Zrujnowany 2
Ruin
— Podoba ci się to, na co patrzysz, synu? — Mój głos był niski, nienachalny, ale chłopak podskoczył, jakbym na niego wrzasnął. Cofnął się o krok i opuścił ręce wzdłuż ciała, zerkając w moją stronę, żeby sprawdzić moją reakcję, po czym skinął głową. — Tak, proszę pana.
Uśmiechnąłem się szeroko; młody miał w sobie trochę ogłady.
I ewidentnie nie był stąd. Każde miejscowe dzieciaki wiedziałyby lepiej, niż choćby podejść do mojego motocykla.
— Nawet go nie dotknąłem ani nic — wymamrotał, rumieniąc się. — Przysięgam.
Znów się uśmiechnąłem, opierając się plecami o ścianę.
— I dobrze. Nigdy nie powinno się dotykać cudzego motocykla.
Skinął głową z namysłem i pierwszy raz, odkąd otworzyłem usta, spojrzał na mnie wprost.
— Łał… — mruknął i cofnął się jeszcze o krok, a ja wyszczerzyłem zęby. Wiedziałem, co widzi. Całe moje metr dziewięćdziesiąt, brodę, tatuaże. Skórzaną kamizelkę, którą z dumą nosiłem na piersi. To był dobry dzieciak, bez dwóch zdań z zamożnej rodziny. Było widać, że jestem pierwszym motocyklistą, z jakim miał w życiu kontakt.
— Lubisz motocykle, co? — Złagodziłem spojrzenie. Było w tym dzieciaku coś… Wyglądał dziwnie znajomo, choć wiedziałem, że wcześniej go nie spotkałem.
— Tak, ale moja mama…
Roześmiałem się.
— Matki są najgorsze, co? Moja nienawidziła, kiedy zacząłem jeździć, ale czasem facet musi zrobić to, co facet musi zrobić, prawda?
Skinął energicznie, a brązowe włosy opadły mu na oczy.
— Moja mama jest całkiem fajna. Po prostu nie lubi motocykli — oznajmił rzeczowo, a ja poczułem, jak mój uśmiech gaśnie. No tak, założę się, że jego mama nie lubi. Znałem ten typ: Panna Nieskazitelna i Poprawna, pewnie nosi perły i jeździ błyszczącym autem.
— Ale ty lubisz?
— Tak, lubię. Ten motocykl podoba mi się bardzo. — Nagle wyglądał na winnego. Jego wzrok uciekł w stronę rogu ulicy. — Powinienem iść po lody dla mamy.
Dopiero wtedy zauważyłem karteczkę zaciśniętą w jego dłoni.
— Pewnie, że powinieneś. — Skinąłem. — Ale jeśli kiedyś będziesz w pobliżu i zobaczysz mój motocykl, wchodzisz do warsztatu i pytasz o mnie. Opowiem ci o niej wszystko. — Postukałem się w pierś. — Jestem Ruin.
— Parker George. — Wyciągnął rękę. Prawdziwy mały dżentelmen. — Naprawdę powinienem już iść, bo jesteśmy tu tylko po to, żeby odwiedzić dziadka, bo jest chory.
Skinąłem mu głową. Tak, miałem rację. Zdecydowanie nie stąd.
— No to miło było cię poznać, synu.
Cooks było nienaturalnie ciche, kiedy trzy minuty później przepchnąłem się przez drzwi. Powinienem już jechać do domu, ale zanim wyjadę, musiałem omówić z Cutterem pewną sprawę. I to taką, która nie mogła czekać.
Zwykle Cooks miało luźną, swobodną atmosferę. To był lokalny bar, należący do klubu. Obcy tu nie wchodzili, a jeśli już, to nie zostawali długo. Ale dziś coś było nie tak.
Wszyscy wyglądali na spiętych. Rozmawiali przyciszonymi szeptami, a mnie po rękach przebiegł dreszcz.
— Co się dzieje? — Oparłem skrzyżowane ramiona o lepki blat baru. Nie zawracałem sobie głowy przywitaniem ani zamawianiem drinka. Nie musiałem. Każdy tutaj wiedział, co piję.
Obramowane ciemną kreską oczy zerknęły w moją stronę na sekundę, a różowy język wysunął się spomiędzy błyszczących warg.
Tak, wiedziałem, czego chce. Czego zawsze chcieli. I w każdy inny dzień może bym skorzystał z jej propozycji, ale nie dziś. Dziś chciałem tylko wrócić na drogę.
Chciałem, żeby ta sprawa tutaj się skończyła, żebym mógł… Mój wzrok padł na Cuttera.
Stary psychopata wyglądał na pogrążonego w myślach. A przed nim stał kubek kawy zamiast jego zwyczajnego kufla piwa.
Co do cholery? Cutter nie pije? A bar cichy jak cmentarz? Coś było tu naprawdę nie tak.
— Co się dzieje? — zapytałem znowu.
— Wróciła. — Cutter nawet się do mnie nie odwrócił. Po prostu siedział, z plecami wyprostowanymi jak kij.
— Kto?
— Avery. Avery wróciła i przywiozła dzieciaka.
No kurwa. Avery pieprzona Waters wróciła? I miała dziecko. Przez sekundę pozwoliłem sobie przypomnieć, jaka była, kiedy poznałem ją po raz pierwszy. Cały ten dziewczęcy entuzjazm i te ciemne włosy, których nie potrafiłem nie zaciskać w pięści, kiedy posuwałem ją od tyłu. Miała jedną z najsłodszych cip, jakie kiedykolwiek miałem. Ale to nie o jej cipie śniłem, nie. Śniłem o tych przeklętych brązowych oczach pełnych łez, kiedy kilkoma słowami zrujnowałem jej życie.
A teraz wróciła i miała dziecko?
— Nie ma mowy. — Odepchnąłem się od baru i ruszyłem w stronę wyjścia, z rękami wepchniętymi do kieszeni.
Chłopiec o znajomych brązowych oczach. Chłopiec, z którym rozmawiałem zaledwie kilka minut temu. To było dziecko Avery Waters. Dlatego go rozpoznałem — wyglądał jak jego mama.
Wyszedłem na chodnik, rozglądając się za nim. I dopiero wtedy ją zobaczyłem.
Brązowe włosy ściągnięte w kucyk. Diamentowe sztyfty w uszach. Wyglądała tak samo, a jednak inaczej. Wyglądała na pewną siebie i spokojną.
I wciąż, cholera, była piękna.
Jakby czuła mój wzrok na sobie, odwróciła głowę i przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały. Przez moment widać było szok, po czym ułożyła twarz w maskę obojętnej swobody i odwróciła się z powrotem w stronę drogi.
Mogła udawać, ile chciała. W końcu to potrafiła najlepiej, ale ja nie miałem żadnych wątpliwości.
Wróciła.
— Cutter. — Mój głos zabrzmiał głośno i stary w końcu się do mnie odwrócił. Pytanie miał wypisane na twarzy. — Avery, gdzie ona się zatrzymała? — Nie było mowy, żeby mieszkała w starym domu rodzinnym; to miejsce było teraz niewiele więcej niż ruderą i nie widziałem jej, jak ciągnie tam swojego małego.
— Powiedziała, że weźmie jakiś hotel czy coś dla siebie i dzieciaka.
W ogóle nie brzmiał na przejętego. Jego córka wróciła w godzinie potrzeby, a stary pijak nawet nie pofatygował się zapytać, gdzie się zatrzyma. Choć nie byłem zaskoczony. Wyrzucił ją na zbity pysk bez mrugnięcia okiem tyle lat temu. Nie obchodziło go wtedy i, do diabła, nie obchodzi go i teraz.
— Parker. — Wyplułem to, świadom, że więcej niż jedna para oczu utkwiła we mnie wzrok. — Twój wnuk ma na imię Parker. — Z jakiegoś powodu drażniło mnie, że nawet nie zna imienia własnego wnuka.
Zaczerwienione oczy drgnęły i uniosły się, by spotkać moje; było w nich wyzwanie. Wyzwanie, które niemal natychmiast stłumiłem spojrzeniem.
Jasne, kiedyś był kimś, z kim trzeba było się liczyć, ale nie teraz. Teraz był tylko miejskim pijaczyną. Klub robił, co mógł, ale wszyscy wiedzieli, że nie można mu ufać.
W końcu wyrzucił własną córkę na ulicę, a człowiek taki jak on nie miał w sobie lojalności. Oczywiście ja też byłem temu po części winny. Ale przynajmniej miałem na tyle przyzwoitości, żeby przez te lata czuć się z tym źle. Wątpiłem, żeby Cutter czuł cokolwiek.
— A co cię to obchodzi?
No właśnie, to było pytanie. Czemu mnie to obchodziło? Nie miałem pojęcia, ale nie mogłem zaprzeczyć, że obchodziło.
— Wytrzeźwiej, do cholery. — Warknąłem do niego. — Dostałeś drugą szansę z córką, nie spieprz jej.
Powiedział, że zamierza zatrzymać się w hotelu, a takich w okolicy nie było wiele. Co oznaczało, że łatwo będzie ją znaleźć.
