogóle go dotknęło.
— Może zamówimy? — uśmiechnęłam się blado. — Jestem dość zmęczona po podróży.
— Mamo, no weź. Chcę pozwiedzać. To tutaj dorastałaś, prawda? Obiecałaś mi pokazać, gdzie kiedyś przesiadywałaś.
Przesiadywała? Nie było takiej możliwości na tym bożym świecie, żebym zabrała go do miejsca, w którym spędziłam większość dzieciństwa. Nigdy nie postawi stopy w klubie Black Aces.
— Parker, po ciemku nie jest tu za bardzo bezpiecznie. Bywa dość ostro, to nie jest jak w domu.
— Przez tych motocyklistów?
Zaskoczył mnie. Zmrużyłam oczy.
— Co ty wiesz o motocyklistach?
Wzruszył ramionami.
— Wcześniej spotkałem jednego. Był fajny.
Westchnęłam ciężko i opadłam na poduszkę, zaciskając powieki. Oczywiście, że spotkał. I oczywiście, że uznał to za fajne. Był dwunastoletnim chłopcem, który nie wiedział lepiej. Kiedy słyszał słowo „motocyklista”, myślał tylko o tym, co widział w telewizji.
— Po prostu wybierz coś do jedzenia, Parker. Jutro zabiorę cię na zwiedzanie, obiecuję. — Nie ostrzegałam go przed klubem. Mieliśmy tu zostać na nieokreślony czas, miał poznać swojego dziadka, więc prędzej czy później i tak zetknie się z klubem. Gdybym go od tego odciągała, tylko uczyniłabym ich dla niego jeszcze bardziej kuszącymi.
Prychnął głośno.
— Pizza. Chcę pizzę.
Nie była to opcja szczególnie zdrowa ani pełna warzyw, ale byłam zbyt wykończona, żeby się przejmować.
Pukanie do drzwi rozległo się punktualnie, ale było głośne. Brzmiało raczej tak, jakby ktoś po drugiej stronie próbował je wyważyć, a nie dostarczyć pizzę, i przez chwilę żołądek podszedł mi do gardła, gdy podniosłam się na nogi.
Ale po drugiej stronie nie stał mój przyszły były mąż — tylko ktoś o wiele gorszy.
Niebieskie oczy błyszczały, patrząc na mnie z góry, i przez sekundę zapomniałam, jak się oddycha. Dłoń odruchowo zacisnęła mi się na gardle.
— Co ty tu robisz? — mój głos był ochrypły; odchrząknęłam cicho, przymykając drzwi prawie do końca, żeby zasłonić przed nim widok na pokój za mną.
W odpowiedzi uniósł w dłoni pudełko z pizzą i przez sekundę nie potrafiłam zrobić nic poza wpatrywaniem się w nie. Czy on naprawdę mówił mi, że jest dostawcą? Przejechałam po nim wzrokiem. Ciemne włosy, kamizelka. Nie był, do cholery, żadnym dostawcą pizzy. Gdyby był, to ja byłam królową Saby.
— Słyszałem, że masz ochotę na pizzę, Avery, więc… — Jego spojrzenie prześlizgnęło się obok mnie. Próbował zajrzeć do pokoju? Po co miałby to robić?
— Chyba czas, żebyśmy porozmawiali, nie uważasz? Może na osobności.
— Nie. — Nie było mowy, żebym wpuściła go do środka. Absolutnie żadnej. — Nie mam ci nic do powiedzenia, Colton.
W kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki. — Jezu, Avery, nikt mnie tak nie nazwał od lat, ale musimy pogadać. Więc wybór należy do ciebie: albo wyjdziesz, albo mnie wpuścisz.
Nie było żadnego wyboru. Wyszłam na zewnątrz, domykając za sobą drzwi. — Zaraz wracam — zawołałam przez ramię, kiedy zamek cicho kliknął.
Jeśli myślałam, że cofnie się, żeby zrobić mi miejsce, byłam w błędzie. Stał tak blisko, że czułam zapach skóry jego kamizelki.
— Skoro teraz nie mówisz na siebie Colton, to jak mam cię nazywać? — Skrzyżowałam ramiona na piersi, wściekła, i wbiłam wzrok w ścianę naprzeciwko. Przez lata wymyśliłam dla niego więcej niż kilka określeń. Żadne nie nadawało się do przyzwoitego towarzystwa. Nie żeby Colton Smith był przyzwoitym towarzystwem. Był dupkiem.
— Ruin.
Mrugnęłam, gwałtownie odwracając głowę w jego stronę. Nazywali go Ruin?
— Jasne. Na pewno. Dostałeś to przezwisko po tym, jak spieprzyłeś mi całe życie?
Jego niebieskie oczy zwęziły się. — Wygląda na to, że całkiem nieźle sobie radzisz, Avery. — Szorstkim palcem dotknął diamentowego kolczyka w moim uchu. — Właściwie wyglądasz cholernie dobrze.
— Nie dotykaj mnie. — Chciałam się odsunąć, ale jego postura sprawiała, że było to niemożliwe. — Nigdy mnie nie dotykaj, Ruin.
— Zdaje mi się, że pamiętam czas, kiedy lubiłaś, jak cię dotykam, Avery.
Czy on mówił poważnie? Wyciągał przeszłość jak coś, co powinniśmy wspominać z rozrzewnieniem.
— No cóż, byłam głupim dzieciakiem.
— Skoro o dzieciakach mowa, chyba wcześniej poznałem twojego. Wygląda na dobrego chłopaka… — Jego wzrok opadł na dłoń przy moim gardle. I wiedziałam, czego szuka. — I widzę, że jesteś też mężatką. — Zawiesił spojrzenie na białych liniach na moim palcu serdecznym. — Wygląda na to, że zrobiłem ci przysługę tamte lata temu. Dziecko i szczęśliwe małżeństwo… — Jego oczy przeszukiwały moją twarz. — A może nie takie szczęśliwe?
Niech go szlag.
Właściwie piekło było dla niego zbyt dobre.
— Zostaw Parkera w spokoju. — Warknęłam przez zaciśnięte zęby. Ale od razu wiedziałam, że to było złe. Jego śliczne niebieskie oczy zwęziły się jeszcze bardziej.
— Ile lat ma chłopak, Avery?
Zignorowałam go całkowicie. — Po prostu zostaw nas w spokoju, Ruin. Mówię poważnie. Trzymaj się, do cholery, z daleka ode mnie i od mojego syna. — Wyrwałam mu z rąk pudełko z pizzą i odwróciłam się, popychając drzwi drżącymi dłońmi. — Po prostu trzymaj się, do cholery, z daleka.
— Ile ma lat? — Jego głos był gęsty od złości, gdy zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
Byłam w domu niespełna dobę, a już wszystko się sypało.
— To tutaj dorastałaś?
Tak, mnie też trudno było w to uwierzyć. Dom mojego dzieciństwa wyglądał na mniejszy i zdecydowanie bardziej zrujnowany. Farba dosłownie łuszczyła się z drzwi.
— Tak. — Odruchowo sięgnęłam po jego dłoń, nie dlatego, że nie był dość duży, by sam przejść przez ulicę, bo w wieku dwunastu lat radził sobie z tym bez problemu, tylko dlatego, że nikt nie powinien wchodzić do tej piekielnej dziury bez wsparcia. A ja byłam wsparciem Parkera — teraz i zawsze.
— Wow, wygląda dość gównianie, mamo.
— Nie przeklinaj. — W środku się śmiałam. „Dość gównianie” było sporym niedopowiedzeniem, ale nie zamierzałam mu tego mówić.
W oddali usłyszałam gardłowy pomruk motocykla i momentalnie znieruchomiałam, zaciskając dłoń na ręce syna odrobinę zbyt mocno, nawet nieświadomie.
Nie zrobi tego? Przecież nie zrobi tego? Pieprzony Colton. Miałam sekundę, żeby się zastanowić, skąd w ogóle mógł wiedzieć, że tu będę, kiedy w polu widzenia pojawił się potężny motocykl.
Oczywiście, że mógł się dowiedzieć. Dowiedział się, w jakim hotelu się zatrzymałam, skąd zamówiłam jedzenie, w ciągu kilku godzin od mojego przyjazdu do miasta — to wcale nie był taki wielki skok, żeby ustalił, kiedy mam odwiedzić ojca.
Znając ich, byli najlepszymi kumplami. Przecież obaj odwrócili się ode mnie tamtego dnia.
— To mój wnuk? — głos mojego ojca ryknął przez drogę; byłam tak pochłonięta wpatrywaniem się w Harleya, gdy wjeżdżał na szczyt wzniesienia, że nie zauważyłam, jak stary wyszedł do drzwi.
— Cześć, tato. — Niechętnie oderwałam wzrok od drogi i skierowałam go na dom, w którym dorastałam. Wyprostowałam ramiona, ciągnąc Parkera przez jezdnię w jego stronę. — Tak, to Parker. Parker, to twój… — Zmarszczyłam brwi. Po prostu dziwnie było powiedzieć: dziadek.
— Chucherko z niego, co? Wygląda na mięczaka.
Co jest, do cholery? Jaki dziadek mówi coś takiego o własnej krwi? Ale z drugiej strony on nigdy nie był typem opiekuńczego rodzica.
— Parker, to mój tata…
— Cutter. — Głos przebił się przez ryk motocykla, gdy silnik zgasł, a ja dostałam sekundę, żeby odzyskać panowanie nad sobą, odwracając się do mężczyzny, który tyle lat temu doprowadził mnie do upadku.
Colton Smith.
Ruin.
— Miło cię znowu widzieć, Avery. — Błysk białych zębów na jego opalonej twarzy, ten sam „zrzucający majtki” uśmiech, przez który w nastoletnich latach wpakowałam się w tyle kłopotów. — Hej, Parker. Wszystko w porządku?
— Cześć, Ruin.
Zamrugałam zaskoczona. Znali się? Jak to w ogóle było możliwe? Parker ani na chwilę nie zniknął mi z oczu, odkąd byliśmy w mieście… no, poza tamtym jednym razem.
Niech to szlag.
— Nie powiedziałeś, że twoja mama to Avery Waters. — Uśmiech Ruina robił się coraz szerszy, jakby się ze mną bawił i czerpał z tego czystą przyjemność. Co pewnie było prawdą.
— Znasz moją mamę?
Poczułam, jak spojrzenie syna osiada na mojej twarzy, choć go nie widziałam, ale ja nie potrafiłam oderwać wzroku od wysokiego mężczyzny przede mną. Ciemne włosy, zarost wcale nie ukrywał siły jego szczęki ani tego, jak pełne ma usta.
Kiedy pierwszy raz poznałam Coltona, był piękny. Ale „piękny” nawet go teraz nie opisywało. A mrok w jego oczach tylko to potęgował.
— Tak, znam twoją mamę, dzieciaku. Jest tu jak rodzina królewska. Każdy o niej słyszał. Twój dziadek był kiedyś prezydentem Black Aces. — Klepnął się w pierś, a moje oczy prześlizgnęły się po naszywkach.
Sierżant do spraw bezpieczeństwa.
Ciekawe, choć wcale nie aż tak zaskakujące.
— Cutter był swego czasu legendą. Nic dziwnego, że tak cię kręcą motocykle. — Ruin puścił do niego oczko. — I dlatego tu jestem. Klub chce cię oficjalnie zaprosić na rodzinnego grilla. — Powiedział to do Parkera, nie do mnie. I dokładnie wiedziałam dlaczego. Mój syn omal nie zapiszczał.
Parker chciał iść.
Ja nie chciałam mieć z tym nic wspólnego. Klub był moją przeszłością. Tak samo jak to miasto i sam Ruin.
— Ja nie jestem w klubie. — Moje oczy pomknęły ku ojcu. Ale wiedziałam, że nie znajdę tam żadnej pomocy.
— Zawsze byłaś częścią klubu, Avery. To się nie zmieniło, kiedy wyjechałaś.
Kosztowało mnie wszystko, żeby nie przewrócić oczami. „Kiedy wyjechałaś”? Powiedział to tak, jakby to była moja decyzja. Jakby klub, którego częścią rzekomo wciąż byłam, nie wyrzucił mnie, do cholery, i nie zatrzasnął za mną drzwi.
Zostawili mnie z niczym.
Nie byłam im winna ani grama. Ani teraz, ani nigdy.
— Proszę, mamo, możemy pójść?
— Tak, proszę, przyjdź, Avery. — Głos Ruina był niemal szyderczy. — Tyle osób chce z tobą porozmawiać.
Chciał ze mną porozmawiać — o to mu chodziło. A to była absolutnie ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę.
— Może wpadniemy później? Jak jeszcze trochę oprowadzę Parkera. — Albo może po prostu zwiejemy z miasta. To wydawało się teraz cholernie dobrym pomysłem.
— Może przyjedziesz teraz. — Głos Ruina stężał, beztroski facet zniknął, a jego oczy pociemniały. — Cutter może jechać za nami swoim autem. — Jego niebieskie spojrzenie przesunęło się po moim ojcu. — Trzeźwy jesteś, staruszku?
Krótki skin głową.
— Nie. — Mój głos drżał. Spojrzenie uciekało mi do lśniącego chromu motocykla Ruina, jakby miał zaraz ożyć i spróbować mnie ugryźć.
— Zapomniałaś, jak się jeździ, księżniczko? — Uniósł jedną ciemną brew, a ja nie pragnęłam niczego bardziej niż zetrzeć ten jego zadowolony uśmieszek z twarzy zaciśniętą pięścią.
— Nie. — Zamiast tego przewróciłam oczami. — Ale nie wsiądę na tył twojego motocykla, Ruin. Jeśli musimy jechać, pojadę za tobą samochodem.
Nie było takiej opcji, żebym podjechała pod klub na jego plecach. To wysłałoby całą masę sygnałów — i każdy jeden byłby zły.
— Chwileczkę, Avery. — Ciepła dłoń zacisnęła się na moim ramieniu; nie na tyle mocno, żeby bolało, ale zdecydowanie dość, by zatrzymać mnie w miejscu.
Co on, do cholery, wyprawiał, kładąc na mnie ręce przy moim dziecku?
— Chyba musimy sobie trochę pogadać. — Przez sekundę jego oczy spotkały się z moimi i poczułam, jak żołądek przewraca mi się na drugą stronę. — Cutter, czemu nie pójdziesz i nie pokażesz Parkerowi swoich motocykli?
Pokręciłam głową.
— Zostaje ze mną.
Przez moment coś przemknęło mu po twarzy.
— Jest w garażu z dziadkiem, Avery, wyluzuj. My tylko musimy chwilę porozmawiać.
Serce waliło mi w piersi, kiedy odwróciłam się do syna. Na jego twarzy mieszały się dezorientacja i strach, i wiedziałam, że połowa tego strachu bierze się stąd, że zachowuję się tak dziwnie.
— No już, idź, zobacz motocykle dziadka. Będę tutaj. — Uśmiechnęłam się do niego. Naprawdę musiałam się ogarnąć.
— Więc… — głos Ruina opadł jeszcze niżej. — Chcesz mi powiedzieć, po co tu jesteś, Avery? Czemu wróciłaś?
Zamrugałam, patrząc na niego. Był za blisko. Jego klatka piersiowa znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od mojej twarzy.
— Przyjechałam zobaczyć ojca. Nie wygląda na tak chorego, jak myślałam, więc niedługo znowu wyjadę, nie martw się. Nie będę się tu więcej pokazywać. — W ogóle nie powinnam była tu przyjeżdżać. Głupio było myśleć, że uda mi się wślizgnąć i zniknąć, nie zostając rozpoznaną.
— Ile lat ma Parker, Avery?
— Dwanaście — wyszeptałam. Mogłam skłamać. Pewnie powinnam była skłamać, ale słowa wymknęły mi się, zanim zdążyłam je zatrzymać.
— Dwanaście, co? — Szorstkie palce chwyciły mnie za podbródek. — Byłaś w ciąży, kiedy stąd wyjechałaś, prawda?
Wzruszyłam ramionami.
— Czy to w ogóle ma teraz znaczenie, Ruin?
W jego oczach zapłonęła intensywna, biała, rozżarzona wściekłość.
— Ma znaczenie, jeśli ten chłopak jest moim synem.
— Ma ojca, Ruin.
Palce na mojej twarzy zacisnęły się mocniej.
— Byłaś w ciąży, kiedy stąd wyjechałaś?
— Tak. — Wypuściłam to słowo z oddechem i było, jakby z moich barków spadł ciężar. Ciężar, którego nawet nie zdawałam sobie sprawy, że dźwigam.
— Cholera, Avery, powinnaś była powiedzieć… powinnaś była mi powiedzieć, że jestem ojcem. Nie…
Moja własna złość wezbrała.
— Nie zrobiłbyś czego? Zrujnował mi życia? Zrobił ze mnie bezdomną osiemnastolatkę z dzieckiem w brzuchu i bez grosza przy duszy? Pierdol się, Ruin. Tamtego dnia dokonałeś wyboru, kiedy wrzuciłeś mnie pod autobus. To, że byłam w ciąży, nie zmieniłoby ani cholery.
Ślina prysnęła mi z ust i trafiła go w twarz.
— Zmieniłoby wszystko. To ZMIENIA wszystko, Avery. — Pochylił twarz i przez sekundę myślałam, że mnie pocałuje. — Trzymałaś mojego syna z dala ode mnie przez dwanaście lat, Avery, więc lepiej przyzwyczaj się do tego, że wróciłaś do miasta, bo nigdzie się nie wybierasz.
