Zrujnowany 1
Avery — teraz
Czasem w życiu po prostu nie ma się wyboru.
Nie miałam wyboru tamtego dnia, kiedy zmuszono mnie do opuszczenia tego przeklętego miasteczka. I nie miałam też wyboru, żeby teraz tu nie wrócić.
Oczywiście to nie była do końca prawda. Wybory, których dokonałam w przeszłości, uruchomiły lawinę gówna, która przez ostatnie trzynaście lat kształtowała całe moje życie.
Jedno szalone lato.
Odrobina nastoletniego buntu.
Co miało być niczym innym jak wielkim „pierdol się” rzuconym w twarz mojemu ojcu za to, że próbował mnie sprzedać jak klacz rozpłodową, żeby utrzymać stanowisko w klubie.
Jeden błąd.
Wepchnął mnie na drogę, z której nie potrafiłam zejść.
Ale prawda była taka, że nigdy nie spodziewałam się, że jeszcze tu wrócę. Zostawiłam to miasteczko i jego ludzi za sobą.
To tutaj dorastała Avery Waters. A ja już nią nie byłam. Nie byłam od dawna. Teraz byłam Avą.
Ava George.
— Jestem Ava George — wymamrotałam do siebie, kiedy mój samochód stał na biegu jałowym na czerwonym świetle, które zdawało się wieczność nie zmieniać. — Jestem, kurwa, Ava George. Nie jestem Avery — zaklęłam znowu, stukając palcami o skórę kierownicy.
Prawda była taka, że będąc z powrotem tutaj, nie czułam się jak nikt inny, tylko jak przestraszona Avery Waters. A z każdą mijającą minutą to uczucie robiło się coraz gorsze.
Nic się nie zmieniło: ci sami ludzie, te same podupadłe sklepiki. Motocykle stojące przed barem Cooka tak jak zawsze.
To było jak cofnięcie się w czasie.
Nic dziwnego, że znów czułam się jak przerażona nastolatka. Powrót tutaj, ze wszystkimi wspomnieniami, niejako tego wymagał. A wrócić i musieć stanąć z nim twarzą w twarz? Z mężczyzną, który wyrzucił mnie z domu i odciął od rodziny, nie zostawiając mi ani grosza?
Na samą myśl miałam ochotę zawrócić i jechać do domu. Tyle że tego też nie mogłam zrobić. Już nie. To nawet nie wchodziło w grę.
I znowu wszystko sprowadzało się do tego, że nie mam wyboru.
Byłam między młotem a kowadłem.
A zmierzenie się z ojcem wydawało się w tej chwili najlepszą opcją. Dlatego tu byłam. Bo po trzynastu latach odtrącenia mój najdroższy tatuś wezwał mnie do domu.
Oczywiście nie chciał tego, ale z drugiej strony zawsze był upartym skurwielem. Tyle że był chory i nie było go stać na pielęgniarki, które przychodziłyby i się nim zajmowały. Nawet gdyby było, i tak by odchodziły. Nie widziałam pielęgniarki, która wytrzymałaby dłużej niż dzień czy dwa, zanim zmęczyłyby ją jego obleśne, obmacujące ręce.
Istniała całkiem realna możliwość, że wrócę do domu z dzieciństwa, a on od razu wykopie mnie z powrotem za drzwi. Z tego, co mówili wszyscy, mój najdroższy tatuś był… kompletnie pierdolnięty — takiego określenia używali. I do tego zalany w trupa.
Nie tylko miasteczko się nie zmieniło.
— Mamo?
Ocknęłam się gwałtownie na dźwięk głosu mojego syna. I wcisnęłam gaz do dechy, posyłając samochód do przodu z szarpnięciem. Nagły ruch wbił nas w oparcia foteli.
Jezu, musiałam się uspokoić. Musiałam się opanować. Przynajmniej na tyle, żebym nie rozbiła auta i nie zabiła nas obojga.
— Ty je… — mój syn urwał i zobaczyłam, jak zerka na mnie z ukosa z uśmiechem. — Dziwnie się zachowujesz, mamo — dokończył, a ja nie mogłam się nie roześmiać. Tak, dziwnie… albo może słowem, którego powinien użyć, było „nakręcona”.
Byłam tak zdenerwowana na myśl o ponownym spotkaniu z ojcem, że dłonie co chwilę ześlizgiwały mi się z kierownicy. Co było wszelkiego rodzaju dziwne, bo ja już nie byłam tamtą dziewczyną.
Byłam dorosłą kobietą.
Nie byłam Avery. Byłam Ava.
„Czemu ciągle mówisz, że jesteś Avą? Tracisz pamięć jak twój ojciec?”
Tym razem nie rzuciłam synowi spojrzenia z ukosa — odwróciłam głowę całkiem i zmierzyłam go wzrokiem. — Bądź cicho i przestań gadać o rzeczach, o których nie masz pojęcia, Parker.
Prawie natychmiast pożałowałam tych słów. Jego twarz stężała. Wysunął dolną wargę i skrzyżował ręce na piersi. Wyglądał jak bezczelny maluch, a nie dwunastoletni chłopak.
— Przepraszam — powiedziałam w końcu, nie patrząc na niego. Należały mu się przeprosiny. Nie powinnam była na niego naskoczyć. — Przepraszam, dobrze? Po prostu stresuję się tym, że tu jestem. Nie chciałam wyładowywać się na tobie.
Wzruszył ramionami i nie powiedział ani słowa. Nie spodziewałam się, że powie. Był prawie nastolatkiem — prawie zawsze porozumiewał się parsknięciami i pomrukami. Byłam już całkiem dobra w ich tłumaczeniu.
— Nawet nie wiem, po co tu jesteśmy, skoro nie chcesz tu być. Moglibyśmy robić, co tylko chcemy, kiedy tata jest wyjechany, a my jesteśmy tutaj…
Prawda była taka, że ja też nie wiedziałam. To nie tak, że cokolwiek komukolwiek w tym miasteczku byłam winna. Wszyscy odwrócili się ode mnie, kiedy ich potrzebowałam. A jednak…
A jednak to był mój ojciec, moja krew. I nie potrafiłabym żyć sama ze sobą, gdyby umarł, a ja nawet nie spróbowałabym się pogodzić.
To miało wszystko wspólnego z moim własnym sumieniem, a bardzo niewiele z tym, że chciałam tu wrócić.
— Wiem, ale obiecuję, że zadbam o to, żebyśmy się tu trochę pobawili, dobrze? — Spróbowałam się do niego uśmiechnąć i nie wyszło. — Co powiesz na to, żeby zacząć od lodów? Kiedyś tuż za rogiem była taka urocza mała lodziarnia, moglibyśmy… —
Coś przykuło moją uwagę i wyciągnęłam szyję, żeby przyjrzeć się poobijanemu pickupowi zaparkowanemu przy krawężniku.
— Lody byłyby super.
Uśmiechając się, wjechałam na najbliższe wolne miejsce parkingowe. Parker może i uważał, że jest już za duży na spędzanie czasu z mamą, ale wystarczyło wspomnieć o lodach — nawet kiedy temperatura ledwie trzymała się powyżej zera — a natychmiast znów stawał się podekscytowanym dzieciakiem.
— Idź. To tuż za rogiem. — Wcisnęłam mu do dłoni dwudziestkę, a on aż się ożywił. — I potem prosto z powrotem, okej?
Skinął gorliwie głową. — A ty dokąd idziesz? — Parker zawahał się, w rękawiczce trzymając klamkę, i odwrócił się do mnie.
— Muszę skorzystać z toalety dla pań, wrócę pewnie przed tobą. Dla mnie czekoladowe, pamiętaj. — Pochyliłam się i musnęłam ustami jego policzek.
— Obrzydliwe, mamo.
Cooks. Nie zmieniło się wcale. A mówiąc „nie zmieniło się”, mam na myśli: nie zmieniło się. Ani odrobinę.
Nawet ten brodaty, przesiąknięty dymem pijak w kącie. Była ledwie trzynasta, a on już był nawalony. I nie był jedyny. Więc tak — nic się tak naprawdę nie zmieniło. Przynajmniej nie było szczególnie tłoczno.
Wyprostowałam ramiona i ruszyłam do baru. Półksiężycowaty kawał drewna, który kiedyś musiał być piękny. Teraz był tylko zbitką poszarpanych rys i matowego, zniszczonego drewna.
— No, no, ależ jesteś balsamem na moje oczy, ślicznotko.
Nie odwróciłam się, nawet nie zerknęłam w jego stronę. Znałam ten typ. Całe nastoletnie lata spędziłam, omijając takich szerokim łukiem.
Motocyklista.
Zamiast tego pochyliłam się nad barem, natychmiast tego żałując, gdy poczułam, jak stęchły alkohol przesiąka przez wełnę mojego płaszcza. — Mal tu jest? — Nie miałam ochoty na uprzejmości. Im szybciej się dowiem, czy on tu jest, tym szybciej wyjdę i wrócę do mojego miłego, czystego samochodu.
— A ty niby kim jesteś? — Kobieta za barem była młodsza ode mnie, byłam tego pewna, ale wyglądała na twardszą. Bardziej zużytą. Może to przez gruby makijaż albo przesadnie natapirowane włosy. A może po prostu dlatego, że wyglądała na zmęczoną.
Ale znałam jej typ.
Zawsze istniała wyraźna granica między dwoma rodzajami kobiet, które przyciągali motocykliści. Dziewczyny, które nigdy nie miały być niczym więcej niż ciepłą dziurą do zaliczenia, i kobiety, które nosiły tytuł old lady albo córki.
— Jest tu czy nie? — Utrzymałam uprzejmy uśmiech, ale w moim głosie pojawiła się stal. — Właściwie nieważne, nie zawracaj sobie tej swojej ślicznej główki. Wiem, gdzie siedzi.
Idąc w stronę tylnego kąta, czułam na plecach spojrzenia. Nie pasowałam tu — mój chód, mój głos, nawet ubrania i włosy zdradzały we mnie obcą — ale najbardziej przerażające nie były spojrzenia, które na mnie rzucali. Najbardziej przerażało to, jak szybko znów weszłam w swoją dawną rolę.
Jak szybko znów stałam się Avery.
– Cześć, tato.
Mój ojciec się postarzał i jakoś sprawiło to, że wciągnęłam powietrze gwałtownie, zaskoczona. Ale serio, czego ja się spodziewałam? Minęło trzynaście długich lat, odkąd widziałam go ostatni raz. Wtedy był większy niż życie, onieśmielał każdego, kto miał z nim do czynienia – jego rodzinę też – ale teraz… teraz po prostu wyglądał na starego. Starego i zmęczonego. Oczy jednak miał te same. Podkrążone, zaczerwienione i twarde. I właśnie te poorane zmarszczkami oczy skierował na mnie, odchylając się na krześle z założonymi na piersi ramionami.
– No proszę, jeśli to nie moja dawno zaginiona córka – powiedział na tyle głośno, że kilka osób odwróciło się, żeby się pogapić. Zapadła cisza.
Świetnie. Po prostu cudownie.
– Cześć, tato – powtórzyłam, kiedy nie powiedział już ani słowa i tylko dalej wpatrywał się w moją twarz.
– Nie sądziłem, że przyjedziesz – odezwał się w końcu. – Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że nie przyjedziesz. Bez ciebie było ciszej.
Dawnej mnie te słowa by zabolały. Ale teraz? Teraz brzmiały pusto, jakby mówił je tylko po to, żeby wywołać reakcję.
Nie dałam mu jej.
Nerwy, które miałam w samochodzie, wyparowały. Zacisnęłam dłonie w pięści przy bokach.
– Powiedziałam, że przyjadę, tato, więc jestem. – Rozejrzałam się po barze. – Twój wnuk jest w samochodzie. Czeka, żeby cię poznać, a ja zastaję cię… – machnęłam ręką, wskazując lokal. – Nie żebym była zaskoczona, że pijesz… nic, co robisz, już mnie nie zaskakuje.
Po cholerę tu byłam? Po co ciągnęłam Parkera taki kawał drogi? Dla faceta, którego nie obchodziło ani trochę, czy tu jestem, czy nie. Dla faceta, który nie potrafił albo nie chciał przestać pić – nawet po to, żeby ratować własne życie.
– Nie, to ty zawsze byłaś pełna niespodzianek, prawda, Avery? – W jego głosie ociekał jad. – Ale wygląda na to, że spadłaś na cztery łapy? Nie miało to dla ciebie znaczenia, co? Ile mnie i klub kosztowały twoje wygłupy?
Jęknęłam i nawet nie próbowałam tego ukryć.
Minęło trzynaście lat. Trzynaście pieprzonych lat, a on wciąż zamierzał karać mnie za moje błędy.
– Nie należałam do ciebie ani do klubu, żebyś mógł mnie komuś oddać, tato. I nie będę czuła się winna tylko dlatego, że nie pozwoliłam ci decydować o moim życiu.
Przez kilka długich sekund tylko się wpatrywał, a potem wargi pod brodą uniosły się w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.
– Urosły ci jaja, Avery.
Tak, urosły.
– Pójdę znaleźć jakiś hotel dla mnie i Parkera czy coś. Wytrzeźwiej i zadzwoń do mnie jutro. – Ruszyłam, żeby się odwrócić, po czym uznałam, że lepiej dopowiedzieć. – Mówię poważnie, tato. Wytrzeźwiej, do cholery.
